Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Man and Superman, Lyttelton Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ralph Fiennes i Indira Varma w sztuce Shawa "Człowiek i nadczłowiek" w National Theatre. Fot.: Alastair Muir Człowiek i nadczłowiek

Lyttelton Theatre

26 lutego 2015

5 gwiazdek

Jedyną rzeczą, na którą można liczyć w sztuce pióra George'a Bernarda Shawa, jest przynajmniej obietnica gadatliwości. Wielki dramaturg nie słynie ze zwięzłej ekspozycji. Pytanie skierowane do pracowników kas wywołało ostrożną radę, że wydarzenia w Lyttelton potrwają prawdopodobnie „około trzech godzin i czterdziestu minut. Podczas premiery trwało to cztery godziny, ale ucięli dwadzieścia minut”. Nie było więc zaskoczeniem, że pierwsza połowa spektaklu trwała niecałe dwie godziny.

Zaskoczyło jednak to, jak ten czas wypełniły śmiech i radość, oraz że zleciały one jak dwadzieścia minut. Olśniewająca inscenizacja Simona Godwina pt. „Człowiek i nadczłowiek”, wystawiana obecnie w Lyttelton Theatre w ramach pożegnalnego sezonu Nicholasa Hytnera w National Theatre, sprawia, że 112-letnia, czteroaktowa sztuka Shawa – filozoficzny mecz tenisowy na idee i ideały – kipi dowcipem, innowacją i czystą rozkoszą.

Inscenizacja Godwina stoi w wyraźnym kontraście do innej sztuki o „wielkich ideach” granej obecnie w National: „Problem nie do rozwikłania” Toma Stopparda. Produkcja Godwina jest znacznie lepsza, obsada niemal idealna, a prezentacja tekstu bardziej wyrazista, angażująca i na wskroś upajająca. Ale co ważniejsze, umiejętność Shawa w „Człowieku i nadczłowieku” polega na tym, że tworzy on postacie, z którymi można empatyzować, które są prawdziwe (włączając samego Lucyfera) i na których nam zależy. Shaw po prostu bije Stopparda na jego własnym polu. Godwin pokazuje, dlaczego tak jest.

Sztuka Shawa składa się z czterech aktów. Trzeci z nich zawiera fragment często wycinany, czasem grywany samodzielnie pod tytułem „Don Juan w piekle”. W pełnej, czteroaktowej wersji, sekwencja ta pojawia się jako sen głównego bohatera, Jacka Tannera. Akcja toczy się w piekle i bierze w niej udział Diabeł oraz (poniekąd) trzy główne postaci z „Don Giovanniego” Mozarta. Jednym z genialnych posunięć Godwina jest rezygnacja z podziału spektaklu zgodnie z aktami Shawa. Pierwsza połowa trwa więc dalej w głąb trzeciego aktu i kończy się tuż po wejściu w fazę snu Tannera.

Rezultat jest niezwykle efektowny. Pierwszy i drugi akt rozgrywają się w okolicach wielkiej angielskiej posiadłości; trzeci zaczyna się w Sierra Nevada, egzotycznie, lecz z rozmachem, ale sen ma miejsce w piekle. Zmiana jest nagła, nieoczekiwana i płynna (dzięki wyśmienitej scenografii Christophera Orama). Widzimy Tannera wkładającego buty i płaszcz z minionej epoki, ale nie wiemy dlaczego. Wydaje się nieszczęśliwy, a jego otoczenie jest teraz surowe, pozbawione cech charakterystycznych – to złamana biel pudełka reprezentującego niekończącą się nicość. Jest tam też starsza kobieta. Pyta dziwnie ubranego Tannera, gdzie są. On odpowiada: „W piekle”, po czym następuje wyciemnienie sygnalizujące przerwę.

To zabieg jednocześnie przykuwający uwagę i niezwykle sprytny. Każdy, czyja współczesna koncentracja została wystawiona na próbę przez czas spędzony już w teatrze, zostaje wyrwany z samozadowolenia. Cisną się dwa pytania: „Co u licha właśnie się stało?” oraz „Co u licha wydarzy się dalej?”.

Z tego, co widziałem, nikt nie wyszedł podczas przerwy. Strategia Godwina była zbyt kusząca.

Inscenizacja nie jest tyle we współczesnych kostiumach, co zmodernizowana – stroje Orama mają ducha czasów Shawa, wyglądając jednocześnie bardziej nowocześnie. Podkreśla to myśl Godwina: kwestie, które zajmowały umysł i dowcip Shawa dekady temu, mają takie samo zastosowanie dzisiaj. W 2015 roku możemy mieć telefony komórkowe, ale debata filozoficzna wciąż niesamowicie rezonuje, różnice klasowe nadal są głębokie, a próżni bogacze wciąż pozostają próżni i bogaci. Modernizacja spektaklu uwypukla dowcip i aktualność pisarstwa Shawa w sposób prosty, bezpośredni i bezpretensjonalny. To inspirujące.

Podobnie jak niemal cała obsada.

Na samym przedzie, biorąc na barki herkulowy wysiłek skomplikowanych, gęstych dialogów, stoi Ralph Fiennes w absolutnie genialnej formie. Tryska niewyczerpaną energią i choć wyrzuca z siebie tekst z zawrotną prędkością, nadaje pełną wartość każdemu słowu, czyniąc każdy fragment jasnym i zrozumiałym. Jest fenomenalny, niczym wiązka energii uwięziona na scenie. Pod koniec sztuki, gdy komedia bierze górę nad dyskusją filozoficzną, Fiennes z wielkim sukcesem przywołuje swojego wewnętrznego Jamesa Stewarta, wraz z jego poczciwym wyrazem twarzy i powykręcaną fizycznością.

Fiennes ma wspaniały głos i wie, jak go najlepiej wykorzystać, niestrudzenie ożywiając wszystko, co robi. W sekwencji snu w piekle tworzy wyraźnie i błyskotliwie inną postać – kogoś absurdalnie zabawnego i wspaniale przybitego, jak to bywa z zaangażowanymi myślicielami. Fiennes jest „nadczłowiekiem” w tej produkcji.

Tim McMullen, w roli życia, jest po prostu zachwycający jako filozofujący bandyta Mendoza, by potem wspiąć się jeszcze wyżej i zaprezentować jako zniewalający, szelmowski i nieziemsko zabawny Diabeł w sekwencji piekielnej. Jego wejście jako Diabła, wraz z wykwintnym i dobrze zaopatrzonym stolikiem z alkoholami, jest jednym z najbłyskotliwszych i najzabawniejszych, jakie widziałem na scenie Lyttelton. McMullen ucieleśnia dekadencję jako Diabeł; to prawdziwy popis wokalnego uwodzenia.

Jego Mendoza jest równie radosny i stanowi świeży, zabawny kontrapunkt dla teoretyzowania Tannera. Nicholas Le Provost z nieomylną precyzją wciela się w postać o wzniosłej moralności angielskiej klasy średniej – uroczo nazwanego Roebucka Ramsdena. Jego prychające oburzenie na wątpliwe tezy Tannera jest rozkosznie wyważone, a wraz z Fiennesem cudownie odnajdują się w pułapkach słownych i gierkach zastawionych przez Shawa w pierwszym akcie.

Le Provost radzi sobie także z zupełnie innym bohaterem w scenach piekielnych i być może w nich wypada najlepiej. Ożywia postać Komandora (zabitego przez Don Giovanniego/Juana) z cierpkim, żwawym humorem. Ubrany cały w biały, mozartowski surdut (wraz z anielskimi skrzydłami), okazuje się być postacią nie do odparcia: niedoszły amator uciech, który znudzony niebiańską rutyną, wybiera życie wagabundy w piekle. Jego argumenty za tym wyborem są podane z ogromną lekkością. To wyśmienita, inteligentna rola.

Ferdinand Kingsley, jako Ricky Ticky Tavy, ma najtrudniejsze zadanie: bardzo ciężko gra się kogoś, kto jest wiecznie „miękki”. Ale Kingsley radzi sobie z tym zgrabnie, tworząc postać łagodną i bardzo ujmującą. Shaw zdaje się sugerować, że bohater ten jest skrytym gejem, a Kingsley pozostawia tę możliwość otwartą. Bardzo sprytne.

Faye Castelow jest znakomita jako zdeterminowana i pełna wigoru Violet, a Christine Kavanagh równie świetna jako znużona matka dwójki dzieci, która wolałaby, by to cudze dzieci były jej własnymi. Corey Johnson jest idealny, po prostu idealny, jako głośny, nieznośny, nadpobudliwy i bogaty Amerykanin, którego pogarda dla angielskiej klasy średniej jest wręcz wulkaniczna. Nick Hendrix jest uderzająco przystojny, choć nieco jednowymiarowy, jako mężny amerykański syn, gotów stracić wszystko dla Violet.

Wspaniały popis daje utalentowany Elliot Barnes-Worrell jako Enry Straker, szofer Tannera i jego „głos rozsądku”. Relacja między językiem, klasą a społeczeństwem zostanie później zgłębiona przez Shawa dokładniej w słynnym „Pigmalionie”, ale Enry to zachwycająca kreacja, o której Tanner mówi: „wkłada więcej trudu w gubienie 'h', niż jego ojciec wkładał w to, żeby je wymawiać. To dla niego wyznacznik kasty. Nigdy nie spotkałem nikogo bardziej nadętego dumą klasową niż Enry”.

Indira Varma gra Ann, nemezis Tannera. Jest piękna i ognista, to na wskroś nieszczera intrygantka. Jej rola momentami przekonuje, ale regularnie bywa męcząco piskliwa i brakuje jej tego rodzaju ujmującego uroku, który musi mieć kłamca i manipulator, by uchodziło mu to na sucho. Najlepsze momenty Varmy przypadły na sekwencję w piekle, gdzie jej postać jest zdezorientowana postawą innych napotkanych osób. Ann w wykonaniu Varmy nie jest katastrofą, ale nie wypada tak rewelacyjnie, jak wszystkie inne główne role.

Simon Godwin dokonał tutaj czegoś niemal cudownego. Ta inscenizacja „Człowieka i nadczłowieka” Shawa wyznaczy standardy na nadchodzące dekady. Tętni życiem w każdym calu, iskrzy stylem i błyskotliwością. Z Fiennesem, McMullenem i Le Provostem w szczytowej formie, jest to czarujący i urzekający wieczór w teatrze, po którym wyjdziecie z uśmiechem na twarzy i głową pełną poważnych przemyśleń.

"Człowiek i nadczłowiek" jest grany w National Theatre do 17 maja 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS