Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Pan Popper i jego pingwiny, Tunbridge Wells Assembly Rooms (trasa po Wielkiej Brytanii) ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Udostępnij

Russell Morton jako pan Popper, Toby Manley i Lucy Grattan. Zdjęcie: Helen Murray Pan Popper i jego pingwiny

Cadogan Hall (w ramach trasy po Wielkiej Brytanii)

Informacje o trasie

Pod koniec tego 75-minutowego przedstawienia dla dzieci następuje moment, w którym scena wybucha energią w niesamowicie wpadającym w ucho, melodyjnym numerze w stylu Jerry'ego Hermana. To tytułowy utwór, który wprawia w osłupienie niesamowitym urokiem muzyki Luke'a Batemana i tekstów Richy'ego Hughesa, a także całej adaptacji powieści dla dzieci małżeństwa Atwater z 1938 roku przygotowanej przez Pins and Needles Productions.  Reżyseria Emmy Earle i scenografia Sophie Squire idealnie oddają ten widowiskowy moment: nogi same rrwą się do tańca, ciało kołysze, publiczność promienieje, a dzieci podskakują z ekscytacji.  Showman wykonujący ten numer to postać niezwykle charyzmatyczna i egzotyczna, budzącą u młodych widzów taki sam zachwyt jak Willy Wonka czy Dewey Finn.  Po energicznym finale otrzymujemy radosny, interaktywny taniec w epilogu, gdzie po raz pierwszy w całym spektaklu nawiązuje się silna więź między obsadą a publicznością.

I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego reszta przedstawienia tak nie wygląda.  Jak to możliwe, że tak wielki talent, tak pięknie wyeksponowany w finale, przez większość czasu tak bardzo mija się z celem?  To prawdziwa zagadka.  Owszem, mamy „próbę generalną” przed wielkim finałem w postaci wizualnej i dynamicznej sceny pod koniec opowieści, kiedy ptaki przejmują nudny, podmiejski dom Popperów i robią w nim raban.  To wywołuje zasłużone salwy śmiechu.  Jednak nawet czuła, nieco smutna kołysanka śpiewana pierwszemu przybyszowi, nie porusza emocji tak, jak powinna.  Dlaczego?

Spektakl najwyraźniej radzi sobie całkiem nieźle.  Po ubiegłorocznej trasie po Wielkiej Brytanii i Londynie (widziałem go w Cadogan Hall, gdzie przyciągnął tłumy), sprytnie wykorzystał niesłabnącą sympatię do czarno-białych nielotów: hordy maluchów (produkcja sugeruje wiek od trzech lat wzwyż) ciągną, by zobaczyć te stworzenia; wielu fanów przychodzi w pingwinich kombinezonach, kominach, z pomalowanymi buźkami lub ściskając pluszowe i plastikowe figurki.  A tam, gdzie idą dzieci, podążają też posłuszni rodzice z portfelami.  Targetowanie rynku jest więc bezbłędne.  Przedstawienie musi na siebie zarabiać, inaczej nie kontynuowałoby trasy, nie mówiąc już o Broadwayu czy bożonarodzeniowych występach w Criterion Theater na West Endzie.  Pod względem ekonomicznym projekt wydaje się skrojony bardzo oszczędnie: czteroosobowa obsada (Russell Morton jako pan Popper, Roxanne Palmer jako pani Popper, wspierani przez Lucy Grattan i Toby'ego Manleya), minimalna ekipa, muzyka z odtworzenia i skromna scenografia sprawiają, że koszty eksploatacji są niewielkie.

Russell Morton, Toby Manley, Lucy Grattan, Roxanne Palmer. Zdjęcie: Helen Murray

Mimo to, tym razem w ogromnym i dość chłodnym gmachu Tunbridge Wells Assembly Rooms, produkcja sprawiała wrażenie nieco zagubionej.  Scenariusz, niemal identyczny jak rok temu, wciąż opiera się głównie na opowiadaniu, a nie pokazywaniu.  Można odnieść wrażenie, że siedzi się przy łóżku dziecka, czytając mu tekst i wskazując ilustracje malarza pokojowego na drabinie, zastanawiając się, czy uda się dobrnąć do końca, zanim maluch zaśnie, a my będziemy mogli obejrzeć coś ciekawszego w telewizji.  Niestety, prezentowane postawy społeczne są trącą myszką: z wyjątkiem badaczki pojawiającej się na początku i na końcu, stereotypy płciowe i społeczne są tu sztywne; obraz Stillwater (domu Popperów) to przez większość czasu duszna jednostajność.  Sami Popperowie, a zwłaszcza mąż, to ludzie cisi i potulni, którzy nie przyciągają uwagi ani nie generują dramatyzmu.  Nie ma tu czarnego charakteru, nie ma walki dobra ze złem.  Brakuje po prostu dramatu.

Dopiero pojawienie się źle traktowanych pingwinów – przysłanych przez pół świata w drewnianych skrzyniach, które raczej nie spełniłyby norm WWF – ożywia akcję.  Postanowiono jednak, że będą one reprezentowane przez lalki animowane przez aktorów na scenie.  Tak, to sprawdza się w „War Horse” czy „Królu Lwie”, ale to epickie widowiska z ogromną obsadą.  Tam kilka dodatkowych osób na scenie nie przeszkadza.  Jednak w mieszczańskim salonie Popperów zespół animatorów po prostu zawadza.  Jakiś czas temu widzieliśmy adaptację „Tintina”, gdzie psa Milusia grał dorosły aktor – wyszło genialnie: publiczność go pokochała, stał się sercem spektaklu.  Ta historia aż prosi się o podobną więź z widzem.  Dzieci przychodzą tu dla ptaków.  Im młodszy widz, tym mniejsza bariera między nim a zwierzęciem: gdyby te pingwiny grali aktorzy, więź z widownią byłaby znacznie silniejsza.

Russell Morton, Tony Manley, Lucy Grattan, Roxanne Palmer. Zdjęcie: Helen Murray

W obecnej formie spektakl jest dość zdystansowany.  Nawet liczne walory inteligentnej, błyskotliwej ścieżki dźwiękowej przelatują nad głowami bardzo młodej publiczności.  Gęste, dowcipne teksty Hughesa i świetne stylizacje Batemana na lata 30. są serwowane w nadmiarze, zamiast być rzadkim rarytasem.  Nie byłoby to problemem, gdyby śpiewały je fascynujące postacie: dla porównania, melodie Harolda Arlena i teksty Yipa Harburga w „Czarnoksiężniku z krainy Oz” są dopasowane do wyobraźni Dorotki i niezwykłych postaci, które spotyka – nigdy nie są przypisywane nudnej cioci Em czy wujkowi Henry’emu.  Co więcej, dialogi mówione są wyraźnie słabsze i brakuje im polotu warstwy muzycznej.

Czy warto więc zobaczyć ten spektakl?  Moim zdaniem, choćby dla samego finału – zdecydowanie tak.  Bateman i Hughes to wielkie talenty i ta produkcja pokazuje, że stać ich na rzeczy wybitne.  Potrzebują teraz tylko odpowiednich scenariuszy, by ta magia mogła w pełni wybrzmieć.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O TRASIE SPEKTAKLU „PAN POPPER I JEGO PINGWINY”

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS