Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: She Called Me Mother, Stratford Circus Arts Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Matthew Lunn

Share

She Called Me Mother Stratford Circus Arts Centre, 8 października 2015

4 gwiazdki

W spektaklu She Called Me Mother, dającym głos bezdomnym i ofiarom przemocy, jest wiele do podziwiania. W programie Michelle Inniss, autorka sztuki, wyjaśnia, co zainspirowało ją do stworzenia postaci 70-letniej trynidadzkiej imigrantki, Evangeline Gardner:

„Postać Evangeline narodziła się pod wpływem spotkań z bezdomną kobietą, z którą rozmawiałam regularnie w latach 2006–2007. Sprzedawała magazyn The Big Issue na stacji London Bridge. Zamiast nazwać ją 'ciocią' (aunty), co w społeczności afro-karaibskiej jest wyrazem szacunku dla starszych, niechcący zwróciłam się do niej 'matko'. Jej oczy rozbłysły i uśmiechnęła się”.

Inniss dodaje, że regularne interakcje z tą kobietą skłoniły ją do refleksji nad tym, jak straciła dom – co wydarzyło się wcześniej i gdzie są teraz jej bliscy?

Evangeline (Cathy Tyson) wiedzie proste życie – każdego dnia czeka na kobietę o imieniu Teresa, która przypomina jej córkę, Shirley (Chereen Buckley), z którą od lat nie ma kontaktu. Codzienna życzliwość Teresy daje Evangeline ciepło, choć bohaterkę wciąż przepełnia frustracja i żal. Przemierzając scenę, rozmyśla o tym, że upór Shirley powinien był ją ostrzec przed odejściem córki, by po chwili złagodnieć na wspomnienie własnego, szczęśliwego dzieciństwa na Trynidadzie. Wspomnienia się rozwijają i wkrótce mowa jest o jej mężu, Rodneyu, który „lubił wypić”, co pozwala nam domyślać się przyczyn ucieczki Shirley. Gdy Shirley pojawia się na scenie, zajmując przestrzeń odrębną od matki, jej monologi wyjaśniają wpływ zachowania ojca na jej dorosłe życie i to, jak błędy rodziców rzutują na jej trudny związek z partnerem, Danielem.

Inniss wykonuje kawał świetnej roboty, wykorzystując postacie drugoplanowe poprzez bogate, sugestywne dialogi, które nadają wspomnieniom protagonistek niezwykłą wyrazistość. Szczególną uwagę poświęca dłoniom i oczom bohaterów. Shirley wspomina niepokojące poczucie bezpieczeństwa, gdy trzymała ojca za rękę, wiedząc jednocześnie, „do czego ta dłoń jest zdolna”. Evangeline natomiast wpada w babciną ekstazę, trzymając za ręce dzieci Teresy. Matka pamięta oczy Shirley jako „czarne i harde”, co kontrastuje z opisami Shirley o nieobecnym spojrzeniu rodziców, szukających ucieczki od małżeńskich problemów.

Podobieństwa między Danielem a Rodneyem są nieco zbyt dosłowne, a nieuniknione spotkanie matki z córką w finałowym akcie odrobinę się dłuży, ale poza tym sztuka jest skonstruowana imponująco. Przez 90 minut Inniss sprawnie unika zbyt długiego celebrowania poszczególnych wspomnień. Zamiast tego, wzorem Talking Heads Alana Bennetta, zmienny ładunek emocjonalny przywoływanych zdarzeń pcha narrację w niezwykłe rejony. Nieoceniona jest tu oprawa dźwiękowa Kerri Mclean – beznamiętne komunikaty ze stacji London Bridge kontrastują z barwnym odgłosem trynidadzkiego lasu. Oświetlenie Petera Smalla jest proste i skuteczne, często podkreślając zmieniający się dystans między postaciami. Finałowa scena, w której scenografię kąpie nieziemska poświata, stanowi znaczące dopełnienie satysfakcjonująco niejednoznacznego zakończenia.

Cathy Tyson w roli głównej daje poruszający popis – jest gorzka jak piołun, ale z błyskiem w oku. Jej interpretacja postaci Evangeline pełna jest humoru, a widownia wielokrotnie wybuchała śmiechem – choćby przy mistrzowsko wygłoszonej kwestii: „Moja matka nie puściłaby bąka na bawełnę, żeby go matka poczuła”. Tyson nie boi się pokazać wad Evangeline, rzucając światło na poczucie zdrady u Shirley poprzez ukazywanie naiwności i okazjonalnego egocentryzmu bohaterki. Choć dykcja aktorki bywała momentami niepewna, bije od niej ogromna charyzma sceniczna; traktuje postać Evangeline z godnością nawet w jej najmniej sympatycznych chwilach.

Chereen Buckley kreuje Shirley jako postać, którą natychmiast darzy się sympatią, co sprawia, że z tym większym bólem słucha się, jak jej pełne nadziei opisy życia po wyprowadzce nieuchronnie marnieją. To z jej ust dowiadujemy się najwięcej o nadużyciach ze strony Rodneya; znaczna część jej partii to analiza rozbitych relacji z najważniejszymi ludźmi w jej życiu – relacji utraconych nie z jej winy. W rezultacie ma znacznie mniejsze pole manewru emocjonalnego niż Evangeline; wpływ przemocy domowej na jej życie jest ukazany w sposób bezlitośnie surowy. Niemniej Buckley wyróżnia się subtelnością w oddawaniu budzącej się empatii wobec losu matki. Fakt, że cierpienie Shirley z rąk Daniela zbliża ją do matki, jest tu czymś więcej niż tylko przewrotnością losu; jej znużenie światem zostaje uzasadnione rosnącym poczuciem, że musi pogodzić się z przeszłością. Jak zauważa Evangeline: „To zabawne, nieważne jak daleko odejdziesz, wspomnienia nigdy cię nie opuszczą”.

She Called Me Mother to skłaniająca do refleksji sztuka, pięknie napisana przez Michelle Inniss i przekonująco zagrana przez Cathy Tyson oraz Chereen Buckley. Eksploracja tematu pamięci, szczególnie w kontekście rozwoju i rozpadu relacji, tworzy niezwykle intensywne doświadczenie, a finał otwiera drogę do wielu intrygujących interpretacji. Spektakl She Called Me Mother jest wystawiany w teatrach w całej Anglii do 21 listopada.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS