Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Kings Of Broadway, Palace Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

douglasmayo

Share

Kings Of Broadway

Palace Theatre

29/11/15

3 gwiazdki

Odkryłem, że to, co oświetlenie robi dla wizualnej strony teatru, orchestracja potrafi zrobić dla jego warstwy dźwiękowej”. Jonathan Tunick

Podczas zaledwie dwóch występów, znakomity zespół wokalistów oraz trzydziestoosobowa orkiestra pod batutą (prowadzoną z wielkim polotem) Alexa Parkera zaprezentowali wyśmienity wybór utworów z dorobku Jule’a Styne’a, Stephena Sondheima i Jerry’ego Hermana – prawdziwych „Królów Broadwayu”.

To był satysfakcjonujący wieczór, choć nie zawsze w najbardziej oczywisty sposób. Mimo wielu wspaniałych popisów wokalnych i instrumentalnych, prawdziwymi bohaterami wydarzenia okazały się trzy niewidoczne tego wieczoru osoby, których nazwiska ukryto w odległej sekcji programu – Jonathan Tunick, Jason Carr i Martin Higgins – autorzy mistrzowskich, pełnych rozmachu, a zarazem finezyjnych aranżacji, które dostarczyły nam najwięcej przyjemności i niespodzianek.

Orkiestratorzy rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wielu z nas zakłada, że broadwayowscy kompozytorzy sami tworzyli aranżacje, ale rzadko kiedy tak bywało (i bywa). Co więcej, od pracy orkiestratora zależy bardzo wiele: to coś więcej niż tylko posypka na torcie. To jego kreatywna paleta nadaje ostateczny, dramatyczny sznyt wizji kompozytora. To on (dlaczego w tej roli niemal zawsze widzimy mężczyzn?) nakłada ostatnie warstwy barw i lakieru, które kształtują nasze emocje. Niestety, rzadko mamy okazję podziwiać ich kunszt w pełnej krasie, gdyż ze względów oszczędnościowych teatry zazwyczaj ograniczają się do małych zespołów w orkiestronie.

Tym większą gratką była obecność trzydziestoosobowej orkiestry na scenie, prowadzonej z elegancją i werwą przez Alexa Parkera. Gdy smyczki weszły w uwerturze do „Gypsy”, na widowni dało się wyczuć poruszenie, jakbyśmy nagle wszyscy zdali sobie sprawę, czego nam na co dzień brakuje. Przyłapałem się na notowaniu uwag o glissandach harfy, rześkich perkusjonaliach, świergocie instrumentów dętych drewnianych i subtelnym podkładzie smyczków, które wzbogaciły znane piosenki w sposób, którego wcześniej po prostu nie dostrzegałem. W pierwszej połowie wystąpiły pewne problemy z balansem dźwięku, ale po antrakcie współpraca między muzykami a solistami na proscenium stała się znacznie swobodniejsza i bardziej owocna.

To nie był wieczór, który siliłby się na szukanie głębokich powiązań tematycznych między Styne’em, Sondheimem a Hermanem: to była po prostu celebracja ich ogromnego wkładu w historię Broadwayu, zręcznie łącząca najsłynniejsze przeboje z materiałem mniej znanym. I to właśnie te nieoczywiste perły najbardziej przykuły moją uwagę. W przypadku Hermana przypomnieliśmy sobie, jak wiele świetnych numerów z „Mack and Mabel” zasługuje na większą rozpoznawalność; u Styne’a – jak wiele charakterystycznych piosenek nie zdobyło zasłużonej sławy tylko dlatego, że spektakle, z których pochodziły, krótko gościły na afiszu; wreszcie u Sondheima – podziwialiśmy genialną zdolność do wyczarowywania głębokich emocji z drobnych strzępków melodii i fragmentów harmonii.

Grono dwudziestu dwóch wykonawców reprezentowało różne pokolenia i poziomy doświadczenia. Większość świetnie wykorzystała swoją szansę, szczególnie ci, którzy potrafili uczynić z mikrofonu swojego sprzymierzeńca, a nie wroga. Nie brakowało wybitnych solówek, błyskotliwych duetów i numerów zbiorowych, ale format ten najlepiej sprawdził się w składankach (medleyach) ułożonych wokół konkretnego tytułu lub gatunku (np. niezwykle trafne „Parades”). Takie zestawienia utworów można usłyszeć wyłącznie podczas koncertów galowych, co pozwala na wiele ciekawych porównań.

Przy tak różnorodnym materiale wybór faworytów jest jeszcze bardziej subiektywny niż zwykle. Niemniej jednak, szczególne wrażenie wywarła na mnie Caroline O’Connor w utworach „Broadway Baby” i „Time Heals Everything” – potrafiła rozbudować postać tak samo mocno, jak linię melodyczną. Spośród mniej znanych artystów, Richard Fleeshman świetnie poradził sobie z „Buddy’s Blues”, utworem trudnym do obrony bez kontekstu scenicznego (z musicalu „Follies”), a Bradley Jaden zaprezentował intrygującą i oryginalną interpretację „Maria” z „West Side Story”. Anna O’Byrne i Jack North urzekli w „Let’s See What Happens” z mało znanego „Darling of the Day”, a North ponownie skradł show w eleganckim „Put on your Sunday Clothes”, które stanowiło wielki finał wieczoru.

Emocjonalne serce spektaklu biło prawdopodobnie w sekwencji numerów napisanych dla głównych bohaterek, ukazujących całą trójkę kompozytorów w szczytowej formie. Obok wspomnianej już Caroline O’Connor, w piosenki te głęboko wgryzły się Caroline Sheen, Anne Reid, Laura Pitt-Pulford i Janie Dee, udowadniając, że te utwory mogą być interpretowane na nowo przez kolejne pokolenia. To chyba najlepszy dowód na nieprzemijającą jakość tej twórczości oraz jej niesłabnącą siłę dramatyczną i emocjonalną.

Wracając jednak na chwilę do moich uwag z początku – biada śpiewakowi, który nie uważa na detale orkiestracji! Nie chcę robić z tego wielkiej sprawy, ale błędem Janie Dee w skądinąd dobrym wykonaniu „The Ladies who Lunch” było odejście od tekstu i wzniesienie drugiego toastu za Pintera zamiast Mahlera. Właśnie w tym momencie w partyturze pojawia się bowiem błyskotliwy cytat z „IV Symfonii” tego ostatniego, zagrany przez instrumenty dęte drewniane.

To był uroczy wieczór, kipiący talentem i dający mnóstwo czystej radości. Dobrze jest czasem spojrzeć z dystansu i docenić muzyczny kunszt tych kompozytorów bez całej teatralnej machiny. Jednak nawet biorąc poprawkę na krótki czas prób, pojawiły się pewne niedociągnięcia realizacyjne, których można było uniknąć. Niektórzy wykonawcy zapowiadali swoje numery, inni nie. Jeśli nie zawsze możemy liczyć na konferansjera klasy nieodżałowanego Neda Sherrina (jak w „Side by Side by Sondheim”), to ten wieczór aż prosił się o kogoś, kto spiąłby całość klamrą. Palace i Palladium to wspaniałe, pełne blasku miejsca na takie gale, ale jak wielkie statki wymagają one precyzyjnego sterowania. Oświetlenie, choreografia i reżyseria dźwięku wymagały tu więcej pracy. Mam nadzieję, że następnym razem tak się stanie – jeśli tak, z pewnością przyznam o jedną gwiazdkę więcej.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS