Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Mrs Henderson Presents, Theatre Royal Bath ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Mrs Henderson Presents w Noel Coward Theatre – Bilety Już w Sprzedaży! Mrs Henderson Presents

Theatre Royal, Bath

22 sierpnia 2015

5 Gwiazdek

Czasy międzywojenne, Londyn. Teatr Windmill ledwo przędzie. Właścicielka wpada na pomysł: oszczędźmy na kostiumach i wprowadźmy klasyczną, artystyczną nagość. Strażnik moralności, Lord Szambelan, wyraża zgodę po drobnym fortelu. Umowa podpisana, scena gotowa – pozostaje tylko przekonać młode damy, że paradowanie bez ubrań to nieodłączny element ich pracy na deskach teatru.

Nic dziwnego, że dziewczyny oporują; niektóre uciekają, nie chcąc rozbierać się publicznie. Ale nieśmiała Maureen uznaje to za dobry pomysł i się zgadza, a inne dziewczęta idą w jej ślady.

Nadchodzi ten moment. Reżyser chce, by panie zrzuciły szaty. W ostatniej chwili Maureen się waha, szukając oparcia. Dlaczego tylko one mają być nagie? Dlaczego mężczyźni też się nie rozbiorą? To wczesny głos w walce o równouprawnienie, któremu panowie się opierają. Aż do chwili, gdy Bertie uznaje, że pal licho, mogą być jedną wielką paczką „dziewczyn”. Zrzuca ubranie ku zdumieniu kolegów. Stoi zupełnie nagi, pławiąc się w blasku uwagi. Pozostali mężczyźni nie mogą przecież dać się przyćmić homoseksualiście, więc jeden po drugim, w stylu Calendar Girls, zakrywając atrybuty męskości rekwizytami, również się rozbierają. Do tej pory widzieliśmy gołe plecy i klatki piersiowe, ale krocza pozostały bezpiecznie ukryte (może poza czujnym okiem kogoś na balkonie lub z boku sceny). To nagość z przymrużeniem oka, pełna humoru.

Idąc za przykładem panów, panie zdejmują suknie. Kiedy scena w końcu trafia na deski Windmill, kobiety trwają w bezruchu, są niezwykle piękne i całkowicie nagie. Wszystkie. Depilacja, całkowite odsłonięcie – jak boginie z renesansowych płócien. Są znacznie odważniejsze od mężczyzn – ich wdzięki lądują prosto w świetle reflektorów. Tutaj nie ma miejsca na skromność znaną z Dziewczyn z kalendarza.

I o to właśnie chodzi.

Oto nowy brytyjski musical, Mrs Henderson Presents, oparty na przeboju kinowym z 2005 roku (scenariusz Martin Sherman) o tym samym tytule, z librettem Terry’ego Johnsona, tekstami piosenek Dona Blacka oraz muzyką George’a Fentona i Simona Chamberlaina. Premiera odbywa się właśnie w Theatre Royal Bath w reżyserii samego Johnsona. Dzięki choreografii Andrew Wrighta, kierownictwu muzycznemu Mike'a Dixona i orkiestracji Larry'ego Blanka, produkcja Johnsona to triumf pod każdym względem.

Partytura Fentona i Chamberlaina to prawdziwa rozkosz. Znajdziemy tu numery stylizowane na Cole'a Portera czy Richarda Rodgersa, skoczne melodie w stylu wodewilowym oraz wielkie, bogate hymny. Melodyjna i pełna radości muzyka porywa od pierwszej nuty. Wśród hitów warto wymienić What A Waste Of A Moon, Ordinary Girl, Perfect Dream, Living In A Dream World, He’s Got Another Think Coming, Anything But Young czy If Mountains Were Easy To Climb. Nawet lekkie, przekorne piosenki jak We Never Closed i Everybody Loves The Windmill skrzą się autentycznym blaskiem. Utwory te brzmią świeżo, a jednocześnie idealnie oddają klimat lat 30.

Orkiestracje Larry’ego Blanka są jak zwykle znakomite, choć Dixon ma do dyspozycji tylko mały, 8-osobowy zespół. Muzycy grają z niespożytą energią, ale nie da się ukryć, że ta partytura zasługuje na większy skład – porządną sekcję smyczkową i pełniejszą blachę w jazzowych fragmentach. Dixon wykonuje świetną robotę, dbając o idealny balans między wokalistami a instrumentami. To melodie, które chce się nucić i wyklaskiwać, a wychodząc z teatru, marzy się o zakupie albumu, by słuchać go bez końca.

Duża w tym zasługa Dona Blacka, który jest w wyśmienitej formie. Jego teksty są błyskotliwe, radosne, momentami pieprzne, ale zawsze intrygujące i mądre. Unika taniego sentymentalizmu, pozwalając, by to postać i sytuacja dyktowały słowa.

Terry Johnson przebudował scenariusz filmowy, co wyszło musicalowi na dobre. Pojawiły się nowe postacie i inne akcenty, ale duch frywolnej, radosnej zabawy znany z ekranu został w pełni zachowany. Johnson wzmacnia teatralność opowieści, skupiając się na bohaterach z zaplecza teatru. To strzał w dziesiątkę. Wprowadza też narratora, co jest świetnym zabiegiem scenicznym, choć w tym przypadku kuleje nieco przez warsztat wykonawcy.

Teatr Windmill słynął ze swoich Revueville, a dzieło Johnsona hołduje tej stylistyce. Całość to seria powiązanych ze sobą scen i piosenek, tworzących spójną historię. Jest prosto i chwytliwie – dokładnie tak, jak musiało być w czasach Revueville.

Akcja osadzona w latach 30. i 40. sprawia, że cień wojny jest nieunikniony. Johnson nie ucieka od tego, lecz czyni z ówczesnego patriotyzmu niezwykle poruszający element narracji. Trudno nie uronić łzy, bo klimat tamtych lat oddano z niezwykłą starannością. Nie jest to jednak ckliwe – wzruszenie wypływa prosto z epoki i charakteru postaci. Spektakl jest zabawny i wciągający, a zarazem smutny i skłaniający do refleksji.

Słusznie Johnson, jako reżyser, uparł się przy prawdziwej nagości. Bez niej spektakl straciłby na autentyczności. Jednocześnie pokazanie różnic w podejściu do nagości męskiej i żeńskiej w tamtych czasach zmusza do refleksji nad tym, co zmieniło się od 1940 roku. Niewiele. Kobiece ciało wciąż jest przedmiotem darmowej ekspozycji, podczas gdy męskie – nie. (Wystarczy spojrzeć na Grę o Tron: mnóstwo nieuzasadnionej nagości kobiecej i znikoma ilość męskiej). Od kobiet oczekuje się pozowania nago, od mężczyzn – trzymania ubrań na sobie. Teatr rzadko zmusza do takich przemyśleń, ale ten uroczy i odważny musical robi to bezbłędnie.

Andrew Wright przygotował doskonałą, choć momentami trudną technicznie choreografię. Nie zawsze wydaje się idealnie z epoki, ale obsada wykonuje ją z taką dyscypliną i energią, że ogląda się to z wielką przyjemnością. Numer He’s Got Another Think Coming jest fenomenalny i stanowi fantastyczne zamknięcie pierwszego aktu.

Jako praktyczna i twardo stąpająca po ziemi Maureen, która bez wahania przyjmuje wyzwanie występu nago, Emma Williams jest absolutnie genialna: świetnie gra, tańczy, śpiewa i z niezwykłą klasą pozuje. Jej głos idealnie pasuje do partytury, a piosenki w jej wykonaniu mają serce i złocistą barwę. Tańczy tak, jakby robiła to całe życie, a wachlarzem operuje lepiej niż ktokolwiek inny. Williams jest spektakularna, a jej odważna, frontalna tyrada skierowana do Hitlera to prawdziwy „coup de théâtre” – równie uderzający i pamiętny, jak słynne „Move Your Blooming Arse!” z My Fair Lady. Jest po prostu cudowna.

Samuel Holmes jest równie wspaniały jako męska gwiazda Windmill – kampowy i ekscentryczny Bertie. Udaje mu się stworzyć wyrazistą postać, nie tracąc z oczu tragizmu życia w czasach, gdy homoseksualizm był przestępstwem. Holmes nie czyni z Bertiego postaci karykaturalnej; bije od niego energia i apetyt na życie. Moment, w którym rozbiera się w geście solidarności z dziewczynami, to jeden z najjaśniejszych punktów show – pokazuje go jako lojalnego przyjaciela i dowcipnisia (sceny z nagim, zawstydzonym Matthew Malthouse’em są przezabawne). Holmes ma piękny głos i jest świetnym tancerzem. Rewelacja.

Ian Bartholomew jest cudowny w roli Viviana Van Damma, żydowskiego przedsiębiorcy, który wraz z panią Henderson buduje sukces Windmill. Potrafi być zabawy i wzruszający, a jego reakcja na inwazję Hitlera w Europie jest zagrana z ogromnym wyczuciem. Bartholomew nadaje swojej postaci niezwykły urok i wokalny autorytet. Van Damm w jego wydaniu błyszczy.

Matthew Malthouse, grający postać dopisaną do tej produkcji, udowadnia swoją klasę jako Eddie – sympatyczny technik teatralny, który traci głowę dla Maureen. Malthouse nie robi z Eddiego bawidamka; gra postać kruchą, delikatną i całkowicie uroczą. Jego sceny z Williams są szczere i słodkie – nie sposób nie kibicować ich miłości. Ma lekki, pewny głos, a piosenki w jego wykonaniu brzmią stylowo. To kolejny świetny tancerz z żyłką do komediowych psot.

Zastąpienie Judi Dench to zawsze trudne zadanie, zwłaszcza gdy gra się starszą kobietę, ale Tracie Bennett radzi sobie bezbłędnie. Jej Mrs Henderson jest marzycielska, ale zdeterminowana; tryska życiem i pokonuje przeszkody z lekkością. W jej grze pobrzmiewa echo kultowej serii Carry On – bywa dosadna i szokująca, ale zawsze z błyskiem w oku. Czasem to błysk melancholii, czasem psoty, ale zawsze pełen wiary w możliwości. Bennett świetnie czuje muzykę i ma genialną chemię z resztą obsady, stanowiąc serce całego widowiska.

Na pochwałę zasługują także Graham Hoadly (hukający Lord Szambelan), Lizzy Connolly, Katie Bernstein i Lauren Hood (świetne tancerki – Doris, Peggy i Vera), Dickie Wood (Cyril) oraz Andrew Bryant (Sid). Cały zespół wykonuje kawał dobrej roboty – harmonie brzmią pięknie, taniec jest na najwyższym poziomie, a komizm miesza się z autentycznym wzruszeniem.

Jest tylko jeden słabszy punkt. Mark Hadfield jako Arthur, komiczny narrator, nie do końca odnajduje się w swojej roli. Jego monologi nie są tak pewne, jak powinny, nawet jeśli – jak na pokazie przedpremierowym – grał człowieka niepewnego swojego materiału. Brakuje tu lekkości, płynności i czystej improwizacji. W ogólnym rozrachunku Arthur nie kładzie spektaklu, ale z lepszym wykonawcą całość byłaby jeszcze bogatsza.

Scenografia Tima Shortalla jest urocza i trafna, a scena bombardowania teatru robi wrażenie. Paul Wills stworzył świetne kostiumy, a oświetlenie Bena Omeroda jest mistrzowskie (szczególnie w scenach z księżycem Eddiego i nagością Maureen). Richard Mawbey wykonał kawał dobrej roboty przy perukach i charakteryzacji.

Nie mam wątpliwości, że Mrs Henderson Presents powinno trafić na West End. Materiał jest pierwszorzędny i bije na głowę wiele nowości z ostatnich lat. Przydałaby się tylko większa orkiestra, kilka drobnych korekt obsadowych i liczniejszy zespół tancerzy, by nadać całości większego rozmachu. W Bath spektakl broni się jako genialna sztuka kameralna, idealnie pasująca do pięknego Theatre Royal. Na West Endzie może celować jeszcze wyżej.

Najważniejsze jest to, że wszystko tu po prostu działa.

To najlepszy brytyjski musical od czasu Matyldy. A jeśli nie liczyć spektakli o dzieciach, to najlepsza rzecz od czasów Upiora w Operze.

Nie do przeoczenia.

Mrs Henderson Presents w Theatre Royal Bath do 5 września 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS