WIADOMOŚCI
RECENZJA: Wyspa Skarbów, Olivier Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Wyspa Skarbów
Olivier Theatre
26 grudnia 2014
3 gwiazdki
Siedzą tam, na krawędzi sceny Olivier. Za nimi rozciąga się ogromna, szaro-czarna przestrzeń; potężne drewniane łuki przywodzą na myśl morski żaglowiec. Długi John Silver udziela dziewczynie okrętowej lekcji długości i szerokości geograficznej, ucząc ją sterowania według gwiazd. Gdy opisuje poszczególne konstelacje, te magicznie pojawiają się pod sklepieniem widowni, migocząc wyraźnie niczym na nocnym niebie nad oceanem. Błękitne linie wykreślają gwiazdozbiory wymieniane przez Silvera. Zachwyt dziewczyny jest bezgraniczny. Niemal słychać ten moment olśnienia, gdy opanowuje teorię, i czuć, jak gwiazdy oraz morze stanowią nierozerwalną część życia Silvera. Na widowni panuje cisza, słychać tylko jego głos; dziesiątki dzieci zamarły w nabożnym skupieniu i ekscytacji.
To magiczna chwila teatralnej radości. A niecałe dwadzieścia minut później Silver celuje z pistoletu, próbując zastrzelić tę samą dziewczynę, z którą dzielił się swoim doświadczeniem i mądrością.
Oto inscenizacja słynnej przygodowej „opowieści dla chłopców” Roberta Louisa Stevensona pod tytułem Wyspa Skarbów, w adaptacji Bryony Lavery i reżyserii Polly Findlay, wystawiana obecnie w Olivier Theatre. Dziś wieczorem na widowni zasiadło mnóstwo młodych widzów, ale nie brakowało też dorosłych. Wszyscy zdawali się świetnie bawić.
Moment, który spektakularnie zawładnął wyobraźnią wszystkich, nastąpił w drugim akcie, kiedy gapowaty pirat Israel Hands (w odpowiednio krzykliwym wykonaniu Angeli de Castro) zapala fajkę i niedbale odrzuca zapałkę, doprowadzając do wybuchu beczki prochu. Huk był ogłuszający i zaskakujący – w jednej chwili Hands tam był, w następnej zniknął całkowicie w wielkim wybuchu.
To odważny akcent w skądinąd dość uładzonej produkcji tej – powiedzmy sobie szczerze – trzymającej w napięciu opowieści o intrygach, oszustwach i morderstwach, przynajmniej w oryginale Stevensona. Choć nie brakuje tu krwi, zabójstw, a nawet widoku wnętrzności zamordowanego poczciwca, Findlay łagodzi mroczne strony powieści i jej bohaterów. Po części wynika to z samej adaptacji Lavery, ale tylko po części. Lavery w zwięzłej formie przekazuje zawiłą, choć pasjonującą fabułę, którą Stevenson rozpiął na setkach stron; pominięto lub zmieniono pewne wątki, ale język jest przyjemnie autentyczny, a całość pędzi w tempie dobrej lektury.
To Findlay decyduje się grać pod publiczkę dziecięcą, stępiając ostrze tej twardej historii, czyniąc ją bardziej „Piotrusiem Panem” niż „Wyspą Skarbów”. Atmosfera jest raczej fantazyjna niż awanturnicza; to poczucie wielkiej przygody, ale w bezpiecznym wydaniu.
Kluczową postacią jest tu Jim Hawkins, oś narracji. Findlay obsadziła w tej roli dziewczynę, Patsy Ferran, zmieniając płeć bohatera – ten Jim to właściwie Jemima, nazywana Jimem przez babcię. To nader osobliwa decyzja, która niesie ze sobą konsekwencje. Jedną z nich jest oczywisty fakt, że sztuka staje się atrakcyjniejsza dla młodych widzek. Byłoby to zrozumiałe posunięcie, gdyby materiały promocyjne jasno komunikowały tę zmianę – tak się jednak nie dzieje.
Drugą kwestią jest to, że chłopcy będą się zastanawiać, dlaczego jeden z najsłynniejszych męskich bohaterów w literaturze stał się dziewczyną. Mają prawo czuć konsternację. Co by się stało, gdyby w adaptacji „Małych kobietek” Jo stała się Joe’m?
Trzecią i znacznie mniej oczywistą konsekwencją zmiany płci Jima Hawkinsa jest to, że część poczucia zagrożenia znika w momencie, gdy Jim staje się Jemimą. Jemimie nie grozi śmierć, niezależnie od okoliczności; w przypadku Jima można by dopuścić myśl, że nie wyjdzie z tego cało. Również szorstka relacja między Jimem a Długim Johnem Silverem nabiera zupełnie innego charakteru, gdy Jim nie jest chłopcem.
Wszystko to wpisuje się w łagodniejsze podejście Findlay do tej historii o piratach, zaginionym skarbie i szubrawstwach. Jim nie jest jedyną postacią, której zmieniono płeć, ale jego przemiana jest najbardziej znacząca. Nie jest to wybór błędy czy fatalny – jest on jednak fundamentalny. Sprawia on, że ta Wyspa Skarbów ląduje mocno w sektorze teatru dziecięcego. Co samo w sobie nie jest niczym złym.
Patsy Ferran jest doprawdy wspaniała jako wścibska i niemal nieustraszona dziewczyna okrętowa. Jest równie zwinna, co pełna zachwytu i znakomicie oddaje dwuznaczność relacji z Silverem – człowiekiem, którego chce szanować, ale któremu nie może ufać. Potrafi promieniować strachem, gdy trzeba – scena wyjścia z beczki po jabłkach po podsłuchaniu rozmowy zdrajców jest szczególnie udana – i z łatwością wydobywa pomysłowość oraz instynkt swojej postaci. Świetnie radzi sobie z odgrywaniem tego wieku przejściowego między dzieckiem a dorosłym, a jej relacja z babcią (graną przez Gillian Hannę – uroczą, szczera i swojską kobietę) jest przekonująca pod każdym względem.
Jeśli czytaliście „Wyspę Skarbów” lub jakąkolwiek literaturę piracką, pewnie macie przed oczami Długiego Johna Silvera o posturze Bryna Terfela, z wielką brodą, w ekstrawaganckim stroju, obwieszonego mieczami i z papugą na ramieniu. Jeśli jednak znacie tylko Kapitana Sparrowa z kasowych „Piratów z Karaibów”, tutejszy Silver będzie dla was w pełni zrozumiały.
Smukły i umięśniony zamiast potężnego barczystego chłopa; kpiący i urzekający zamiast przerażająco hipnotycznego; władający humorem bardziej suchym niż martini Bonda zamiast huku i wrzasku; podły i przebiegły niczym szczur kanałowy zamiast jawnie brutalnego i złośliwego; ale przy tym mistrz fechtunku, znawca wszystkiego – od gwiazd po nawigację, przyjacielski i diaboliczny zarazem, o błyskawicznym umyśle. Takiego właśnie Długiego Johna Silvera powołuje do życia Arthur Darville, robiąc to z niezwykłą precyzją i wyczuciem.
Jest rewelacyjny. To jeden z tych aktorów, którzy doskonale panują nad tonem, pauzą i tempem, potrafiąc po mistrzowsku operować głosem, by wywołać emocje i budować nastrój. Ma też niesamowite oczy – ciągle żywe, wysyłające sygnały: rozszerzone w zrozumieniu, zwężone w determinacji, nieruchome w białej gorączce gniewu lub chłodnej ocenie. Komiczny, straszny i spójny – to wyśmienita rola Darville'a, soczysta i pełna wigoru.
Szczegółowy kostium Lizzie Clachan dopełnia obrazu Silvera; szczególnie podobała mi się drewniana noga. Oczywiście jest też cudowna lalka papugi, która czasem przysiada na ramieniu Silvera, a kiedy indziej działa na własną rękę – egzotycznie kolorowa i, dzięki animacji Bena Thompsona, niemal żywa. Skrzeczy, gada i gubi pióra w całym tym pirackim spisku.
Jako Ben Gunn, porzucony chłopiec okrętowy, który spędził samotnie trzy lata na wyspie, Joshua James wygląda niczym dziki tubylec z „Władcy much” – skóra uwalana błotem, prowizoryczna przepaska biodrowa, potargane włosy i kamuflaż na twarzy. James jest całkiem zabawny, zwłaszcza w specyficznych dialogach, które prowadzi sam ze sobą, rozważając dalsze kroki. Ogólnie jednak jest zbyt delikatny, by stworzyć zapadającego w pamięć Gunna, i wydaje się nie pasować do całości. Niemniej dzieciom podobało się jego uwijanie się w błotnistych bagnach i tunelach wyspy; to bezpieczna, przystępna kreacja oparta na jednej z najbardziej niezwykłych postaci Stevensona.
Warto wspomnieć o innych świetnych rolach: Tim Samuels wyciska każdą możliwą salwę śmiechu jako Grey – człowiek o szarej cerze, włosach i ubraniu, który wtapia się w szarość scenografii Clachan. Samuels jest idealny. Aidan Kelly tworzy cudownie makabrycznego Billa Bonesa; Helena Lymbery wnosi autentyzm, pragmatyzm i klasę do roli doktor Livesey; Oliver Birch jako Borsuk jest tak groźny, jak tylko pozwala mu na to luksusowa czarno-biała grzywa tłumacząca jego przydomek; Lena Kaur jako Milcząca Sue jest sprawna i wymowna, a jej jęki żalu po zamordowaniu przyjaciela przeszywają tę dość lekką atmosferę. Z kolei David Langham w brudnoróżowym stroju tworzy niezapomniany portret Dicka Dandysa – mordercy z przypadku, który jest tak mało dandysem i tak brutalny, jak to tylko możliwe.
Scenografia Lizzie Clachan wykorzystuje całą długość, szerokość i głębokość sceny Olivier. Autorka użyła obrotowej sceny i zestawu drewnianych, zakrzywionych „żeber”, które przywodzą na myśl szkielety wielorybów wyrzucone na brzeg, jak i ładownie statków – samą esencję morskich przygód. Wykorzystując pełne zaplecze hydrauliczne, dekoracje zmieniają się z ubogiej karczmy w pokład Hispanioli, a w końcu w legendarną Wyspę Skarbów z jej błotnistymi bagnami (pełnymi złowrogo pulsujących bąbli), podziemnymi tunelami i komnatami pełnymi złota. To świetnie zainwestowane pieniądze i niezwykle pomysłowa oprawa.
Mamy tu doskonałe światło Bruno Poeta – od małych, intymnych momentów o wielkiej urodzie po potężne sceny zbiorowe, które wypadają fenomenalnie (eksplozja, w której ginie Hands, robi piorunujące wrażenie). Muzyka i dźwięk Dana Jonesa oraz świetne oryginalne piosenki Johna Tamsa to kluczowe elementy budujące to widowisko.
Efekty iluzjonistyczne Chrisa Fishera są czarujące i skuteczne, a sekwencje walk Breta Younta są autentycznie emocjonujące i dostarczają niespodziewanych wrażeń.
To nie do końca jest „Wyspa Skarbów” – to raczej interesująca reinterpretacja, dodająca kobiecy pierwiastek, rozmydlająca niebezpieczeństwo i zmieniająca relacje. Sądząc po reakcjach młodych widzów, spektakl spotkał się z powszechnym uznaniem – więc Polly Findlay wykonała zadanie.
Nie sposób jednak nie zastanawiać się, jak w dzisiejszych czasach wypadłaby pełnokrwista wersja klasycznej „opowieści dla chłopców” Stevensona. Można podejrzewać, że znacznie lepiej niż ta.
Spektakl Wyspa Skarbów można oglądać w National Theatre do 8 kwietnia 2015 roku
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności