Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Volpone, Swan Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Volpone

Swan Theatre

11 lipca 2015

2 gwiazdki

Ktoś puka do drzwi. Bajecznie bogaty człowiek i jego świta ruszają do akcji. W pośpiechu montowane jest szpitalne łóżko, kompletne z mobilną kroplówką i parawanami. Ekrany skrywają jego ostentacyjne bogactwo. Magnat przebiera się w szpitalny strój i zakłada perukę. Wykrzywia twarz w grymasie sugerującym katusze bólu, niemal paraliż, a z ustami robi coś, co bije chorobą, niemocą i bliskim spotkaniem z przeznaczeniem. Niemal na pewno cieknie mu ślina.

Elegancko ubrany gość przybywa i daje się zwieść tej pantomimie cierpienia. Licząc na dostęp do fortuny „umierającego”, gdy nadejdzie nieszczęsny dzień sądu, gość obsypuje „inwalidę” darami. Jak na podstęp, to całkiem niezły numer. Bogacz staje się jeszcze bogatszy; jego głupi, służalczy, niedoszli spadkobiercy zostają uwolnieni od majątków, których najwyraźniej nie potrzebują.

Oto gorąco wyczekiwany powrót Trevora Nunna do RSC – wznowienie sztuki Bena Jonsona z 1606 roku, „Volpone”, wystawiane obecnie w Swan Theatre w Stratford-upon-Avon. Cudownie byłoby móc napisać, że na tę produkcję warto było czekać. Niestety tak nie jest.

Jak przypomina nam program, T.S. Eliot w swoim zbiorze esejów „The Sacred Wood” z 1921 roku napisał o Benie Jonsonie:

„Aby w ogóle cieszyć się (Jonsonem), musimy dotrzeć do jądra jego twórczości i temperamentu, i musimy widzieć go bez uprzedzeń czasu, jako współczesnego. A widzenie go jako współczesnego nie tyle wymaga umiejętności przeniesienia się do siedemnastowiecznego Londynu, co umiejętności umieszczenia Jonsona w naszym Londynie”.

Nunn w swoim podejściu do tej inscenizacji potraktował Eliota dosłownie, przenosząc i unowocześniając sztukę Jonsona tak, by była pełna aktualnych odniesień i napędzana przez współczesne karykatury. Spektakl aż tętni nowoczesnymi akcentami: kamery bezpieczeństwa i monitory; chciwi biznesmeni pod krawatem; amerykański turysta; roszczeniowi politycy i ich sfrustrowane żony; oraz głęboka nienawiść do bankierów.

Wszystko to byłoby w porządku, gdyby faktycznie pomagało zrozumieć sztukę Jonsona, gdyby to podejście rzucało nowe światło na tekst, czyniło go zabawniejszym lub dawało wgląd, którego inaczej by brakowało. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Nowoczesne rekwizyty rażą, zakłócają rytm pióra Jonsona i raczej konfudują, niż oświecają.

Sporo czasu spędzamy zastanawiając się, dlaczego Peregrine jest Amerykaninem. Zastanawiamy się, dlaczego Volpone trzyma karła, eunucha i hermafrodytę jako trio sług-klaunów i dlaczego pozwala im ubierać się tak ekscentrycznie. Nie dziwi fakt, że w surowej, a zarazem efektownej scenografii Stephena Brimsona Lewisa Volpone eksponuje swoje skarby i ukrywa je za gładkimi parawanami, gdy przychodzą goście, ale dziwi fakt, że Sir Politic Would-Be spotyka Peregrine'a na lotnisku.

Nowoczesne akcenty wydają się raczej doklejone do narracji, a nie stanowią spójnego tła, na którym akcja Jonsona mogłaby nabrać barw. Uwspółcześnione żarty, którymi usiana jest ta adaptacja (repertuar poprawił Ranjit Bolt), pasowałyby do nowoczesnej komedii lub rewii, ale tutaj odciągają uwagę od prawdziwego komediowego złota – postaci Jonsona i jego skomplikowanej intrygi.

Henry Goodman jest pewny siebie i magnetyczny w roli tytułowego Volpone. Kreuje postać przerysowaną, co idealnie pasuje do stylu Jonsona. W tej skrajnej, absurdalnej komedii Goodman jest doprawdy znakomity. Jego udawany pacjent na łożu śmierci to majstersztyk, zwłaszcza że w peruce i szpitalnym rynsztunku Goodman do złudzenia przypomina stracha na wróble Worzela Gummidge’a w interpretacji Jimmy'ego Savile'a. Jest w nim coś wspaniale odpychającego, a zarazem niepokojąco ujmującego. Równie popisowa jest jego rola w stylu Pirelli'ego – włoskiego sprzedawcy „cudownych leków”, tryskająca energią.

Jednak jego występ jest fatalnie obciążony nie z winy samego Goodmana, lecz przez drugi kluczowy wybór obsadowy. Mosca, asystent i wspólnik Volpone w oszustwach, to rola genialna, komplementarna wobec głównego bohatera i niezbędna dla sukcesu całego spektaklu. Orion Lee zupełnie nie sprostał rygorystycznym wymaganiom tej roli, przez co Volpone Goodmana zostaje pozbawiony kluczowego komediowego duetu, który zaplanował Jonson. Przez tę pomyłkę z Moscą traci się tak wiele, że produkcja nigdy się nie podnosi i nie ma szans stać się tym, czym powinna być.

Miles Richardson wykonuje świetną robotę jako przymilny kandydat na spadkobiercę majątku Volpone; jego pierwsze spotkanie z „Savile'owskim” Volpone jest bardzo zabawne. Stanowi to drastyczny kontrast z późniejszymi scenami z udziałem Matthew Kelly'ego jako nużącego i irytująco nudnego Corvino. Kelly ma zdumiewającą zdolność do sprawiania wrażenia, jakby za chwilę miał być zabawny, podczas gdy wygłasza dialogi, które nie wywołałyby reakcji nawet po dawce energii. Geoffrey Freshwater jako Corbaccio radzi sobie nieco lepiej, ale i tu salwy śmiechu zdarzają się rzadko.

Steven Pacey jako Sir Politic Would-Be jest dziwnie sztywny, myląc najwyraźniej pychę z drewnianą grą, podczas gdy Annette McLaughlin jako jego żona wygląda, jakby brała udział w castingu na nową właścicielkę pubu w „Eastenders” – co jest wyborem odważnym, ale niecałkiem chybionym. Ona przynajmniej jest zabawna, czego nie można powiedzieć o dziwnym, amerykańskim Peregrine'ie w wykonaniu Colina Ryana.

Obok Goodmana na laury zasługuje jednak Andy Apollo, który sprawia, że postać Bonaria jest czytelna, zrozumiała i sympatyczna. Apollo sprawia, że tekst pracuje na jego korzyść, bez zbędnej maniery czy sztuczek. W efekcie jego kreacja wybija się na tle innych.

Steven Edis napisał dziwnie niemelodyjne i nużące songi dla tria: karła (Jon Key), hermafrodyty (Ankur Bahl) i eunucha (Julian Hoult). To, w połączeniu z ich marnymi, choć krzykliwymi kostiumami – dlaczego Volpone pozwalałby na tak tandetne stroje? – pozbawia tę trójkę jakiejkolwiek szansy na humor, blask czy rubaszny komentarz.

Ben Jonson to jeden z najwybitniejszych dramaturgów świata. Trevor Nunn to jeden z najwybitniejszych reżyserów. To powinno być połączenie idealne. Nie jest. Powodem są nietrafiona obsada i zbędne uwspółcześnianie na siłę.

„Volpone” w Swan Theatre (Royal Shakespeare Company) do 12 września 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS