Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Duchess of Malfi, Sam Wanamaker Playhouse ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Księżna d’Amalfi (The Duchess of Malfi)

Sam Wanamaker Playhouse

24 stycznia 2014

5 gwiazdek

Sztuka Johna Webstera, Księżna d’Amalfi, od zawsze uchodziła za dzieło, które trudno pokochać. Zbyt często na scenie staje się jedynie popisem dla wielkiej dramatycznej aktorki lub jest traktowana jako tragedia tej samej rangi co Hamlet czy Otello. W rzeczywistości jednak nie jest żadną z tych rzeczy, co wybitnie udowadnia urzekająca i niezwykle (choć przyznaję, że zaskakująco) rozrywkowa produkcja w reżyserii Dominica Dromgoole'a, otwierająca inauguracyjny sezon w Sam Wanamaker Theatre.

To zabawna, nieco szalona i w dobrym stylu makabryczna uczta: naturalny protoplasta gatunku „thrillera w ciemnościach”, a co ważniejsze – teatru Grand Guignol. Można tu dostrzec niemal prostą linię łączącą dzieło Webstera ze Sweeney Toddem Sondheima. Dromgoole czyni to nad wyraz oczywistym w tej odkrywczej inscenizacji z iście gwiazdorską obsadą.

Fascynujące jest obserwowanie publiczności, z której wielu przyszło zapewne na „poważny, doniosły teatr tragiczny”, jak najpierw zastygają w zdumieniu, by po chwili dać się uwieść komediowym podtonom. To one dopełniają, a może wręcz umożliwiają wybrzmienie tragicznych aspektów sztuki i jej postaci. Śmiech na widowni nie bierze się tu z zażenowania; to śmiech wypracowany przez obsadę, która wydobywa z materiału jego najgłębszą istotę.

Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór na otwarcie nowego teatru niż właśnie tę produkcję i tę sztukę.

Jako okrutny, interesowny i targany kazirodczymi popędami książę Ferdynand, David Dawson jest po prostu genialny. Wykorzystuje każdy zakamarek swojej postaci, wyciskając z niej pełny potencjał. Magicznie się go ogląda, całkowicie pochłania uwagę. Złośliwy, kapryśny, mściwy, psotny, pewny siebie, wyniosły, morderczy, obłąkany i nienasycony seksualnie (przynajmniej jeśli chodzi o siostrę) – jego występ jest filarem tej inscenizacji. Moment, w którym splata palce z dłońmi swojego brata, Kardynała, sprawiał, że ciarki przechodziły po plecach. To rola pełna niuansów, nakreślona grubą kreską, fascynująca i sugestywna. To rodząca się wielka gwiazda.

W roli Antonia, często traktowanej po macoszemu, Alex Waldmann wypada znakomicie, potwierdzając talent i klasę, którą prezentował w sezonach z RSC. Pod względem warsztatu głosowego był najbardziej przekonujący w obsadzie, z niezwykłą lekkością oddając sens i wagę tekstu. Jego wczesne sceny z Księżną to czysta przyjemność; delikatna nić radości oparta na szczerym uczuciu, stanowiąca doskonały kontrapunkt dla innych „miłości” będących w centrum akcji. Waldmann to świetny amant, który przeszedł długą drogę od swoich pierwszych, nieśmiałych kroków w Wieczorze Trzech Króli w Donmarze pięć lat temu. Kolejne nazwisko, które warto zapamiętać. W roli tytułowej zaskakuje Gemma Arterton. Początkowo wydaje się zbyt „lekka” jak na tak wielką tragiczną rolę, ale wraz z rozwojem akcji widać, że właściwie pasuje do niej idealnie. Sceny z Waldmannem emanują ciepłem, te z braćmi – niewypowiedzianym napięciem i konfliktem. Ma w sobie naturalną energię, którą światło świec w jakiś sposób jeszcze podkreśla; Arterton niemal dosłownie rozświetla scenę. Momentami sprawia wrażenie, jakby „grała” odrobinę zbyt gorliwie, zamiast po prostu stać się postacią, tak jak robi to większość jej kolegów po fachu. Nikt pewnie nie nazwie jej „największą” Księżną d’Amalfi w historii, ale była świetna w tej konkretnej Księżnej d’Amalfi. Umiera spektakularnie i niezwykle inteligentnie ogrywa trudny moment „cudownego ożywienia”. Jednak to jej błyskawiczne zmiany nastroju – jak wtedy, gdy dostrzega morderczego brata w lusterku – przynoszą najlepszy efekt teatralny.

U Seana Gildera forma bywa zmienna, ale jako Bosola trafia w punkt. To dość niewdzięczna rola, która dźwiga na barkach ciężar narracji, oferując niewiele efektownych momentów, ale Gilder nasyca całą postać szorstką, gminną i w pełni wiarygodną determinacją. Dzięki temu nawet najbardziej absurdalne zwroty akcji wydają się kluczowymi momentami historii. To dojrzała, soczysta i znakomita kreacja pod każdym względem.

W tej samej kategorii „zmiennej formy” mieści się James Garnon (ostatnio niefortunny Don Pedro w fatalnej Miarce za miarkę w Old Vic – tak, tej z panią Redgrave), który tutaj gra chytrego, manipulującego i makiawelicznego Kardynała. Prawdę mówiąc, to najlepszy występ, jaki widziałem w jego wykonaniu, a w szczytowych momentach jest wręcz rewelacyjny: scena, w której morduje swoją kochankę, elektryzuje, a jego sposób podawania komediowych kwestii przypomina lekkość Noëla Cowarda. Wspólnie z Dawsonem stworzył duet braci, wobec których określenie „podli” byłoby eufemizmem. W jego grze było mile widziane dzikie poczucie humoru, a wymaganiom głosowym tekstu sprostał bez trudu. A jednak... brakowało czegoś nieuchwytnego; spójnej całości, która scaliłaby tę postać. Nie jest to błąd kardynalny, ale zastanawiający – bo najwyraźniej Garnon, odpowiednio przyciśnięty, potrafi wznieść się na wyżyny. I powinien to robić.

Denise Gough jest niesamowita jako kochanka Kardynała. Wszystko, co robi, jest doskonale wyważone i zapada w pamięć. Moment, w którym uświadamia sobie, że kochanek ją otruł, był wstrząsająco autentyczny, a podobnie jak Arterton, świetnie odegrała scenę agonii. W znacznie gorzej napisanej roli Carioli równie dobra jest Sarah MacRae. Ona także umiera z rozpaczliwą wyrazistością, a jej zdolność do sportretowania przymilnej, dwulicowej służącej (mając do dyspozycji tak mało materiału) budzi wielki podziw.

Doskonale spisują się także Brendan O'Hea, John Dougall, Dickon Tyrell (mistrzowska scena, gdy sam na scenie bawi się zabawkami, wywołała jedną z największych salw śmiechu wieczoru) oraz Paul Rider.

Muzyka Claire Van Kampen sprawdza się znakomicie, a muzycy wykonują ją więcej niż nienagannie. Finałowy taniec zespołu, przygotowany przez Siân Williams, jest precyzyjny, stosowny i bardzo sprawnie wykonany.

Dwa momenty inscenizacyjne były szczególnie godne uwagi: scena w całkowitych ciemnościach, w której Książę podaje siostrze coś, co bierze ona za odciętą dłoń męża, oraz upiorna instalacja woskowych figur męża i najstarszego dziecka Księżnej, uzupełniona wózkiem z małymi świeczkami dla spotęgowania efektu grozy. Świetna robota.

Czy wspomniałem, że to było naprawdę śmieszne? Owszem. I to śmieszne do łez. I to często.

Zastosowanie kostiumów z epoki (Jonathan Fensom) było rozsądnym posunięciem i doskonale sprawdziło się w tej przestrzeni. Miejmy nadzieję, że stanie się to normą w tym teatrze.

To początek zupełnie nowych możliwości dla kompleksu Globe – i to początek niezwykle rozrywkowy i obiecujący.

Nowe spojrzenie na klasyczny tekst – czy reżyser może zrobić coś lepszego? Brawo Dominic Dromgoole.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS