Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Włoszka w Algierze, Brunel Tunnel ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

L'Italiana Fot.: Richard Lakos Włoszka w Algierze

Szyb tunelu Brunelów, Rotherhithe

16 czerwca 2015

5 Gwiazdek

Duszny letni wieczór w Londynie, pub Mayflower tuż obok kuszący szybkim drinkiem przed spektaklem, a w perspektywie inscenizacja Włoszki w Algierze Rossiniego: wszystko zapowiadało udany, choć typowy wieczór w operze... ale CHWILECZKĘ... to przecież Pop-Up Opera, a u nich opera zawsze smakuje inaczej. Wasz recenzent wraz z resztą publiczności musiał najpierw przesadzić mur przeciwpowodziowy, przecisnąć się przez wąski, ciemny otwór w ziemi i zejść po solidnych rusztowaniach, by niczym Alicja w Krainie Czarów wynurzyć się wewnątrz ogromnego ceglanego szybu tunelu Brunelów. Ten szyb, zatopiony w ziemi już w 1825 roku, stanowił pierwszy etap budowy oryginalnego tunelu w Rotherhithe. Wyjątkowy kunszt przedwiktoriańskiej inżynierii sprawił, że do wnętrza tej cylindrycznej krypty nie przenika ani kropla wilgoci czy wód gruntowych, a warstwy londyńskiej cegły tworzą przepastną, mało znaną i – jak się okazuje – wręcz fantastyczną przestrzeń widowiskową.

Siedzimy w dwóch blokach przedzielonych środkowym przejściem, które jest intensywnie wykorzystywane przez artystów. Przed nami dwa wieszaki z kostiumami i skrzynia z rekwizytami, stopniowo rozpakowywana podczas uwertury (dziarsko zagranej na pianinie przez kierowniczkę muzyczną Berrak Dyer). Na scenie pojawia się szóstka śpiewaków-aktorów, przedstawianych za pomocą dowcipnych napisów wyświetlanych na tylnej ścianie szybu – ten zabieg powraca zresztą wielokrotnie, dając zabawny, zaczepny efekt. Naturalna akustyka tego miejsca jest porywająca, znacznie lepsza niż w Roundhouse, i sprawia, że dźwięki niosą się echem po ceglanych murach, szczególnie w finałach, gdy głosy niosą się pod sklepienie lub gdy artyści ruszają w stronę widzów zasiadających przy przejściu i na schodach. Choć publiczność jest niezbędna, by nieco wytłumić pogłos, samo to miejsce zasługuje na osobną gwiazdkę i pozostaje mieć nadzieję, że po zainstalowaniu wygodniejszego wejścia będzie ono częściej wykorzystywane.

A przechodząc do samej opery... Włoszka w Algierze pochodzi z początku „środkowego okresu” twórczości Rossiniego, o ile można tak mówić o dziele napisanym przez zaledwie dwudziestojednoletniego kompozytora. Jak to u niego bywało, powstała w absurdalnie krótkim czasie, by zdążyć przed terminem narzuconym przez impresaria (Rossini mawiał, że znał trzydziestu dyrektorów włoskich oper i wszyscy byli łysi od wyrywania sobie włosów z głowy ze stresu przed premierą). Fabuła to orientalna farsa, w której pasza Mustafa (Bruno Loxton) nudzi się swoją żoną Elwirą (Catrin Woodruff) i próbuje wydać ją za swojego włoskiego jeńca i sługę, Lindora (Oliver Brignall). Ten jednak wezwał na pomoc swoją dawną ukochaną, Izabelę (Helen Stanley) – tytułową Włoszkę – która przybywa do Algieru ze swoim obecnym partnerem Taddeo (Oskar McCarthy) u boku. Następuje lawina intryg, w których kluczową rolę odgrywa Zulma (Amy J Payne) – zaradna powiernica, bez której żadna opera Rossiniego nie mogłaby się obejść. To nie jest ciężki repertuar. Poza nielicznymi chwilami wytchnienia i refleksji, mamy do czynienia z wirującą komedią pełną incydentów, gagów i nieporozumień, która aby odnieść sukces, musi toczyć się w błyskawicznym tempie. Muzyka Rossiniego ma w sobie natychmiastowy urok i iskrzący wigor; oferuje długie, sentymentalne melodie dla głównych bohaterów, błyskotliwe, synkopowane akompaniamenty oraz finały, w których liczba głosów i tempo narastają w oszałamiającym stylu. Rossini to postać typowa dla okresu regencji i być może jego muzykę najlepiej zrozumieć estetycznie zestawiając ją z przepychem Brighton Pavilion – miejsca, w którym zresztą sam występował. Siedemnastodaniowe uczty pełne drżących galaretek, puszystych deserów lodowych i pikantnych terrin serwowane w tym pałacu próżności idealnie pasują do „kwintetu z kichaniem”, farsy „Pappatacci” i innych absurdalnych epizodów, które oglądamy w trakcie dwóch aktów. Jednak pod jednym ważnym względem opera ta wykracza poza standardy Rossiniego. Postać samej Izabeli to typowa, harda bohaterka rodem z opera seria, śpiewająca arie pełne cnotliwej dumy i pogardy dla wrogów. Kontrastuje ona z komicznymi stereotypami opera buffa, co jest tym śmieszniejsze, że jej wyniosłość częściej wynika z wyrachowania niż ze szczerej cnoty. Jest jak żelatyna, która trzyma ten mus w całości. Pop-Up Opera mądrze zdecydowała, by nie powielać formuły ze swojego udanego Uprowadzenia z Seraju i zamiast tego przeniosła akcję do kasyna w Algiers w stanie Nevada, puszczając oko w stronę klimatu Las Vegas Parano. Mustafa to właściciel kasyna w stylu „rat pack”, który chce pozbyć się swojej dziewczyny, gangstera, wydając ją za mąż za beznadziejnego hazardzistę, Lindora. Izabela – tutaj czterokrotna finalistka amerykańskiego „Idola” – przybywa na ratunek jako rzekoma nowa diwa, a towarzyszący jej Taddeo to tym razem tępy włóczęga, którego przedstawia jako swojego agenta. Zulma natomiast jest umęczoną inspicjentką stałego show w kasynie. Prawdę mówiąc, żadne z tych przesunięć nie ma większego znaczenia, dopóki efekt końcowy kipi dowcipem i polotem (jeden z napisów ironicznie chwali Rossiniego za jego rzekome głębokie analizy ludzkich emocji!). Muzyka i akcja muszą wirować coraz szybciej, niczym koło ruletki – obrazu stale obecnego w tej inscenizacji. Cały zespół wywiązał się z tego zadania celująco. Krzywdzące byłoby wyróżnianie kogokolwiek, gdyż jest to sukces zespołowy (a obsady są dwie, ja zaś słyszałem pierwszą). Jednak przy tak wysokich wymaganiach technicznych tej iskrzącej muzyki, należy podkreślić, że Helen Stanley w pełni podołała karkołomnym koloraturom swojej partii, a Brignall stylowo i elegancko wyciągał mordercze wysokie nuty. Aktorstwo, jak zawsze w tym zespole, było na najwyższym poziomie, a reżyser James Hurley sprawił, że inscenizacja tętniła życiem i naturalnym ruchem, wykorzystując każdy zakamarek przestrzeni. Widać było, że obsada świetnie się bawi, co udzieliło się także nam.

Koniecznie wybierzcie się na to afirmujące życie widowisko w jednym z niezwykłych miejsc na trasie ich obecnego tournée – nie pożałujecie, a wasz letni wieczór wypełni się czystą radością.

Włoszka w Algierze w szybie tunelu Brunelów do 6 października 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS