Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Putting It Together, St James Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

Putting It Together

St James’ Theatre

1 lutego 2014

5 Gwiazdek

Czasami bywa tak, że wsuwamy do odtwarzacza płyty z różnymi nagraniami musicali Sondheima lub koncertami galowymi poświęconymi jego twórczości i wybieramy tryb odtwarzania losowego. Efekt bywa druzgocący – otrzymujemy przedziwną mieszankę stylów i piosenek (pomyślmy tylko o Pretty Little Picture zestawionym z Moments in the Woods, a po nich z A Weekend In The Country). Sondheim zawsze znajduje unikalny język muzyczny dla każdego ze swoich dzieł, a bywają one od siebie skrajnie różne. W rękach amatorów lub przy mało przemyślanej reżyserii, rewia Putting It Together (stworzona przez Julię McKenzie, Camerona Mackintosha i samego Sondheima) może stać się właśnie takim doświadczeniem: niespójnym, choć znajomym, budzącym raczej ciekawość niż poczucie więzi z bohaterami, dziwnym zamiast satysfakcjonującym. Jednak dziś wieczorem w St James Theatre w dzielnicy Victoria, przy pełnej widowni, na której zasiadła sama Angela Lansbury, produkcja Putting It Together w reżyserii Alastaira Knightsa, z choreografią Matthew Rowlanda i Scarlet Wilderink oraz pod kierownictwem muzycznym Theo Jamiesona i Alexa Parkera, zakończyła swoją pełną sukcesów serię spektakli.

Ta inscenizacja nie wpadła w żadną z takich pułapek. Wręcz przeciwnie – niemal niezauważalnie, bez zbędnego zadęcia i na siłę narzuconych „koncepcji” reżyserskich, po prostu dostarczyła nam to, co najlepsze. I uczyniła to w iście triumfalnym stylu.

Założenie sztuki jest proste: na eleganckim przyjęciu małżeństwo przechodzi kryzys, młodsza para zastanawia się, co właściwie robią razem, a uroczy, dowcipny facet obserwuje ich wszystkich, od czasu do czasu komentując sytuację lub wchodząc w interakcję z bohaterami. Wszystko to dzieje się przy dźwiękach barwnego gobelinu utkanego z (przeważnie) rzadziej wykonywanych utworów z kanonu Sondheima.

Jedną z najważniejszych kwestii, które uświadamia ta rewia, jest fakt, jak głęboko Sondheim zakorzenił się w kulturze popularnej. Nawet najbardziej niszowe numery z tej listy wydają się w jakiś sposób bliskie i znajome. Te najsłynniejsze, jak Ladies Who Lunch czy Marry Me A Little, brzmią jak przeboje z pierwszych miejsc list przebojów. Na widowni nie brakowało osób, które były szczerze zdziwione, że dany utwór wyszedł spod pióra Sondheima – oczywiście nie dotyczyło to samej Angeli Lansbury.

Muzyka została po mistrzowsku zaaranżowana na kameralny zespół: fortepian, obój/rożek angielski, klarnet, fagot, kontrabas i trąbkę. Każdy z muzyków grał z niezwykłą precyzją i talentem. Praca Theo Jamiesona przy fortepianie zrobiła na mnie szczególne wrażenie.

W samym sercu tej produkcji błyszczy olśniewająca, absolutnie genialna Janie Dee. Artystka spełnia oczekiwania na każdym polu. W swojej zabójczej czarnej sukni jest uosobieniem seksapilu, potrafiąc jednocześnie przejść od lekkiej komedii do rozdzierającego bólu w tych bardziej dramatycznych utworach. Jej wykonanie Lovely ociekało jadowitym cynizmem; Every Day A Little Death pulsowało drżącym smutkiem; Everybody Ought To Have A Maid było rozkoszną, naładowaną erotyzmem igraszką. Utwory Could I Leave You, Ladies Who Lunch oraz Not Getting Married Today zabrzmiały świeżo i odkrywczo, jakby nikt nigdy wcześniej ich nie śpiewał. Like It Was mieniło się nieutulonym żalem, a wspaniały duet z Caroline Sheen, There's Always A Woman, okazał się najbardziej wykwintną muzyczną ucztą wieczoru.

Dee jako wykonawczyni nie zna strachu. Śpiewa z przejmującą szczerością i głębokim zrozumieniem, które nasyca każdą linijkę i każdą frazę radością, autentycznością i niezwykłą precyzją. Nie boi się wykorzystać chrypki w głosie dla uzyskania świetnego efektu i doskonale wie, jak operować rejestrami, by wydobyć z nich to, co najlepsze.

Tego wieczoru lśniła po prostu jak Supernowa.

Na szczęście nie była na scenie sama.

Damian Humbley był w iście wybornej formie wokalnej. Jego perfekcyjne wykonanie Marry Me A Little i Unworthy Of Your Love ukazało w pełnej krasie jego dźwięczny, potężny i niezwykle precyzyjny tenor. Trudno było nie ulec pokusie, by to on zaśpiewał każdy męski numer w tym programie. Odczuwalne to było zwłaszcza przy Good Thing Going w wykonaniu Davida Bedelli, który niestety nie dorównał interpretacji humbleya z produkcji Merrily We Roll Along z 2013 roku. W istocie, najlepiej zaśpiewanym męskim utworem wieczoru było bezbłędne i wzruszające Pretty Women w wykonaniu Humbleya. Pod każdym względem był bezbłędny. Równie świetny był Daniel Crossley w roli klasycznego musicalowego artysty – za każdym razem, gdy pojawiał się na scenie, wprost ją rozświetlał. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł wykonać Buddy's Blues lepiej niż Crossley: był pomysłowy, dynamiczny i znalazł nowe sposoby, by uczynić ten numer spektakularnym. Podobnie było w przypadku jego występu z Dee w Everybody Ought To Have A Maid oraz w otwierającym The Invocation and Instructions To The Audience. Może nie jest wokalistą klasy Humbleya, ale to estradowa bestia. W tym doborowym gronie znalazła się też Caroline Sheen, która zagrała naiwną „ingenue” z absolutną perfekcją. Jej Lovely było wspaniałe, podobnie jak Live Alone And Like It. Błyszczała zwłaszcza we wspólnych scenach z Dee. Jedynie David Bedella wydawał się nieco odstawać od reszty obsady. Jego głos to nie jest prawdziwy bas-baryton, który nadaje tę specyficzną głębię utworom takim jak Pretty Women, The Road Not Taken czy Hello Little Girl. W przeciwieństwie do kolegów z obsady, nazbyt często albo nie trafiał w dźwięki, albo brakowało mu skali. To zastanawiające, bo w odpowiednich rolach potrafi być przecudowny. Nawet w Being Alive, numerze, który powinien być skrojony pod niego, zabrakło odpowiedniej barwy i tej elektryzującej precyzji. Było to rozczarowujące, ale nie zepsuło ostatecznego wrażenia. To była rozrywka najwyższej próby, w pełni zasługująca na owację na stojąco, która przywitała obsadę po finałowym Old Friends. Gdy cała piątka śpiewała razem, ich głosy współbrzmiały idealnie – słuchali się nawzajem i współpracowali w sposób godny podziwu. To była gra zespołowa w swoim najbardziej fascynującym wydaniu.

Wielkie brawa dla Knightsa i Parkera: ich wizja tej produkcji – świeża, czysta i przejrzysta – trafiła w dziesiątkę.

Ta wersja Putting It Together w pełni zasługuje na to, by trafić na deski jednego z głównych teatrów West Endu i cieszyć komplety widzów szukających czystej, radosnej rozrywki na poziomie.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS