Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: L'Amore Dei Tre Re w Opera Holland Park ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Aled Hall jako Flaminio, Michaił Swietłow jako Archibaldo, Simon Thorpe jako Manfredo i Natalya Romaniw jako Fiora w operze L'Amore Dei Tre Re (Miłość trzech króli)

Opera Holland Park

28.07.2015

5 gwiazdek

Opera Holland Park może poszczycić się znakomitymi osiągnięciami w przywracaniu na afisz dzieł z włoskiego repertuaru operowego, które niegdyś cieszyły się sławą, a dziś są niemal zapomniane. W tym roku uwaga skupia się na Miłości trzech króli Italo Montemezziego, wystawionej po raz pierwszy w La Scali w 1913 roku i często wznawianej, zwłaszcza w nowojorskiej Metropolitan Opera, aż do zakończenia II wojny światowej. Nie jest to dzieło łatwe do sklasyfikowania. Pokusa, by porównać je z Puccinim ze względu na wspólne ramy czasowe i skupienie na melodramacie, jest silna, ale ostatecznie okazuje się to mało pomocne.

Praca ta znacznie więcej zawdzięcza spóźnionej recepcji Wagnera i Richarda Straussa we Włoszech w pierwszej dekadzie XX wieku niż Pucciniemu czy Verdiemu. W rzeczywistości każdy, kto podchodzi do tego utworu z takimi oczekiwaniami, poczuje się rozczarowany. Punkt ciężkości spoczywa tu na misternie spiętrzonej złożoności harmonicznej oraz krótkich melodiach lub fragmentach, które kłębią się i wiją wokół siebie w chromatycznym gąszczu. Nie znajdziemy tu typowych dla Pucciniego, rozległych i nieustannie rozwijających się kantylen.

Orkiestra gra tu znacznie ważniejszą, a momentami wręcz dominującą rolę niż w większości oper werystycznych z tego okresu; rzeczywiście są sekcje, w których kompozytor zdaje się niemal cytować i przetwarzać motywy niemieckich mistrzów. Przykładowo, początek trzeciego aktu to wyraźne nawiązanie do poemat symfonicznego Śmierć i wyzwolenie Straussa, a namiętny duet miłosny w centrum dzieła jest niewyobrażalny bez drugiego aktu Tristana i Izoldy jako precedensu i wzorca. Nie jest to jednak w żadnym razie utwór wtórny, gdy zestawimy tę paletę barw dźwiękowych z pełnokrwistą, melodramatyczną fabułą o ogromnej sile narracyjnej. Pojawia się tu również wątek polityczny, specyficznie włoski, a nie niemiecki, który został mocno i słusznie wyeksponowany w tej znakomitej produkcji.

Simon Thorpe jako Manfredo i Michaił Swietłow jako Archibaldo

Opera podzielona jest na trzy akty, ale ponieważ każdy trwa nie więcej niż pół godziny, ekipa twórcza zdecydowała się grać ją bez przerw. To trafna decyzja. Przed każdym aktem rozbrzmiewają sugestywne preludia orkiestrowe, które świetnie sprawdzają się jako interludia podtrzymujące ciągłość akcji. Intensywność muzyki i kreacji czwórki głównych solistów sprawia, że wychodzi się z teatru z wrażeniem, iż spektakl trwał znacznie dłużej (w pozytywnym sensie!) niż zaledwie dziewięćdziesiąt minut. Akcja osadzona jest rzekomo w średniowiecznych Włoszech, gdzie kilka lat wcześniej Archibaldo (Michaił Swietłow) przybył z Północy i podbił Alturę/Italię. Zmusił on księżniczkę Fiorę (Natalya Romaniw) do poślubienia swojego syna Manfredo (Simon Thorpe), mimo że była ona już zaręczona z rodowitym Włochem, Avito (Joel Montero).

Akcja ukazuje konsekwencje tego niedobranego związku, zarówno w wymiarze osobistym, jak i politycznym. Inscenizacja przenosi akcję w realia współczesnej latynoskiej dyktatury i nic na tym nie traci, biorąc pod uwagę, że główne tematy: zemsta, zakazana miłość, rycerska brawura, morderstwo i desperackie samobójstwo, nie znają granic czasu ani przestrzeni. Pod nieobecność Manfredo, Fiora odnawia relację z Avito, narażając się na nienawiść ze strony Archibaldo, który przeczuwa prawdę, lecz z powodu swojej ślepoty nie jest w stanie jej jednoznacznie dowieść. Wydarzenia zmierzają ku tragicznej końcówce w przewidywalnym tempie, a liczba ofiar rośnie, gdy Archibaldo zostaje ostatecznie ukarany przez błąd we własnej intrydze. Akcja nabiera politycznego rumieńca, gdy chór obywateli angażuje się w mszczenie Fiory – widać tu wyraźne ślady irredentystycznych sympatii librecisty Sema Benelliego, ucznia Gabriele D’Annunzio, zdeterminowanego, by odzyskać dla Włoch terytoria zajęte przez Austrię.

Natalya Romaniw jako Fiora i Joel Montero jako Avito

Aby produkcja tak piętrowego melodramatu odniosła sukces, wszyscy zaangażowani muszą się mu w pełni oddać i – podobnie jak w lekkiej komedii – bezgranicznie wierzyć w jego konwencję przez cały czas trwania spektaklu. Ten specyficzny gmach emocji nie zniesie ironii ani dystansu bez ryzyka zawalenia się. Siłą tej inscenizacji jest to, że Opera Holland Park WYKAZUJE najwyższe oddanie sprawie, dzięki czemu jest to triumf na wszystkich polach.

Scenografia wymaga zamkowej wieży, w której mieszka Fiora i z której musi wywiesić wielki biały sztandar na pożegnanie Manfredo. Musi to być groźny symbol męskiej i królewskiej władzy, a zarazem przestrzeń uniwersalna. Reżyser Martin Lloyd-Evans wraz z zespołem w dużej mierze odnieśli sukces. Betonowy blok dominujący na scenie jest jednocześnie surowy i wielofunkcyjny. Wąskie okna strzelnicze przejmująco służą jako miejsca na kwiaty żałobne, a zewnętrzne schody pozwalają najważniejszym scenom wybrzmieć wysoko oraz na samym przodzie sceny – choć przyznam, że miałem pewne obawy o bezpieczeństwo śpiewaków! Cała obsada jest w świetnej formie, ze szczególnym wyróżnieniem dla Romaniw i Swietłowa, których wspólne sceny miały prawdziwą moc i którzy musieli przebijać się przez grającą na pełnych obrotach orkiestrę. Thorpe i Montero mają mniej okazji do niuansowania postaci – ich role służą raczej popychaniu fabuły niż budowaniu odrębnej tożsamości. Kompozytor daje jednak obu panom znakomite momenty wokalne, zarówno w namiętnych duetach z Fiorą, jak i we wspólnej finałowej scenie. Wykorzystali te chwile z polotem. Role drugoplanowe obsadzono bardzo sprawnie, a chór z dużą energią i wymowną urazą oddał zarówno żałobę, jak i agresję wobec najeźdźcy.

Jednak najjaśniejszą gwiazdą wieczoru była orkiestra: City of London Sinfonia pod precyzyjną batutą Petera Robinsona zaprezentowała się fenomenalnie. Wspólne sceny niosły ze sobą dreszcz emocji i poczucie artystycznego ryzyka, ale nie brakowało też momentów wyciszenia, zwłaszcza w partiach instrumentów dętych drewnianych, subtelnie podkreślających charakter i emocje bohaterów. Montemezzi może i jest „kompozytorem jednego dzieła”, ale to wykonanie ukazało jego arcydzieło w najlepszym możliwym świetle. Pozostaje mieć nadzieję, że sukces tego wznowienia zainicjuje falę kolejnych wystawień w kraju i za granicą. Cały wieczór pokazał Operę Holland Park w jej absolutnie najlepszym wydaniu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS