WIADOMOŚCI
RECENZJA: Shock Treatment, Kings Head Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Shock Treatment
King's Head Theatre
21 kwietnia 2015
3 gwiazdki
Mówi się często, że gdyby Dame Judi Dench czytała książkę telefoniczną, warto byłoby zasiąść na widowni choćby po to, by usłyszeć jej głos. Jeśli to prawda – a z pewnością tak jest – równie prawdziwe musi być stwierdzenie, że gdy Julie Atherton śpiewa dowolną partyturę, warto być na widowni, by jej posłuchać.
Atherton to ten rzadki typ wykonawczyni musicalowej: potrafi zaśpiewać w niemal każdym stylu i bez względu na to, co robi, potrafi nasycić swój występ niezaprzeczalnym ikrą, nieskończonym czarem i zmysłowym urokiem. Nie każda sopranistka potrafi płynnie przejść od roli szarej myszki, przez smukłą kusicielkę, aż po kampowy magnes na fetyszystów (w komplecie z winylowym strojem pielęgniarki, który ledwie zakrywa jej pośladki i z trudem mieści falujący biust) w ramach jednej postaci – ale Atherton radzi sobie z tym zadaniem z ogromną lekkością w „Shock Treatment”, musicalu, który ma właśnie swoją premierową odsłonę sceniczną w King's Head Theatre.
Wyreżyserowany przez Benjiego Sperringa i zaadaptowany na podstawie filmu o tym samym tytule przez Toma Crowleya, „Shock Treatment” jest zapowiadany w programie jako „równorzędna kontynuacja” swojego pierwowzoru, czyli „The Rocky Horror Picture Show”. Chociaż branża reklamowa mogłaby nazwać to stwierdzenie „niewinnym podkoloryzowaniem”, jest ono zarówno nieprawdziwe, jak i strzałem w stopę. Opisywanie spektaklu jako równego „The Rocky Horror Picture Show” buduje w widzach oczekiwania, które nigdy nie zostaną spełnione – choćby dlatego, że w „Shock Treatment” brakuje wielkiej gwiazdy oryginału, doktora Frank-N-Furtera.
To, co łączy „Shock Treatment” z jego scenicznym przodkiem, to motyw dwójki zagubionych ignorantów, Janet i Brada, którzy znajdują się w sytuacji ich przerastającej. Starają się odnaleźć siebie nawzajem w atmosferze pełnej seksualnego napięcia, dreszczyku emocji i ekscentrycznych postaci, a wszystko to przy dźwiękach świetnej, funkowej i wpadającej w ucho muzyki.
Fabuła jest cieniutka jak opłatek. Brad i Janet przechodzą kryzys małżeński. Brad stracił pracę, a Janet boi się, że się od siebie oddalają. Zgłasza ich do programu telewizyjnego, który obiecuje rozwiązać ich problemy. Stąd ruszamy w szaloną podróż przez absurdalny nonsens z udziałem dziwacznych gospodarzy telewizyjnych, jeszcze dziwniejszego rodzeństwa medyków McKinley, małych czarnych sukienek, zabiegów elektrowstrząsowych, otwieranych szaf i parady białych winylowych kostiumów. Ostatecznie zarówno Brad, jak i Janet zostają obnażeni, przebadani, poddani wstrząsom i terapeutycznie ożywieni – a nad krainą (tutaj Denton, USA) zapada radosna szczęśliwość w czarnych sukienkach.
Scenografia Tima Shortalla to spektakl sam w sobie – biała kraina czarów, która może służyć zarówno jako studio telewizyjne, jak i gabinet kliniczny. Cienka, ruchoma, powiewająca kurtyna jest wykorzystywana z komicznym skutkiem, a Nic Farman dostarcza mnóstwo zabawy dzięki pomysłowemu użyciu filtrów kolorystycznych, które dopełniają nastrój, podkreślają charakter postaci lub, od czasu do czasu, same w sobie stanowią żart. Projekty kostiumów Xylony Appleton są zuchwałe i bardzo pomysłowe, zwłaszcza w przypadku żywych strojów noszonych przez rodzinę Hapschattów. Jak na miejsce tak małe i skromne pod względem zasobów jak King's Head, zgromadzony tu zespół kreatywny robi ogromne wrażenie, a ich wspólna praca zdecydowanie przekracza oczekiwania.
Adaptacja filmu z 1981 roku (sequela „The Rocky Horror Picture Show”) pióra Crowleya nie aspiruje do miana arcydzieła; zamiast tego funkcjonalnie dostosowuje fabułę, by stworzyć szalony wir możliwości w stylu „Carry On” skrzyżowanego z „South Park”, prezentując piosenki, postacie i koncepty. Jest zabawnie, głupkowato i odrobinę seksownie w niemal równych proporcjach, co daje spore pole do dobrej zabawy.
Atherton jest supernovą tej produkcji. Przez cały czas jest w doskonałej formie wokalnej, wnosząc błyskotliwe zrozumienie nawet w najbardziej banalne melodie. Jej zdolność do przekazywania niewinności niczym u sarenki jest niezwykła, zwłaszcza gdy jednocześnie potrafi wyraźnie wyartykułować tkwiącą w niej drapieżną boginię seksu. Co najlepsze, potrafi dokonać czegoś odwrotnego – widok śladów dziewczęcej pobożności tańczących na jej twarzy, gdy ma na sobie czarną halkę lub obcisły, biały winylowy strój pielęgniarki, to coś wyjątkowego.
W ten sposób występ Atherton ucieleśnia ukrytą obietnicę tego utworu: dziwacy i outsiderzy też mogą mieć seks, narkotyki i Rock'n'Rolla! Podobnie czynią dwie inne magnetyczne, choć biegunowo różne kreacje o całkowicie oddanej, uwodzicielskiej sile.
Ben Kerr jest przezabawnie sztywny jako Brad – cichy, nieco nudny mąż Janet o ciele greckiego boga, który nie ma pojęcia, kim lub czym mógłby być. Nieuchronnie Kerr zostaje obnażony do samej bielizny (ku uciesze publiczności); mniej oczywiste jest to, że udaje mu się nadać temu, co spotyka Brada, wrażliwość niemal chrystusową, co – zaskakująco i wbrew logice – jest poruszające. To delikatna, ciepła i dopracowana rola. Jego wykonanie ostatniego numeru, „In My Own Way”, jest zachwycające.
W przeciwległym narożniku, strojąc miny i wdzięcząc się na potęgę, Mateo Oxley wyciska każdą komiczną nanosekundę ze swojej roli skandalicznie kampowego, jedną nogą wychodzącego z szafy Ralpha Hapschatta. Przy nim postać pana Humphriesa w wykonaniu Johna Inmana wydaje się stonowana, ale nie jest to zarzut. Jego wielkie numery, „Thank God I’m A Man” i „Breaking Out”, to autentycznie euforyczne punkty kulminacyjne, a wspólne sceny z Atherton w „Me of Me” i „Little Black Dress” porywają widownię. Owszem, ściąga na siebie całą uwagę i potrafi wymusić cztery salwy śmiechu tam, gdzie wystarczyłaby jedna, ale jest nieustannie pomysłowy. Jego współpraca z Betty w wykonaniu Rosanny Hyland jest wyważona, a zuchwałe wybryki Cosmo (w tej roli Adam Rhys-Davies) stanowią dla niego świetną przeciwwagę. Opalenizna rodziny Hapschattów niemal zasługuje na własne brawa przy ukłonach.
Po całym tym pewnym siebie nadmiarze w głównej części spektaklu, ciekawie było zobaczyć Oxleya wijącego się w absurdalnie krótkiej czarnej sukience podczas finałowego „Anyhow, Anyhow”. Nie miał powodu do skrępowania, ale był to dowód na to, jak bardzo oddał się roli ekscentrycznego Ralpha, podczas gdy prywatnie Oxley jest zupełnie inny.
Rhys-Davies i Nic Lamont tworzą interesującą i zwariowaną parę jako podejrzany duet chirurgiczny Cosmo i Nation. Łączy ich świetna synergia i skupienie, gdy brną przez kolejne fabularne zawiłości. Sympatyczni i przystępni, potrafią być angażujący i – od czasu do czasu – kapitalnie sprośni.
Jeśli chodzi o Marka Little w roli Farley’a Flavorsa, medialnego potentata z manią wielkości, mamy do czynienia z nietrafioną obsadą. Little nie śpiewa wystarczająco dobrze na potrzeby tej partytury, a jego występ, choć dziki, był niekontrolowany i ostatecznie mało przekonujący. Nie był ani wystarczająco ekstremalny, ani wystarczająco subtelny, by zapaść w pamięć; trudno tu było znaleźć coś godnego podziwu.
Kierownik muzyczny Alex Beetschen wykonał imponującą robotę, choć trzeba przyznać, że pojawiły się poważne problemy z balansem dźwięku (Chris Drohan, to uwaga do Ciebie), które utrudniały zrozumienie tekstów piosenek. Biorąc pod uwagę, że ta muzyka musi tętnić energią, dykcja i wsparcie dźwiękowe są kluczowe. Little, Hyland, Rhys-Davies, Lamont i Oxley momentami mieli duże trudności z przebiciem się; tylko w jednym przypadku można to uznać za małe wybawienie.
Z perspektywy czasu scenariusz Richards O’Briena z 1981 roku jest dziwnie proroczy, zwłaszcza w skupieniu na szybkich rozwiązaniach, ogromnym zasięgu i niepowstrzymanej sile reality TV oraz fakcie, że mimo upływu czasu indywidualizm i akceptacja nie są pojęciami uniwersalnymi. Choć można odnieść wrażenie, że to show służący wyłącznie rozrywce, pod spodem kryje się komentarz społeczny, nad którym warto się zastanowić.
„Shock Treatment” to ewidentnie musical kultowy. Publiczność wokół mnie często śpiewała razem z aktorami, a niektórzy przyszli przebrani za swoje ulubione postacie filmowe. Szczerze mówiąc, tym razem tylko dodało to całości uroku.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności