Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Unbuilt City, King's Head Pub Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje sztukę Keitha Bunina pt. „The Unbuilt City”, wystawianą obecnie w King’s Head Pub Theatre.

Jonathan Chambers i Sandra Dickinson w „The Unbuilt City”. Fot. PND Photography The Unbuilt City

King's Head Pub Theatre,

8 czerwca 2018

2 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Wyobraźcie sobie „Źródło” Ayn Rand przepisane w stylu niezbyt dopracowanego, wczesnego szkicu jednoaktówki Tennessee Williamsa – to da Wam niezłe pojęcie o tym spektaklu.  Centralnym punktem przedstawienia jest znakomita, pełna siły rola Sandry Dickinson, która daje prawdziwy mistrzowski pokaz aktorskich umiejętności przez bite 80 minut: obecna na scenie od samego początku, nie schodzi z niej ani na moment.  W jej niezwykłym, brawurowym występie jako Claudia, spadkobierczyni architektonicznego dziedzictwa, które próbuje przejąć dobrotliwy akademik Jonah (Jonathan Chambers), nie ma ani jednej nudnej czy zbędnej chwili.  Chambers jest współproducentem tego duetu i należy mu się uznanie za odwagę – zmierzenie się u boku jednej z najbardziej doświadczonych aktorek w kraju przez blisko półtorej godziny to nie lada wyczyn.  Jest to jednak zestawienie bardzo nierówne i to Dickinson przez cały czas pozostaje w centrum naszej uwagi.

Być może właśnie na tym zależało autorowi, Keithowi Buninowi?  Przemycił on mnóstwo wątków z własnej biografii w dialogach, schodząc nawet do szczegółów pochodzenia urzędnika akademickiego z Poughkeepsie w stanie Nowy Jork.  Wygląda to tak, jakby wziął sobie do serca radę „pisz o tym, co znasz” i potraktował ją zbyt dosłownie: otrzymujemy kolejne strony dygresji i wycieczek w różne zakamarki jego życia, które wydają się służyć raczej wypełnieniu czasu niż rozwinięciu dramatycznej argumentacji.  Z kolei postać Claudii, mimo ogromnych starań Dickinson, pozostaje niejasna i pozbawiona wyraźnego rdzenia.  Być może ten tekst sprawdziłby się lepiej jako nowela niż sztuka teatralna – gdzie tu bowiem dramat, akcja czy motywacja?  Wydaje się, że bohaterką targają sprzeczne popędy, które włączają się i wyłączają niemal losowo, co odbiera sztuce formę i cel, a samą postać – mimo potoku słów – pozostawia niewyrazistą i odległą.

Jonathan Chambers i Sandra Dickinson w „The Unbuilt City”. Fot. PND Photography

Poza regularnym popijaniem whiskey, na scenie dzieje się tylko jedna „teatralna” rzecz: mamy szafkę, z której – i owszem – coś w końcu zostaje wyjęte, co dla nikogo nie jest zaskoczeniem.  Sprawia to, że sztuka jest uderzająco statyczna.  Poczucie braku wyjścia bywa fascynujące u Becketta, ale w dramacie naturalistycznym, takim jak ten, wydaje się jedynie frustrujące i irytujące.  Do tego dochodzą rozmowy. Niekończące się pogawędki.  Reżyserka Glen Walford trzyma parę aktorów blisko siebie przez niemal cały czas trwania spektaklu, zwłaszcza na początku (gdy, co dziwne, zdaje się ich dzielić największa przepaść); a kiedy nie stoją ramię w ramię, wygłaszają osobliwe monologi do publiczności przez niezbyt jasno określoną czwartą ścianę.  Po co?  Czy mamy poczuć więź z ich życiem?  Jeśli tak, to w jaki sposób?  Dla mnie pozostało to zagadką.

W tekście wielokrotnie podkreśla się, że w domu Claudii panuje słynny chłód.  Można jednak w to wątpić.  Scenografia Erin Green – szerokie pasy miękkiej, rdzawej zasłony w tle, dywan w arabeski na intensywnie czerwonym podkładzie, wygodny fotel z wielką terakotową poduchą i błyszcząca, złocona rama obrazu sugerująca okno – wraz ze złotym oświetleniem Tima Deilinga, WSZYSTKO to wręcz krzyczy coś odwrotnego.  Do tego dochodzi intymna bliskość bohaterów.  Ponownie pytam: dlaczego?  Nie mam pojęcia.  Czy tulili się do siebie, żeby się ogrzać?  Mało to wiarygodne.

I to jest prawdopodobnie największy problem tego scenariusza: wiarygodność.  Mimo całej tej afektowanej powagi – a widownia w wieczór prasowy pełna była przyjaciół i rodziny, gotowych docenić każdą dawkę sentymentalizmu – spektakl ani przez chwilę nie stworzył dla mnie przekonującej sytuacji ani postaci, które mógłbym potraktować serio.  Owszem, daje on Dickinson kolejną potężną rolę (ostatnio widzieliśmy ją w równie wymagającym występie w „I Loved Lucy”) i to jest wspaniałe – a będzie jeszcze lepiej, gdy w pełni opanuje tekst – ale, podobnie jak w przypadku tamtej sztuki, sam materiał literacki po prostu jej nie dorównuje.

Dickinson wkłada w to mnóstwo pracy i ma publiczności wiele do zaoferowania.  Naprawdę zasługuje na lepsze teksty.

W repertuarze do 30 czerwca 2018 r.

BILETY NA „THE UNBUILT CITY”

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS