Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Heresy Of Love, Shakespeare's Globe ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

The Heresy of Love

Shakespeare's Globe

5 sierpnia 2015

3 gwiazdki

Zakonnice to wdzięczny temat dla teatru. Czy to „Dźwięki muzyki”, „Wątpliwość”, „Miarka za miarkę”, czy „Zakonny upał” – spektakle i musicale z siostrami zakonnymi w rolach głównych niemal zawsze intrygują, angażują i niosą ze sobą ciepło. Sztuka Helen Edmundson z 2012 roku, „The Heresy of Love”, nie jest tu wyjątkiem, ale posiada pazur, który jest rzadkością i stanowi o jej ogromnej wartości: przygląda się religii z bliska, z kobiecej perspektywy, pozwalając kobiecym głosom na debatę o wyznawanych wartościach.

Edmundson stara się naśladować i odzwierciedlać życie postaci historycznej, wokół której osnuła swoją sztukę: Sor Juany Inés de la Cruz, siedemnastowiecznej południowoamerykańskiej zakonnicy, która – jak czytamy w programie – była „wybitną pisarką, pięknością i obrończynią ludności tubylczej”. Zagadką pozostaje, dlaczego Juana nie jest dziś szerzej znana, biorąc pod uwagę jej talenty. Sztuka Edmundson sprawia, że człowiek aż rwie się do zobaczenia jednej ze sztuk samej Juany, by na własne oczy przekonać się o jej wkładzie w światową dramaturgię.

Sztuka powstała na zamówienie RSC i zadebiutowała w kameralnym Swan Theatre w 2012 roku. Rzadko się zdarza, by nowe dzieło doczekało się tak prestiżowego wznowienia tak krótko po premierze, ale inscenizacja Johna Dove’a w Shakespeare’s Globe jest właśnie takim rarytasem. A jak to z rarytasami bywa, przynosi niespodziewane rezultaty.

W Meksyku pojawia się nowy arcybiskup. To twardogłowy konserwatysta i prawdopodobnie mizogin. Nie ma czasu na godzenie doktryny kościelnej z zawiłościami lokalnego życia. Szybko popada w konflikt z miejscowym biskupem, Santa Cruzem, który pragnie odebrać mu wpływy.

W centrum gniewu nowego arcybiskupa znajduje się pewna zakonnica – siostra, która w jego ocenie sprzeniewierza się wierze i Bogu. Pisze sztuki i wiersze, cieszy się uznaniem na świecie, ale arcybiskup chce, by wróciła na swoje miejsce – cicha, pogrążona w modlitwie, oddana Bogu, a nie literaturze, nauce czy prawom kobiet.

Zakonnica jest piękna i uwielbiana przez otoczenie. Wicekról i jego żona to jej bliscy przyjaciele i wielbiciele; sam Santa Cruz żywi do niej cielesne żądze. Inne siostry mogą odczuwać niechęć lub strach przed jej działalnością. Bohaterka chce dalej pisać, czytać, uczyć się i dzielić wiedzą, co stawia ją na kursie kolizyjnym z arcybiskupem, który żąda od niej zaprzestania wszelkiej aktywności wykraczającej poza obowiązki „oblubienicy Chrystusa”. W tle czai się widmo hiszpańskiej inkwizycji.

Mamy tu również wątek poboczny dotyczący siostrzenicy głównej bohaterki i jej poszukiwań własnej drogi – między klasztorem a małżeństwem. W tych poszukiwaniach pomaga jej gadatliwa Juanita, jedna z klasztornych służących. Gdy siostrzenica zostaje przyłapana w przebraniu zakonnicy na całowaniu ukochanego mężczyzny, nad siostrą Juaną zaczynają gromadzić się czarne chmury. Fortele i zdrada wysuwają się na pierwszy plan.

Globe nie jest przestrzenią stworzoną dla klaustrofobicznych, dusznych dramatów, co ta produkcja dobitnie obnaża. Inscenizacja Dove’a wyglądałaby i brzmiała zupełnie inaczej w Sam Wanamaker Playhouse i zapewne tam powinna trafić. Otwartość sceny działa na niekorzyść narastającego napięcia w tekście Edmundson, a reżyseria Dove’a nie wykorzystuje ogromu przestrzeni w sposób, który podkreślałby mroczne, makiaweliczne aspekty polityki religijnej i wiwisekcji dogmatów.

Zamiast tego, otwarta przestrzeń sprzyja komediowemu wątkowi siostrzenicy i to właśnie tutaj spektakl punktuje najlepiej. Sophia Nomvete wyciska wszystko, co się da, z postaci wielkodusznej i głośnej Juanity. To pełna wigoru, serdeczna rola, która świetnie wydobywa cały komizm postaci. Nomvete jest przezabawna i absolutnie urocza jako rozgadana Juanita.

Kroku dotrzymuje jej Gwyneth Keyworth jako Angelica, siostrzenica, która próbuje zakonnego życia, choć jej zainteresowanie mężczyznami i seksem sugeruje, że habit nie jest jej pisany. Keyworth wykorzystuje każdą okazję, jaką daje jej rola, i wraz z Nomvete sprawia, że wątek jej rozkwitającej relacji z Don Hernado (energiczny Gary Shelford) staje się równie istotny, a może i ważniejszy, niż dramat zakonnicy i zwaśnionych biskupów. To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że to ci drudzy dominują na scenie przez większość czasu.

Świetnym wsparciem jest Susan Porrett jako służbista, narzekająca Brigida – jej postać to doskonała okazja do porozumiewawczych spojrzeń i komicznego mrugania okiem do widza. William Mannering jako Wicekról i Ellie Piercy jako Wicekrólowa również wypadają dobrze, wprowadzając odrobinę niechętnego, nieco znużonego dworskiego blichtru w sferę religijnych sporów.

Dwie postacie zajmują miejsce pomiędzy losami siostrzenicy a dramatem zakonnicy: matka Marguerita i ojciec Antonio. Matka przełożona to dobra, hojna i posłuszna córka Kościoła, a ojciec Antonio jest jej męskim odpowiednikiem – to on namówił Juanę do wstąpienia do zakonu. Oboje są jednak tylko łagodnymi buntownikami przeciwko hierarchii, lojalnie przestrzegając doktryny i prawd wiary. Gabrielle Lloyd i Patrick Driver są w tych rolach przekonujący. Oboje ożywają w obecności Juany i oboje jakby kurczą się w sobie, gdy biskupi pukają do ich drzwi ze swoimi racjami. Ta para ucieleśnia codzienną walkę duchowieństwa między pragnieniem a obowiązkiem, sercem a rozumem.

Mroczniejszą stronę religijnego konfliktu błyskotliwie portretuje Rhiannon Oliver, której siostra Sebastiana okazuje się najgorszym typem fanatyczki: napędzaną przez zazdrość i złośliwość. Obserwowanie Oliver to czysta przyjemność – z wyczuciem obnaża kolejne warstwy podłości swojej postaci, pokazując lęk i niepewność czające się pod powierzchnią.

Jednak sednem sztuki Edmundson jest walka o wpływy między nowo mianowanym arcybiskupem Aguiar y Sejas a ambitnym biskupem Santa Cruz – konflikt, który osacza błyskotliwą siostrę Juanę. I tu, niestety, produkcja Dove’a kuleje.

Phil Whitchurch gra arcybiskupa z jednowymiarową, brutalną agresją, która kompletnie gubi niuanse i złożoność tej roli. Jego postać potrzebuje głębokiego poczucia wiary, nawet jeśli jest ona podszyta pychą. Z kolei Anthony Howell jako jego rywal, Santa Cruz, jest bezbarwny tam, gdzie powinien lśnić, i chłodny tam, gdzie przydałoby się więcej charyzmy. Żaden z aktorów nie zbliża się do psychologicznej głębi, którą oferuje tekst Edmundson. Często same słowa są bardziej frapujące niż ich sceniczne wykonanie.

Naomi Frederick jako niezwykła siostra Juana radzi sobie nieco lepiej, choć prawdę mówiąc, wynika to bardziej z tego, co o niej słyszymy, niż z samej gry aktorskiej. Jej postaci brakuje blasku, empatii i charyzmy, które pozwoliłyby w pełni tchnąć życie w tę fascynującą postać historyczną.

Siostra Juana wygłasza fenomenalną mowę, w której analizuje kazanie nowego arcybiskupa i punktuje błędy w jego podejściu do wiary. To monolog równie porywający jak słynne kwestie Porcji z „Kupca weneckiego” – piękna mieszanka retoryki i żarliwości religijnej. Zasługuje na porywające wykonanie, bo idealnie podsumowuje siłę i wizjonerstwo tej niezwykłej kobiety. Frederick nie do końca staje na wysokości zadania; choć argumenty padają wyraźnie, ich emocjonalny ładunek pozostaje w ukryciu.

Część odpowiedzialności za to, że spektakl nie „porywa” tak, jak powinien, spada na reżysera Johna Dove’a, scenografa Michaela Taylora i każdego, kto zdecydował o wystawieniu tego tytułu na otwartej scenie Globe. Scenografia jest zbyt przekombinowana, by oddać poczucie izolacji i nadchodzącego zagrożenia. Aktorzy nie mają szansy wybrzmieć w zamkniętych, mrocznych przestrzeniach, gdzie napięcia mogłyby dojrzeć i eksplodować.

To znakomita sztuka, ale ta konkretna inscenizacja nie pozwala jej w pełni zalśnić. Mimo to, cieplejsze, komediowe wątki tętnią życiem, co pozwala przymknąć oko na niedociągnięcia w tym wnikliwym dramacie religijnym.

A teraz pytanie: kto odważy się wystawić którąś z wielu sztuk napisanych przez samą Sor Juanę Inés de la Cruz? Dobrze byłoby sprawdzić, o co tyle hałasu.

„The Heresy Of Love” w Globe Theatre do 5 września

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS