WIADOMOŚCI
RECENZJA: Wildefire, Hampstead Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fraser James i Ricky Champ. Fotografia: Ellie Kurttz Wildefire
Hampstead Theatre
10 listopada 2014
2 gwiazdki
Dramaturg Roy Williams mówi o swojej nowej sztuce „Wildefire”, której premiera w reżyserii Marii Aberg odbywa się właśnie w Hampstead Theatre:
„Instynktownie czułem, że postać policjantki będzie o wiele ciekawsza, ponieważ w tym świecie musiałaby udowodnić znacznie więcej. Zależało mi też, aby główna bohaterka i jej walka stały się metaforą tego, jak brytyjska policja metropolitalna (The Met) postrzega dziś samą siebie. Kobieta w centrum wydarzeń dodaje całości napięcia”.
Choć trudno wyczuć, „jak Met postrzega się dzisiaj”, nie ulega wątpliwości, że na pewno nie widzi siebie tak, jak przedstawił to Williams. Skorumpowana, głupia, ślepo lojalna wobec kolegów i sama działająca poza prawem – szczerze wątpię, by londyńska policja miała o sobie takie mniemanie.
Równie trudno zrozumieć, dlaczego policjantka koniecznie miałaby mieć „więcej do udowodnienia” albo dlaczego postać kobieca miałaby „dodawać napięcia”. Dlaczego? Być może, jak w wielu innych dziedzinach życia, kobiety muszą udowadniać swoją wartość tam, gdzie od mężczyzn się tego nie wymaga, ale zjawisko to nie ogranicza się tylko do Met, a sztuka nie dostarcza na to żadnych przekonujących dowodów.
W tym, co napisał Williams, nie ma absolutnie nic nowego. Seriale takie jak „The Bill” czy „Główny podejrzany” (Prime Suspect) przerobiły ten temat wielokrotnie i to w znacznie bardziej porywający sposób.
Gail to funkcjonariuszka, która właśnie przeniosła się do londyńskiego komisariatu. Zaraz po przybyciu udziela rad, jak najlepiej sprzątać wymiociny. Serio. Ma męża i córkę, ale rzucając się w wir pracy i walcząc o akceptację kolegów, coraz rzadziej widuje rodzinę. Jej partner z patrolu, Spence, wprowadza ją w arkana zawodu i brutalną rzeczywistość swojej metody pracy – płaci informatorom za donosy w Brew oficjalnym procedurom.
Gail ma z tym problem, ale kiedy na jej oczach dochodzi do brutalnego morderstwa Spence'a (czemu nie zapobiega, co staje się jej traumą), próbuje upodobnić się do niego – stać się twardszą, bardziej bezwzględną „gliną”. Wszystko kończy się tragicznie: Gail popada w uzależnienie od narkotyków, dopuszcza się przemocy domowej, popełnia błędy zawodowe (w tym ostrzega gangstera o planowanym nalocie) i zostaje wydalona ze służby.
Zamiast jednak odpowiedzieć za swoje liczne przestępstwa, w ostatniej scenie próbuje zrobić coś dobrego dla jednej z ofiar swoich błędnych decyzji i utraconego moralnego kompasu.
Nie do końca wiadomo, co Williams chciał przekazać. Mamy tu mnóstwo frustracji, krzyku, przemocy, wulgaryzmów i mocnych podtekstów seksualnych, ale całość nie jest ani spójna, ani odkrywcza. Nie dowiadujemy się niczego istotnego o trudach współczesnej pracy w policji, niezależnie od płci.
Reżyserka Maria Aberg zdecydowanie nie boi się wyzwań, jakie stawia „Wildefire”. Sceny przemocy są uderzająco realistyczne – morderstwo Spence’a i jego następstwa są wyjątkowo mocne. Chaos, zamieszki i przemoc domowa są głośne, konfrontacyjne i przepełnione bólem. W zasadzie jest to produkcja znacznie lepsza niż sam tekst, na którym bazuje.
Niestety duża część dialogów jest niesłyszalna, a to, co dociera do widza, jest albo wykrzyczane, albo słabo wyartykułowane. Utrudnia to zaangażowanie się w historię i współczucie bohaterom. Trzema głównymi wyjątkami są Cian Barry jako Vince (świetnie nakreślona postać dobrego człowieka w trudnym położeniu), Ricky Champ jako Spence (archetypowy „bobby”, gotowy zaryzykować dla wyższego dobra, nawet jeśli wiąże się to z przekroczeniem uprawnień) oraz Sharlene Whyte jako Maxine (wyjątkowo poradziła sobie z niemożliwie napisaną sceną po pogrzebie męża).
W roli głównej Lorraine Stanley wydaje się zarówno błędnie obsadzona, jak i zagubiona. Autor kładzie duży nacisk na seksualność bohaterki, ale Gail w wydaniu Stanley wydaje się wręcz aseksualna. Rola wymaga precyzji i niuansów, tymczasem postać Stanley to jednostajny szum informacyjny. Zamiast pokazać bolesny proces upadku bohaterki jako zrozumiałą drogę, Stanley gra piskliwie i kiczowato – to karykatura, a nie żywa osoba.
Tara Hodge gra Kristal, kobietę zmagającą się z przemocowym partnerem. Gail namawia ją do zgłoszenia sprawy, ale Kristal odmawia. Gdy w końcu decyduje się na zeznania, Gail – pochłonięta własnymi problemami – odmawia pomocy. W rezultacie Kristal zostaje brutalnie skatowana. Zostaje inwalidką, być może na stałe, z pogruchotaną szczęką i trwałym bólem. Najlepszy moment Stanley przypada na finałową, wzruszającą scenę, w której przynosi ona Kristal rysunek jej dziecka i bierze na siebie odpowiedzialność za krzywdę, na którą pozwoliła.
Dobrze spisują się Danny Dalton (mąż Gail, Sean) oraz Fraser John jako Don, starszy oficer. Jednak żadna z tych ról nie jest na tyle dobrze napisana, by aktorzy mogli w pełni rozwinąć skrzydła. W przypadku Johna, jego dykcja – zwłaszcza w głośnych scenach zbiorowych – pozostawia wiele do życzenia.
Naomi Dawson stworzyła intrygującą i efektowną scenografię, która radykalnie przekształca przestrzeń Hampstead Theatre, pozwalając na jednoczesne budowanie intymności i dystansu. James Farncombe dobrze operuje światłem, choć Dawson nadużywa dymu do kreowania „klimatu”.
Sceny walk są znakomicie zainscenizowane (Kate Waters), a ruch sceniczny jest poprawny (Ayse Tashkiran), choć momentami odwraca uwagę od nastroju, zamiast go wzmacniać. W pewnym momencie pojawia się dziwne, rozpraszające grupowe drżenie, które w założeniu miało chyba budować atmosferę.
Współczesna praca w policji to bez wątpienia twardy orzech do zgryzienia. Kobiety i mniejszości mogą mieć trudniej niż ich biali koledzy. Ale ta sztuka nie rzuca na ten problem nowego światła, serwując raczej zestaw klisz i wydeptanych ścieżek. Mamy tu wprawdzie kilka momentów czystego horroru i tragizmu, a także bezpardonowe dialogi i sytuacje.
To nowa sztuka, która nie ma do powiedzenia nic nowego. Szkoda zaprzepaszczonej szansy na rzetelną analizę ważnych kwestii: czy dziewięć zasad Roberta Peela, stworzonych by uformować etyczną policję, ma jeszcze dziś rację bytu? A jeśli tak, to czy są one przestrzegane?
Williams otwiera spektakl przywołaniem tych zasad, ale później kompletnie o nich zapomina. W programie znajdziemy świetny esej lorda Paddicka, byłego zastępcy komisarza Metropolitan Police. Sztuka analizująca kwestie poruszane przez Paddicka... to byłoby coś.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności