Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Zygfryd i Zmierzch bogów, Hackney Empire ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Udostępnij

Tim Hochstrasser recenzuje inscenizacje Siegfrieda i Götterdämmerung w Arcola Theatre – część Pierścienia Nibelunga Wagnera wystawioną w Hackney Empire.

Siegfried i Götterdämmerung teatru Arcola w Hackney Empire. Fot.: Alex Brenner Siegfried & Götterdämmerung

Hackney Empire

6 sierpnia 2022

5 Gwiazdek

Arcola Theatre rozpoczęło pracę nad swoim cyklem Pierścienia jeszcze przed pandemią, a teraz doprowadziło go do triumfalnego finału. To sukces nie tylko zespołu produkcyjnego, ale i skróconej wersji Pierścienia autorstwa Grahama Vicka i Jonathana Dove'a. Nikt rozsądny nie próbowałby wystawić pełnych wersji dwóch ostatnich oper jednego dnia, ale przy czasie trwania skróconym odpowiednio do dwóch i dwóch godzin czterdziestu pięciu minut, jest to wyzwanie jak najbardziej wykonalne. Dzięki temu nagle możemy docenić całą perspektywę życia Zygfryda. Usunięcie retrospektywnych streszczeń fabuły, które Wagner wprowadził zakładając, że widzowie mogą nie znać pozostałych części, pozwala artystom na scenie skupić się na grze i śpiewie tu i teraz. Historia odzyskuje dramatyczny dynamizm, nie tracąc przy tym głębi psychologicznej postaci.

Siegfried i Götterdämmerung teatru Arcola w Hackney Empire. Fot.: Alex Brenner Podobne pozytywne efekty widać w warstwie muzycznej. Widząc niespełna dwudziestu muzyków w kanale orkiestrowym, można pomyśleć, że to po prostu nie wypali. Jednak gdy ucho przyzwyczai się do tego brzmienia, efekt jest zachwycający. Proporcje między instrumentami a śpiewakami zostały przywrócone, co pozwala na chwile prawdziwej, luźnej intymności i znacznie odciąża głosy odtwórców głównych ról. Owszem, brakuje tego wewnętrznego drżenia smyczków, które Wagner tworzył licznymi partiami altówek, ale w zamian słyszymy wszelkie solówki instrumentalne, które zazwyczaj toną w ogólnej orkiestrowej gęstwinie. Momentami cięcia między scenami były dla mnie zbyt ostre – wolałbym zachowanie większej liczby przejść orkiestrowych, zwłaszcza że kompozytor po mistrzowsku opanował tę sztukę w niemal filmowy sposób. Trzon dzieła został jednak zachowany, dzięki umiejętnościom Orpheus Sinfonia i ich subtelnemu dyrygentowi, Peterowi Selwynowi.

Siegfried i Götterdämmerung teatru Arcola w Hackney Empire. Fot.: Alex Brenner Wyblakły przepych i blichtr samego Hackney Empire idealnie oddają wątpliwą majestatyczność Walhalli, więc dosłowność w inscenizacji nie była potrzebna. Zamiast tego, wykorzystując scenografię z poprzedniej Walkirii, postawiono na konstrukcję z rusztowań z licznymi platformami na różnych poziomach. Ułatwia to długie wejścia i wyjścia, tak charakterystyczne dla oper Wagnera, dając jednocześnie postaciom różne punkty widzenia podczas partii śpiewanych. W Siegfriedzie scenę wypełniały graty z jaskini Mimego, a kartonowe pudła udawały złoto spiętrzone w grocie Fafnera. Nieco sfatygowane meble stworzyły odpowiednio mieszczański klimat dla ambitnego rodu Gibichungów. Efekty specjalne budziły mieszane uczucia – pionowe listwy oświetleniowe zjeżdżały z nadscenia, by budować nastrój: zieleń dla lasu, czerwień dla magicznego ognia i feeria barw na koniec świata. Było to oszczędne i skuteczne. Podobnie Fafner, smok, przedstawiony tutaj jako postać centralna z szeregiem awatarów. Jednak scena kucia miecza, zawsze trudna do zrealizowania nawet w wysokobudżetowych produkcjach, wyglądała tu raczej jak pieczenie kasztanów na koksowniku.

Siegfried i Götterdämmerung teatru Arcola w Hackney Empire. Fot.: Alex Brenner Pierścień bywa czasem porównywany do symfonii w czterech częściach, w której Siegfried pełni rolę scherza. To pierwsza inscenizacja, w której to porównanie wydało mi się trafne. Mamy tu młodzieńczą energię i dynamizm, przepiękne przywołanie budzącego się do życia lasu, pokonanie smoka oraz Wotana, aż wreszcie przejście przez magiczny ogień i przebudzenie Brunhildy. Wszystko płynęło bez wysiłku, bez zbędnego hamowania akcji – to było porywające doświadczenie. Oczywiście nic z tego by się nie udało bez wokalnych i aktorskich umiejętności obsady: w roli tytułowej Neal Cooper do samego końca emanował energią i niewinnością, odnajdując w tej postaci więcej warstw niż zazwyczaj. Colin Judson naprawdę wyśpiewał rolę Mimego, pozwalając nam poczuć zarówno jego uzasadnioną frustrację, jak i niską przebiegłość. W środkowych segmentach wspaniały głos Paula Careya Jonesa oddawał powagę misji Wędrowca, ale też jego mniej szlachetną chęć manipulacji i zabawy kosztem innych. Dzięki temu w pełni rozumiemy, dlaczego Siegfried odtrąca go z niecierpliwością – co nie zawsze wybrzmiewa tak dobrze w innych wykonaniach. Freddie Tong, grający Albericha w obu operach, był cięty i groźny, a Elizabeth Karani pewnie poradziła sobie z trudnymi, melizmatycznymi partiami Ptasznika. Simon Wilding tchnął wrażliwość i żal w ostatnie słowa Fafnera, a Mae Heydorn, przedzierając się przez zwały brzoskwiniowej gazy, elokwentnie stawiła czoła Wędrowcowi w kluczowej konfrontacji decydującej o losach dramatu. To był najbardziej intensywny, skondensowany moment opery – i słusznie.

Siegfried i Götterdämmerung teatru Arcola w Hackney Empire. Fot.: Alex Brenner Choć niestety i nieuchronnie pozbawiona Norn, Götterdämmerung skupiła się mocno na zdradzie Brunhildy przez Siegfrieda i jego wkradaniu się w łaski klanu Gibichungów. Zobaczyliśmy nowego Siegfrieda – Marka le Brocq – który słusznie był od początku starszy i bardziej obyty ze światem, a co kluczowe, zachował wokalną świeżość na wymagające partie. Lee Bisset jako Brunhilda w pierwszych scenach zbyt mocno forsowała głos, ale potem odnalazła swobodę, dając popis władczej, a zarazem intymnej interpretacji kulminacyjnej sceny samospalenia. Simon Wilding powrócił w znakomitej roli Hagena, pełnej subtelnej, sączącej się groźby. Simon Thorpe bardzo skutecznie oddał tępą porywczość Gunthera, a Lucy Anderson wycisnęła z niedopisanej roli Gutruny więcej niż zazwyczaj. Moją ulubioną sceną, trzymającą w napięciu od początku do końca, była konfrontacja Brunhildy z Waltrautą. Angharad Lyddon po mistrzowsku wykorzystała tę ostatnią szansę na odwrócenie katastrofalnego finału – wybrzmiały tu wszystkie motywy Pierścienia, od oszustwa po perspektywę odkupienia.

Reżyserka Julia Burbach wraz z zespołem kreatywnym zasługują na wielkie uznanie za doprowadzenie tego skomplikowanego projektu do sukcesu. Stworzyli niezapomniane widowisko, które jakością znacznie przewyższa dostępny budżet i udowodnili wartość tej wersji wykonawczej. Pozostaje mieć nadzieję, że doczekamy się kolejnych takich produkcji, co może tylko pomóc w zrozumieniu i docenieniu Wagnera, niezależnie od tego, co powiedzą puryści.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS