Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

Wywiad prosto z Broadwayu – Telly Leung

Opublikowano

Autor:

emilyhardy

Share

Emily Hardy rozmawia z gwiazdą serialu Glee, Tellym Leungiem, o jego nadchodzącym występie w londyńskim Hippodrome, musicalach Rent i Godspell, spektaklu Allegiance oraz o życiu artysty musicalowego na Broadwayu. TL: To zabawne. Uwielbiam pracować na Broadwayu, ale występ na West Endzie byłby spełnieniem moich marzeń. Odwiedziłem Londyn w 2006 roku, biorąc tydzień wolnego od Wicked, i absolutnie się zakochałem. Myślę, że większość aktorów z Broadwayu marzy o tym, by pomieszkać przez chwilę w Londynie – najlepiej grając w spektaklu, który jest tu tak popularny, że cała obsada zostaje przeniesiona za ocean. Ekipa z Hair kilka lat temu naprawdę żyła tym marzeniem. EH: Wydaje się, że teraz dzieje się to coraz częściej. Czy widziałeś już Matyldę? TL: Tak, właśnie widziałem! Jest fantastyczna. Wierz lub nie, ale wychowałem się na Roaldzie Dahlu. Jako dziecko przeczytałem wszystkie jego książki. EH: Ja też. TL: Wiem, jak ogromną popularnością cieszy się w Wielkiej Brytanii; tutaj też naprawdę się przyjął. Mam wrażenie, że to dzięki niemu pokochałem czytanie. EH: A skąd wzięła się u Ciebie miłość do teatru muzycznego? Zakładam, że go uwielbiasz... chyba że się mylę? TL: Uwielbiam, naprawdę. Jestem jedynakiem – synem imigrantów z Chin, a moi rodzice zdecydowanie mieli wobec mnie inne plany niż teatr. Chcieli, co zrozumiałe, abym miał stabilny zawód, został lekarzem lub prawnikiem, zarabiał krocie i żył „amerykańskim snem” – życiem, które dla nich, jako imigrantów, było nieosiągalne. Uczyłem się pilnie i dostałem się do prestiżowej szkoły matematyczno-przyrodniczej w Nowym Jorku, ale to właśnie tam uznałem, że mój mózg jest zbyt jednostronny. Musiałem rozwinąć tę drugą półkulę, robiąc coś innego... jak teatr. Zacząłem chodzić na kółko dramatyczne po lekcjach, a moją pierwszą rolą na scenie był występ w Pippinie. Z czasem pokochałem chodzenie do teatru jako widz. Błogosławieństwem dorastania w Nowym Jorku jest to, że Broadway ma się na wyciągnięcie ręki. Dwa spektakle szczególnie mną wstrząsnęły: pierwszym był Rent. Postaci były ludźmi, których widywałem codziennie na ulicy, i mogłem wyobrazić sobie siebie w tej obsadzie, bo była tak różnorodna. Drugim było Hello Dolly z Carol Channing. Pamiętam, że właśnie skończyłem egzaminy SAT i chciałem się nagrodzić. Nad Times Square przeszła ulewa i siedziałem przemoczony w lodowatym, klimatyzowanym teatrze. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Pod koniec pierwszego aktu Channing zaśpiewała Before The Parade Passes By – to moment, który zapadł mi w pamięć tak mocno, że ten utwór znalazł się na moim solowym albumie. Ona posiada tę unikalną zdolność sprawiania, że każdy widz czuje się, jakby śpiewała tylko dla niego. EH: Czy uważasz, że Broadway wciąż ma takich archetypowych wykonawców? TL: Tak, ale dziś wszystko wygląda inaczej. Artyści, których naprawdę podziwiam, to ci wyjątkowi: jak Alan Cumming, Sutton Foster czy Kristin Chenoweth. Myślę jednak, że wymogi się zmieniły – teraz potrzebni są akrobaci, aktorzy-instrumentaliści i tak dalej. Klasyczny „triple threat” (aktor, śpiewak i tancerz w jednym) to już za mało. Kiedy rok temu grałem w Godspell, musiałem zapisać się do związku zawodowego muzyków, bo jednocześnie grałem na pianinie i śpiewałem. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał to zrobić. To była najbardziej stresująca rzecz w mojej karierze. EH: Dla mnie to Rent był punktem zwrotnym w młodości, ale moim ulubionym musicalem do słuchania był Godspell. Nigdy do końca nie rozumiałam fabuły, ale słuchałam płyty, aż ją całkowicie zdarłam. Wasz album z obsadą z 2011 roku to moim zdaniem najlepsze nagranie tego spektaklu. TL: Dziękuję. W obu tych tytułach jest coś magicznego. To zabawne, że to właśnie Twoje ulubione spektakle, bo ja też zawsze trafiam do ich obsady – to są produkcje zespołowe. Rent grano na Broadwayu przez 13 lat, ale przewinęło się przez niego stosunkowo niewiele osób, bo nikt nie chciał odchodzić. Bo i po co opuszczać tak wspaniały zespół? Każdy w tych spektaklach jest ważnym narratorem. Rozumiem więc doskonale, dlaczego są bliskie Twojemu sercu. EH: Czy kiedykolwiek próbowałeś swoich sił po drugiej stronie rampy, jako twórca? TL: Zaczynam trochę produkować i pisać, ale najbardziej kocham moje własne występy kabaretowe. Dawniej można było po prostu wynająć salę w Don’t Tell Mama na 46. ulicy, zaprosić znajomych i mieć szansę na artystyczny rozwój i szlifowanie warsztatu. EH: Można zardzewieć, jeśli sami nie kreujemy sobie takich okazji między kolejnymi zleceniami. TL: Dokładnie. Moim debiutem na Broadwayu był musical Flower Drum Song z Leą Salongą w roli głównej, ale zeszliśmy z afisza po czterech miesiącach. To była dla mnie twarda lekcja show-biznesu. Czułem niedosyt, więc zacząłem budować własny program, pisać teksty między piosenkami. Teraz po każdym projekcie na Broadwayu staram się stworzyć coś własnego. Poza tym uczę. Uwielbiam przekazywać dzieciakom podstawy techniki i rady, które mogą wykorzystać, zwłaszcza gdy widzę w nich taką pasję. Kocham aktorstwo, nie zrozum mnie źle, ale mam przeczucie, że moją prawdziwą misją nie jest granie do końca życia, a właśnie nauczanie. Nie byłbym w tym miejscu, gdyby nie moi nauczyciele. EH: Czy uważasz, że Broadway jest dostępny dla nowych talentów? Czy młodzi mają szansę? TL: Często stawia się na znane nazwiska, podobnie jak w Londynie, ale ostatecznie talent, determinacja i wytrwałość popłacają. I tylko to możemy im przekazać. To przetrwanie najsilniejszych i najbardziej cierpliwych. I oczywiście nie zawsze jest tak, jak się to sobie wyobraża. Gdy tylko zmieniasz pasję w zawód, musisz balansować między sztuką a komercją. Gdyby pieniądze nie grały roli, wszystko wyglądałoby inaczej. A tak, grasz w wielkim, komercyjnym hicie, żeby zarobić, a później, w ramach artystycznego spełnienia, występujesz w Antygonie w jakiejś piwnicy kościelnej. EH: Maria Friedman powiedziała kiedyś, że wielkie, komercyjne hity to te, za które kupuje się nową kuchnię. TL: Święta racja. Jestem w branży od 2000 roku i to naprawdę ciągła sztuka równowagi. I słuchaj, jestem teraz w wieku, w którym czasem kwestionuję to, co robię, ale niedawno to zrozumiałem: jako jedynak, kiedy dołączam do obsady, zyskuję natychmiastową rodzinę. Przy każdym spektaklu ta rodzina się powiększa. Każdy z nas był na szczycie i każdy przeżył zdjęcie spektaklu z afisza i musiał następnego dnia stanąć w kolejce po zasiłek. Dzięki temu, że wszyscy rozumiemy ten cykl, możemy się wspierać. Systemu takiego wsparcia na pewno nie znajdziesz w Hollywood. EH: Nad czym obecnie pracujesz? TL: Nad nowym musicalem Allegiance z George'em Takei i Leą Salongą. Spektakl opowiada o internowaniu Amerykanów pochodzenia japońskiego podczas II wojny światowej – to mało znany fragment historii, skupiamy się na rodzinie rozbytej przez politykę. Od ponad trzech lat pracowaliśmy nad czytaniami i warsztatami, a w zeszłym roku mieliśmy wreszcie światową premierę w Old Globe w San Diego. Spektakl pobił rekordy frekwencji, więc przenieśliśmy go tutaj, rozłożyliśmy na czynniki pierwsze, złożyliśmy na nowo i właśnie zakończyliśmy wielką prezentację dla branży. Mamy nadzieję, że to otworzy nam drogę na Broadway wiosną przyszłego roku. EH: Jesteś niesamowicie zaangażowany. Na pewno nie było łatwo wystawić zupełnie nowy, nieznany szerszej publiczności musical. TL: Wymagało to wielu poświęceń i uporu, ale ten materiał jest tego wart. EH: Czy cieszysz się na występ w Londynie, w Hippodrome? TL: Bardzo! Głównym powodem mojej wizyty w Londynie jest G3 – wielki zlot fanów serialu Glee, czyli tzw. Gleeks. Nie mogłem pojechać w trasę z Warblersami, bo pracowałem nad Allegiance, więc to będzie moja pierwsza okazja, by poznać fanów zza oceanu. A skoro już tu jestem, zagram swój recital z moim jazzowym trio. Kilkoro moich amerykańskich przyjaciół występowało już w Hippodrome: Sherie Rene Scott, Caissie Levy, Michael Patrick Walker. Uwielbiam to, że klub znajduje się w samym sercu West Endu i jest idealną przestrzeną dla mojego show. EH: Czy możesz zdradzić coś z repertuaru? TL: W zeszłym roku wydałem album z coverami w nowych aranżacjach zatytułowany I’ll Cover You (to moja ulubiona broadwayowska piosenka o miłości). Wzięliśmy na warsztat Stevie’ego Wondera, hity musicalowe, a nawet Madonnę. Zinterpretowaliśmy je na nowo, bawiąc się rytmem i tempem, ale zachowując to, co ludzie w nich kochają. Na przykład In My Life Beatlesów wykonujemy jako kołysankę. Moi rodzice, jako imigranci, uczyli się angielskiego, oglądając telewizję i słuchając muzyki; mój wybór piosenek jest silnie inspirowany tym, czego oni słuchali. Kiedy byłem niemowlęciem, jedyną rzeczą, która uspokajała mój płacz, była muzyka Beatlesów. EH: Czyli matematyka i nauki ścisłe nie miały z Tobą szans! TL: Wiem! Żadnych. Krótko mówiąc, koncert składa się z aranżacji utworów, które są dla mnie ważne i opowiadają moją historię. Gramy 20 i 21 lipca, a w niedzielę wystąpi ze mną Declan Bennett z musicalu Once (mój kumpel z obsady Rent). Jest fantastyczny – to taki prawdziwy, udręczony autor piosenek. Wiesz, moim największym marzeniem jest zapakować kiedyś moje trio do autobusu i ruszyć w trasę po całym kraju z tym programem. EH: Brzmi fantastycznie. Już nie mogę się doczekać. Więcej informacji o londyńskim występie Telly'ego znajdziesz tutaj.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS