Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The One Day Of The Year, Finborough Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Fiona Press, Mark Little i Paul Haley. Fot.: Mark Douet The One Day Of The Year

Finborough Theatre

21 maja

5 Gwiazdek

Zbliża się świt. Ojciec jest poirytowany, ubiera się, rozkazując swojej cierpliwej i twardo stąpającej po ziemi żonie przynieść medale. Musi zdążyć na poranną mszę upamiętniającą poległych. Żona wybiega, by je znaleźć. Ojciec krzyczy na śpiącego syna. „Wstawaj, musimy iść na uroczystość”. Syn, z poczuciem winy, ale i buntu, odkrzykuje, że nigdzie się nie wybiera. Ojciec wpada do pokoju syna. Chłopak nie ustępuje – w samej koszuli i bieliźnie stoi na łóżku, twardo broniąc swego zdania. Żadnej porannej mszy. Ojciec zastanawia się przez chwilę, zdaje sobie sprawę, że tej bitwy nie wygra, bierze medale od żony, pozwala jej się ubrać i wychodzi. Nic nie powstrzyma go przed celebrowaniem jego dnia.

Syn czuje... coś. Być może coś nienazwanego, ale istotnego. Do domu przybywa stary towarzysz broni ojca, gotowy oglądać transmisję z porannych uroczystości i defilady na wynajętym telewizorze wraz z matką. Syn włącza radio. Może i nie idzie na mszę, ale zamierza jej wysłuchać. Dlaczego? Z przyzwyczajenia? A może z innego powodu? Gdy się ubiera, rozbrzmiewa sygnał „Last Post”. Starszy mężczyzna prostuje się z szacunkiem, wspominając przeszłość; syn zastyga w zadumie.

Zestawienie tych dwóch mężczyzn, których dzielą pokolenia, wykształcenie i doświadczenie, a których łączy potęga muzyki i wszystko, co się z nią wiąże, na stałe i nieubłaganie zapada w serca i umysły widzów. To teatr w swoim najbardziej wymownym i poruszającym wydaniu.

Gregory Doran ogłosił niedawno „Śmierć komiwojażera” najwybitniejszą amerykańską sztuką XX wieku. Choć wielu będzie z nim polemizować, w mojej głowie wciąż powracało pytanie: co uznalibyśmy za najwybitniejszą sztukę australijską ubiegłego stulecia? Londyńskie sceny rzadko goszczą australijską dramaturgię, choć aktorzy z Antypodów są tu stałymi bywalcami – niektórzy jako imigranci, inni w gościnnych występach. Wielu londyńskich widzów bywa zaskoczonych faktem, że Australijczycy w ogóle piszą sztuki.

A piszą. I to często całkiem niezłe.

Na każdej rzetelnej liście dziesięciu najlepszych sztuk napisanych przez Australijczyka z pewnością znalazłoby się „The One Day Of The Year” Alana Seymoura.

W 1960 roku, kiedy sztuka zadebiutowała w Australii, wywołała skandal, została zakazana i stała się obiektem zajadłej pogardy. Policja pilnowała porządku w teatrach, w których ją grano. Studiowały ją pokolenia australijskich uczniów; sztuka zyskiwała i traciła na popularności, stała się ikoną, a potem niemal o niej zapomniano. Jakże trafne jest więc to, że pracowity teatr Finborough zdecydował się ją wznowić w setną rocznicę kampanii o Gallipoli. Finborough cieszy się zasłużoną renomą w odkrywaniu zagubionych, przeoczonych lub zapomnianych perełek teatralnych, więc sztuka Seymoura znalazła tu idealny azyl.

Bo, nie miejmy złudzeń, to prawdziwa perła.

Skonstruowana równie precyzyjnie, co najlepsze dramaty nurtu „kitchen-sink” czy dramaty naturalistyczne tamtej epoki, sztuka przetrwała próbę czasu, ponieważ porusza uniwersalne tematy, które potrafią dotknąć każdego widza, bez względu na narodowość: bezsens wojny, wartość szanowania cudzego punktu widzenia, konsekwencje zdobytego wykształcenia (lub jego braku) oraz specyficzną kruchość i trudności w relacjach ojca z synem, matki z synem czy męża z żoną.

Mimo całej otoczki i fabuły, nie jest to sztuka wyłącznie o Anzac Day – australijskim święcie państwowym upamiętniającym walczących za ojczyznę, tych, którzy zginęli, zostali okaleczeni lub – co gorsza – ocaleli. Nie. Tak jak „Śmierć komiwojażera” traktuje u podstaw o „Amerykańskim Śnie”, tak „The One Day Of The Year” opowiada o „śnie australijskim”, a dokładniej o marzeniu o awansie społecznym.

Widoczne są tu także inne paralele z dziełem Millera: centralna postać ojca wie, że poniosła klęskę, ale radzi sobie z tym na swój sposób; napięcie w sztuce budowane jest na linii ojciec-syn i osiąga apogeum w konfrontacji, w której syn zmusza ojca do spojrzenia prawdzie w oczy; jest też zmęczona, wierna kobieta próbująca utrzymać rodzinę w całości oraz mądry, wnikliwy stary przyjaciel ojca, który stara się ustabilizować sytuację i uniknąć katastrofy.

Na tym jednak podobieństwa (poza wpisanym w nie geniuszem) się kończą. Miller napisał sztukę o wielkich tematach i kondycji narodu w formie dramatu domowego; Seymour stworzył dramat domowy o klasach społecznych, wartościach i kompromisie, ubrany w formę epickiej walki o fundamenty australijskiej tożsamości.

Reżyser Wayne Harrison, którego inscenizacja „The One Day Of The Year” miała wczoraj premierę w Finborough, doskonale to rozumie. Współpracował z Alanem Seymourem nad tą wersją sztuki, aktualizując ją w sposób subtelny, lecz skuteczny. Wielka szkoda, że Seymour zmarł w kwietniu tego roku i nie mógł być świadkiem odrodzenia swojego najsłynniejszego dzieła.

Jest to bowiem doskonale zrealizowane wznowienie wielkiej sztuki. Harrison starannie zgłębił tekst, odnalazł w nim prawdy, punkty odniesienia i głębię, nadając całości niezwykle żywy charakter. To zdecydowanie najzabawniejsza wersja tej sztuki, jaką widziałem, a dzięki temu również najbardziej poruszająca i wnikliwa. A widziałem ich na przestrzeni lat dziesiątki.

Harrison mądrze wykorzystuje ograniczenia przestrzeni Finborough na swoją korzyść. Prosta scenografia (Catherine Morgan) precyzyjnie oddaje skromne i nieskomplikowane życie rodziny Cooke'ów. Widzimy kuchnię oraz sypialnię Hughiego z rozkładanym, pojedynczym łóżkiem. W tym domu nie ma miejsca na ekstrawagancję. Reżyser świetnie operuje tą oszczędną przestrzenią – postaci przemieszczają się między strefami, co potęguje siłę przekazu. Kiedy Hughie opowiada o wstydzie, jaki czuje z powodu rodziny i ich przywar, wchodzi w ich przestrzeń, a oni stają się żywym dowodem jego rozgoryczenia.

Niespodziewanie, inteligentne użycie projekcji staje się integralną częścią języka sztuki. Niezależnie od tego, jak bardzo można chwalić zakończenie dodane przez Jonathana Munby’ego do „Kupca weneckiego” granego obecnie w Globe, nowy finał tej sztuki jest po prostu genialny – jasno i zwięźle odzwierciedla motywy tradycji, poświęcenia i straty, które Seymour wplótł w tekst.

To jedna z najpiękniej i najmądrzej wyreżyserowanych sztuk dramatycznych wystawianych obecnie w Londynie. Nie dysponuje budżetem „Śmierci komiwojażera” z RSC, ale bije tamtą produkcję na głowę pod względem wrażliwości dramatycznej i spójności teatralnej.

Wizję Harrisona wspiera wspaniała obsada, niemal bezbłędnie dobrana do ról.

Mark Little, grając prawdopodobnie rolę swojego życia, tworzy pewną siebie, złożoną, bardzo zabawną i ludzką postać Alfa. Weteran II wojny światowej, Alf to typ tradycjonalisty, który z dumą obnosi się ze swoją przynależnością do klasy robotniczej (zarabia na życie jako szatniarz), ale który oszczędzał każdy grosz, by zapewnić synowi wykształcenie i szanse, których sam nigdy nie miał. Głośny, nie stroniący od alkoholu i będący archetypowym malkontentem (pewnie znalazłby wspólny język z Nigelem Faragem), Alf balansuje na granicy autoparodii.

Prawie. W rzeczywistości to ten wspaniały, pijany stary łobuz, który bywa zbyt denerwujący i głupi, ale któremu wszyscy wybaczają, bo ostatecznie to po prostu zwykły facet starający się przeżyć życie najlepiej jak potrafi. Kryje się w nim jednak nuta agresji, która wyznacza granice jego ekscesów. To sztuka napisana w czasach, gdy męskość definiowano inaczej. Alf traktuje wszystkich, których kocha, równie szorstko – głównie dlatego, że od lat zawsze stawia na swoim – ale jednocześnie naprawdę ich kocha i potrafi to okazać. Kiedy tylko może.

Rola Alfa jest ogromna, a Little dopracował każdy jej szczegół. Żywiołowość, nagłe wybuchy nieprzewidywalnego gniewu, znużone milczenie, uparty charakter, zajadła determinacja, zagubione spojrzenie, cięte poczucie humoru, alkoholowe otępienie, gawędziarstwo godne Falstaffa i niewypowiedziane oddanie – Little gra to wszystko spójnie, z wyczuciem i niezwykłą siłą rażenia. To odważna kreacja; aktor nie boi się pokazać brzydkiej twarzy Alfa i słusznie – bez tego ani postać, ani sztuka by nie wybrzmiały.

Little ma u swego boku wybitne wsparcie w postaci Fiony Press (jego długo cierpiącej żony Dot) oraz Paula Haleya (Wacka, weterana obu wojen światowych, towarzysza broni Alfa i jego ojca).

Press sprawia, że Dot jest postacią dogłębnie prawdziwą. Dot jest w tej sztuce głosem prawdy – obserwuje wszystko i komentuje wydarzenia z niezwykłą trafnością, mądrością i głęboką szczerością. Press bez wysiłku oddaje wszystkie cechy swojej bohaterki; jej spokój na scenie jest inspirujący, a oczy i usta nieustannie rejestrują nastroje i myśli. Jako uosobienie prawdziwej, przebaczającej miłości, zdolnej do brutalnej szczerości i ironicznego dystansu, Dot w wykonaniu Press jest po prostu mistrzowska. Przyjemnie się ją ogląda.

Rola Wacka to pułapka dla słabych aktorów; tekst Seymoura może kusić do przesadnego sentymentalizmu. Ale nie tutaj. Haley jest wyśmienity jako stary weteran, który kocha Cooke'ów jak własną rodzinę i nie chce chwalić się wojennymi czynami. Małomówny i będący idealną przeciwwagą dla apodyktycznego Alfa, Haley kreuje postać o wielkiej głębi i nieugiętym stoicyzmie. Naprawdę wierzy się, że był pod Gallipoli pod obstrzałem, a potem przez całe życie cicho spychał te wspomnienia na bok. Kiedy w końcu Dot namawia go do opowiedzenia o swoim bólu, Haley jest fascynujący, przejmujący i wyjątkowy. Jest przy tym niezaprzeczalnie zabawny. To precyzyjnie wyważona kreacja.

James William Wright gra Hughiego, jedyne dziecko Dot i Alfa, z wielką zręcznością. Wysoki, tyczkowaty, przystojny i zagubiony, Hughie zafascynowany fotografią to idealny przykład gniewnego, buntowniczego syna. Wright wyraźnie pokazuje uległość Hughiego wobec kobiecego wdzięku Jan oraz niemal katastrofalne skutki, jakie niesie to dla jego rodziny. Jego relacje z obojgiem rodziców są świetnie zarysowane – od czułej miłości do matki, po poczucie winy i skruchę wobec przyszywanego dziadka Wacka, aż po gniew i odrazę, które wyładowuje na ojcu, choć wie, że ten całe życie poświęcił dla jego lepszej przyszłości. To surowa, obnażona i niespokojna rola.

Dwa momenty szczególnie podkreślają warsztat Wrighta. Sprawia, że brutalny atak Alfa na niego staje się w pełni wiarygodny; niemal czuje się siniaki na własnym ciele, patrząc na jego przerażoną, dziecięcą reakcję. Później, gdy chwyta dłoń ojca w szczerym geście synowskiej miłości, łamie serce w zupełnie inny sposób. Choć potrzebuje jeszcze nieco więcej swobody i zaufania do własnej gry, by pozwolić sobie na pauzy budujące napięcie, Wright dostarcza pierwszorzędną kreację w tej trudnej roli.

Bez wątpienia najtrudniejszą rolą w sztuce jest Jan – dziewczyna z wyższych sfer, która spotyka się z Hughiem, wykorzystując go do własnych celów, zarówno seksualnych, jak i zawodowych. To pod wieloma względami niewdzięczna, lecz kluczowa rola. Jan reprezentuje aspiracje, dla których Alf i Dot ciężko pracowali, ale jednocześnie ucieleśnia wszystko, czym gardzą – uprzywilejowanie i lekceważenie klasy robotniczej. Bez Jan nie byłoby konfliktu, który kształtuje Hughiego. Musi być wystarczająco pociągająca, by go usidlić, ale i na tyle zimna oraz wyniosła, by budzić gniew rodziców.

To niemal niewykonalne zadanie, ale Adele Querol dzielnie stawia mu czoła. Doskonale radzi sobie z jadowitą, okropną stroną Jan; robi to z prawdziwym polotem, jednak musi mocniej zaznaczyć tę część swojej bohaterki, która tak fascynuje chłopaka. Querol powinna grać kartą seksapilu bardziej zdecydowanie i żywiołowo. Jan sprawia, że elokwentny Hughie zamienia się w bełkoczący kłębek hormonów – i kluczowe jest, by publiczność to widziała. Dot to zauważa i podważa wartość Jan. Widzowie i Hughie również muszą to poczuć.

Kostiumy (Holly Rose Henshaw) świetnie oddają klimat Australii lat 60., a reżyseria światła Mareca Joyce'a jest naprawdę piękna, tworząc podniosłe obrazy w niektórych scenach. Na uwagę zasługuje też inteligentna oprawa dźwiękowa – Chris Drohan wykonał dyskretną, ale bardzo skuteczną pracę, punktując narrację.

Harrison osiągnął tu coś niezwykłego. Wznowienie klasycznej sztuki bez zbędnych fajerwerków, oparte wyłącznie na inteligentnym opowiadaniu historii i aktorstwie najwyższej próby. Alf w wykonaniu Marka Little – zmienny, pompatyczny, a ostatecznie zdesperowany – to rola, która przejdzie do historii, a wsparcie, jakie otrzymuje od Press, Haleya i Wrighta, jest wyjątkowe.

Nie ma tu reżyserskiego narcyzmu, marnowania środków czy talentu, nie ma bezsensownego uwspółcześniania ani głupich zmian miejsca akcji. Jest po prostu piękna realizacja światowej klasy dramatu, rozświetlona czujną, fachową reżyserią i genialnym aktorstwem.

Chciałoby się, żeby Wayne Harrison częściej reżyserował na londyńskich scenach.

To najlepszy dramat (niebędący musicalem) grany obecnie w jakimkolwiek londyńskim teatrze.

Zróbcie wszystko, by go zobaczyć.

The One Day Of The Year grane jest do 13 czerwca 2015 r. w Finborough Theatre

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS