WIADOMOŚCI
WKRÓTCE: „Uczeń czarnoksiężnika” w The Ambassadors Theatre
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Julian Eaves uczestniczył w pokazie przedpremierowym nowego musicalu "Uczeń czarnoksiężnika" (The Sorcerer's Apprentice) autorstwa Bena Frosta i Richarda Hougha.
Niezwykle utalentowany duet kompozytorsko-autorski, Ben Frost (muzyka) i Richard Hough (teksty), konsekwentnie wspina się po szczeblach kariery jako nowe objawienie w świecie teatru muzycznego. Ich najnowszy projekt udowadnia, że mają na koncie kolejne znaczące sukcesy. Mieliśmy okazję zobaczyć spektakl dwukrotnie podczas warsztatowych wykonań koncertowych (choć reżyseria Ryana McBryde'a dała nam niemal pełną inscenizację, przynajmniej w odniesieniu do sześciu głównych postaci i narratora), najpierw w Letchworth, a następnie w The Ambassador’s przed publicznością branżową. Był to fascynujący wgląd w proces powstawania nowej rozrywki muzycznej.
Zamówieni przez Jamesa Seabrighta, twórcy opracowali własne libretto, zainspirowane – a nie stricte oparte na – krótkim, radosnym i dowcipnym szkicu poetyckim Goethego (tym samym, który wszyscy znamy z precyzyjnej animacji Disneya z 1940 roku, „Fantazja”, z Myszką Miki w roli psotnego kandydata na maga). Całość zaczyna się wspaniale od popisowego solowego numeru tenorowego: niesamowite warunki głosowe i kunszt sceniczny Neila McDermotta sprawiły, że utwór „There's magic in the air” ma szansę trafić na playlisty każdego fana musicali na świecie. Słysząc ten jeden numer, zwłaszcza w tak genialnym wykonaniu, od razu wiadomo, że czeka nas wieczór pełen magii i emocji. Muzyka Frosta jest lirycznie potężna, a pomysły Hougha tworzą spójny świat, zapraszając nas w wielką emocjonalną podróż. To opowieść o napięciu między osobistymi uczuciami a nauką, między wiarą a prawdą. Goethe, jako czołowa postać niemieckiego romantyzmu, byłby zachwycony.
Dalsza część to sekwencja zdarzeń z udziałem postaci niewymienionych w oryginale. Szybko okazuje się, że nie słuchamy słów tytułowego bohatera, lecz ojca czarnoksiężnika, Johana Gottela. Z kolei niezdarnym adeptem magii – w nowoczesnym ujęciu – nie jest ani chłopiec, ani mysz, lecz jego córka, Eva Gottel, w którą wcieliła się świetna wokalnie Naomi Petersen. Petersen robi wszystko, by podkreślić energię i ludzki wymiar Evy, a najbardziej przekonuje w swoich piosenkach, wykonywanych z niezwykle czystą precyzją i frazowaniem. Pani Gottel nie ma w tej historii – padła ofiarą bizarnej przypadłości, która zamieniła ją w cień. Z kolei szanowany Herr Gottel nie rozważał ponownego małżeństwa (co, jak wiemy, często zdarza się w musicalach osadzonych w niemieckojęzycznej Europie). Innych dzieci brak.
Na początku Eva ulega wypadkowi podczas jazdy na rowerze (co osadza akcję najwcześniej w końcu XIX wieku – to modernizacja rzekomo średniowiecznej powiastki Goethego). Świadkiem tego zdarzenia jest sympatyczny porucznik Erik (Blair Gibson). Tymczasem w innej części królestwa, królowa Larmia (imię, które może budzić skojarzenia z innymi krainami pełnymi magii) podupada na zdrowiu, również stając się ofiarą nieuleczalnego wirusa cienia. W osobie Tracie Bennett postać Larmia zyskuje interpretatorkę, która po mistrzowsku panuje nad sceną, nadając sens swoim scenom nawet przy gwałtownych zwrotach akcji. Jak to bywa w tego typu historiach, jest ona samotną matką z jednym dzieckiem. Jej potomkiem okazuje się czarny charakter sztuki – przymilny socjopata, książę Fabian (Jos Slovick). Slovick wykonuje kilka niesamowitych utworów, z dużą swobodą wykorzystując swój wysoki rejestr. Na koniec, lojalny kanclerz Breel (Nigel Richards w doskonałej formie) stara się niwelować szkody wyrządzone przez następcę tronu, z lekkością poruszając się między różnymi tonacjami scenariusza. Elementem spajającym pokaz była błyskotliwa narracja zawsze pogodnej Jan Ravens, co pozwoliło nam płynnie przenosić się między lokacjami bez udziału scenografii.
Przez cały wieczór Seann Alderking przy fortepianie i Ed Scull na perkusji wiernie realizowali nienaganne aranżacje Simona Nathana, oddając muzykę z teatralnym rozmachem. Często odnosiliśmy wrażenie, że słyszymy pełną orkiestrę, co świadczy o wysokiej jakości zespołu muzycznego.
Cała konstrukcja jest pomysłowa i czytelna, co powinno zapewnić „spójną i przekonującą narrację”, będącą zdeklarowanym celem autorów. Początek jest uderzająco skuteczny, co pokazuje, że twórcy mają talent, by dociągnąć ten projekt do genialnego finału. To, co wyrasta z tego wstępu, ma ogromny potencjał, choć rodzi kilka pytań. Na przykład: jeśli jest to historia Evy, dlaczego Johan wykonuje trzy pierwsze numery (trzeci stopniowo zmienia się w duet z córką, ale jego dominacja jest nieco nietypowa)? Innym pytaniem jest: skoro Eva napędza historię pragnieniem zostania czarnoksiężnikiem, dlaczego wydaje się mieć tak mały wpływ na wydarzenia i często jest biernym obiektem działań mężczyzn?
Jeśli chodzi o partyturę, mam kilka uwag, które z pewnością przyszły już do głowy zespołowi kreatywnemu. Słyszymy głównie solowe piosenki; jest kilka duetów, w tym jeden, w którym skrajnie różni Królowa i Książę śpiewają dokładnie tę samą linię melodyczną (co dramatycznie nie ma większego uzasadnienia). Co dziwne, pojawia się tylko jeden numer zespołowy – bardzo złożony i wspaniały moment polifoniczny, który jednak uwydatnia brak podobnych wielogłosowych struktur w innych miejscach. Wiele utworów utrzymanych jest w wolniejszym tempie i mroczniejszych, molowych tonacjach, co sprawia, że tempo akcji wydaje się zwalniać wraz z rozwojem fabuły.
Niektórzy widzowie pytali: z czym ten musical będzie konkurował? Oczywistą odpowiedzią jest „Wicked”. I to porównanie jest pouczające. Stephen Schwartz nie tylko przetworzył ogrom materiału i wielokrotnie przepisywał scenariusz, zanim stworzył hit, ale przede wszystkim postawił relacje Elphaby w samym sercu historii, a jej ambicje zawodowe uczynił kwestią drugorzędną. Z perspektywy budowania sympatii widza do postaci, był to genialny ruch. Frost i Hough, rozwijając swój postmodernistyczny projekt starej baśni, zapewne już myślą, jak odpowiedzieć na to wyzwanie. Uważam, że mają talent i wyobraźnię, by stworzyć dzieło jeszcze wspanialsze niż to, co usłyszeliśmy podczas tego pierwszego publicznego pokazu.
Zanim to nastąpi, czeka nas ich kolejna propozycja – „Billy The Kid” dla National Youth Music Theatre, który zostanie wystawiony tego lata w Leicester Curve. Miejcie na nich oko! Na brytyjskiej scenie pojawił się duet, z którym trzeba się liczyć. Gratulacje dla Jamesa Seabrighta za wizję i doprowadzenie tego ekscytującego projektu na deski teatru.
Był to warsztatowy koncert przedpremierowy i zgodnie z tradycją nie przyznajemy takim wydarzeniom oceny gwiazdkowej.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O UCZNIU CZARNOKSIĘŻNIKA
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności