WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Dreamers w St James Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
Daniel Coleman-Cooke
Share
The Dreamers
St James’ Theatre
1 lipca
2 gwiazdki
Petycja do organizatorów przyszłorocznych nagród Olivier Awards: czy możemy prosić o kategorię „Najlepsza klimatyzacja”? Po niemiłosiernie dusznym spacerze w rzekomo „najgorętszy dzień roku”, jakże miło było wejść do komfortowego teatru, który nie przypominał fińskiej sauny.
Ta klimatyczna nirwana stała się domem dla „The Dreamers”, oryginalnego musicalu autorstwa Jamesa Beeny'ego i Giny Georgio, opartego na prawdziwej historii bohatera wojennego, Reggiego Salomonsa. Akcja osadzona w latach 1914–15 ukazuje wybuch Pierwszej Wojny Światowej i tragiczną kampanię pod Gallipoli oczami żołnierzy oraz rodzin, które zostawili w domach.
Jeden z najbardziej unikalnych aspektów tej produkcji jest, niestety, również jednym z najbardziej rażących. Zamiast tradycyjnej gry aktorskiej na scenie, większość dialogów pochodzi od narratorów – zarówno audio, jak i wideo – którzy pomagają pchać fabułę naprzód. Choć to interesujący zabieg, nie sprawdza się z kilku powodów. Większość narracji ma charakter czysto faktograficzny i historyczny, przez co spektakl przypomina bardziej lekcję historii z piosenkami niż spójny musical. Głosów jest też po prostu za dużo: obsada licząca około dwudziestu osób, sześcioosobowy zespół muzyczny oraz dodatkowi narratorzy poza sceną i na ekranie.
Ten tłok sprawia, że postacie są pozbawione jakichkolwiek znaczących dialogów, nie mają więc szansy na rozwój ani pogłębione interakcje. Nawet po obejrzeniu dwugodzinnego spektaklu o Reggiem Salomonsie, wciąż nie mam pojęcia, jakim był człowiekiem, skąd pochodził ani co go motywowało.
Kolejną pułapką było wykorzystanie celebrytów w roli narratorów – trudno zanurzyć się w klimat I wojny światowej, gdy z ekranu patrzy na nas Michael Buerk. Nawet jeśli zdecydowano się na takie gościnne występy, można by je wykorzystać efektywniej. Na przykład dziwnym wyborem wydawała się para dziennikarzy na ekranie, rozprawiająca o wadze ograniczania informacji w czasie wojny.
Choć „The Dreamers” przypominało bardziej koncert z narracją niż zapowiadany musical, spektakl ma też swoje zalety. Oprawę muzyczną zapewnia sześcioosobowy zespół obecny na scenie przez cały czas. Choć początkowo ich obecność nieco rozpraszała (szczególnie przez współczesne stroje!), ich folkowa, niemal eteryczna muzyka stworzyła przyjemną ścieżkę dźwiękową. Bardziej nastrojowe utwory trafiły do mnie mocniej niż te oparte na gitarowych brzmieniach, a ożywiła je świetna sekcja smyczkowa oraz piękny głos wokalistki i pianistki Giny Georgio (jednocześnie współautorki).
Teksty piosenek początkowo nie dorównują warstwie muzycznej, choć w drugim akcie następuje wyraźna poprawa. Pierwsze utwory idą utartym szlakiem: to dość pospolite ballady o braterstwie broni i potrzebie jedności. W drugiej połowie pojawiają się jednak ciekawsze motywy – rola kobiet w konflikcie oraz złożoność i bezsensowność działań wojennych. Muzyka również staje się bardziej zróżnicowana, a urocza, skoczna piosenka w starym stylu „Lads on Tour” stanowi miłą odmianę.
Mimo ograniczonego pola manewru w inscenizacji, reżyser Mark Piper zdołał wprowadzić kilka sprytnych rozwiązań. Finał był niezwykle mocny – nie chcę zdradzać szczegółów, by nie psuć niespodzianki, ale ciekawe wykorzystanie kostiumów i materiałów wideo stworzyło najsilniejszą scenę wieczoru. Dobrym pomysłem był też moment, w którym twarze celebrytów-narratorów przenikały się z twarzami urzędników z epoki, w tym młodego Winstona Churchilla – łatwo bowiem zapomnieć o jego niepopularności podczas I wojny światowej. Kostiumy Kathy Mighall były dopracowane i idealnie oddawały epokę, a oświetlenie Morgana Jonesa wykorzystano z maksymalnym efektem.
W programie zabrakło informacji o obsadzie i postaciach, co utrudnia wyróżnienie poszczególnych ról. Niemniej jednak młody zespół był solidny, choć spektakl mógłby zyskać, gdyby grupa była nieco mniejsza i bardziej zgrana. Aktor grający Reggiego Salomonsa dysponował wspaniałym górnym rejestrem, a jego oponent Jack Hastings był równie przekonujący. Na uwagę zasługuje też jedna z aktorek z ansamblu (młoda dama w czerwonej sukni), która w drugim akcie wykonała przejmującą, niemal operową wersję „Lost in the Darkness”.
„The Dreamers” to pozycja bardzo nierówna. Muzycznie często stoi na wysokim poziomie; kierownictwo muzyczne i zespół są rewelacyjne. Jednak pod względem tekstowym i dramatycznym spektakl niedomaga, zwłaszcza w dość powierzchownym pierwszym akcie. Mimo to nie należy „The Dreamers” skreślać. Sztuka przeniosła się tu z Tunbridge Wells; fakt, że dwoje twórców po dwudziestce znalazło się na West Endzie, jest nie lada wyczynem. Mają wyraźny talent i potencjał; mam nadzieję, że będą dalej podążać za marzeniami i jeszcze nieraz usłyszymy o nich w przyszłości.
Spektakl „The Dreamers” grany jest w St James Theatre do 11 lipca.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności