Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

PROSTO Z GARDEROBY: Jenna Russell

Opublikowano

Autor:

redakcja

Share

Wejście służbowe do Harold Pinter Theatre skrywa setki historii. Bileter, a właściwie strażnik tych opowieści, urzęduje w przytulnym kąciku obklejonym zdjęciami aktorów – niektóre już pożółkły, inne mają pozaginane rogi. Sto historii, sto „dawno, dawno temu”. Garderoba Jenny Russell opowiada własną historię. Aktorka dzieli ją z koleżanką z obsady Merrily We Roll Along, Josefiną Gabrielle. Część toaletki należąca do Gabrielle jest zasypana kosmetykami, pędzlami i pudrami, starannie ułożonymi w gotowości na wieczorny spektakl. Po stronie Russell, do lustra przyklejone są trzy lub cztery zdjęcia jej córeczki, Betsy. Jenna podwija nogi na krześle i zaczyna snuć opowieść. Urodzona w Londynie, wychowana w Dundee, występująca od dziecka – ma mnóstwo anegdot do przekazania. Wygląda delikatnie, promienieje, a jej wielkie, błękitne oczy wilgotnieją, gdy wspomina niedawny huragan w Oklahomie: „Chciałabym tam polecieć i wszystkich przytulić”. Chwilę później błyszczą od śmiechu, gdy odgrywa scenę, jak dzwoniła do Davida Babaniego, błagając o rolę Mary w nowej inscenizacji Merrily: „Wiem, że robicie to ze starszymi ludźmi! Jestem stara i jestem człowiekiem! Przesłuchaj mnie!”. Russell to aktorka musicalowa, która wzruszyła mnie bardziej niż jakakolwiek inna. „Mam nadzieję, że w pozytywnym sensie?” – chichocze. Jej rola Dot w Sunday in the Park with George (kolejna produkcja Menier Chocolate Factory) sprawiła, że przeryczałem cały spektakl, a jej obecna, rozdzierająca serce kreacja w Merrily to druzgocące studium utraconej nadziei.

„Bycie mamą jest nadzwyczajne” – wyjaśnia. „Mam wrażenie, że teraz o wiele łatwiej przychodzi mi dostęp do emocji”. Podczas wywiadu wzrok Russell co chwila ucieka w stronę zdjęć córki. „Ciągle nawijam o Betsy” – przeprasza. „Zawsze o niej nawijam. Chcę, żeby była ze mnie dumna” – przyznaje.

Russell papla wesoło, ilustrując swoje opowieści ożywionym przytaczaniem słów innych aktorów czy przyjaciół. Robi to z taką pokorą, że wymienianie wielkich nazwisk brzmi uroczo – to cecha jednocześnie ujmująca i zabawna. „Rozmawiałam z Gavinem Creelem... znasz Gavina? Gavin. Gavin, Gavin, Gavin, mój serdeczny przyjaciel Gavin” – śmieje się. „Powiedział, że są dwa typy aktorów: tacy, którzy chowają się za postacią tak bardzo, że ich nie widać, i tacy, u których osobowość przebija przez rolę. Chciałabym myśleć o sobie jako o tym drugim typie. Nie ucieknę od siebie, od tego, kim i jaka jestem”.

A jaka jest? Jest jak starsza siostra – emanuje ciepłem niczym troskliwa mentorka. „Uważam, że początki to czas na podejmowanie wielkiego ryzyka, na robienie rzeczy za darmo, na współpracę z autorami, na pokazywanie się światu i branie krótszych, ciekawszych zleceń” – tłumaczy. „Ufaj swojemu instynktowi, to kluczowe. Niektórzy młodzi aktorzy, z którymi pracuję, mówią: »Właściwie nie chcę iść na to przesłuchanie, ale czuję, że powinnam«.

Ja wtedy mówię: »Skoro nie chcesz, to nie idź!«. Bardzo trudno jest powiedzieć »nie« – lata zajmuje nam nauczenie się tego słowa. A to wasza jedyna moc. Nie macie innej władzy. Żadnej. Sama odmawiałam różnym rzeczom, wycofałam się z projektu, z ogromnej roli, która mogła zmienić moje życie. To była najlepsza decyzja”.

Russell zbudowała niezwykle wszechstronną karierę. „Siedzę w tym interesie tak cholernie długo!” – śmieje się. Scena, film, telewizja, Szekspir, komedia, dramat – ale to praca w musicalach przyniosła jej największe uznanie. „Miałam obsesję na punkcie musicali” – wspomina – „ale nigdy nie sądziłam, że będę w nich grać, dopóki ktoś nie zaprezentował mi twórczości Sondheima. Zauważyłam jednak, że jeśli zagrasz w musicalu, ludzie z telewizji przestają cię zapraszać. Odkładałam więc musicale na bok i przez trzy czy cztery lata grałam w serialach i sztukach, a potem znów wracałam do śpiewania. Jakieś sześć lat temu, po Sunday in the Park, zagrałam w Amy’s View i to był naprawdę marny czas – nie przez obsadę czy tekst, po prostu całość wydała mi się wyjątkowo jałowa. Pomyślałam: »Nie mogę już tak, muszę robić rzeczy, które dają mi radość i sprawiają, że się uśmiecham«. A uwielbiam zespoły musicalowe. Nie zamierzam marnować czasu na coś, co mnie unieszczęśliwia, więc całym sercem powróciłam do musicalu”. Znów się śmieje – tym zaraźliwym śmiechem, który sprawia, że masz ochotę przysunąć krzesło bliżej i też znaleźć się w jej zespole. „Przyzwyczaiłam się, że w ekipie Merrily jest nas dziewiątka” – mówi – „a w Chocolate Factory są tylko dwie garderoby...”. Zawiesza głos i wybucha śmiechem: „Garderoby? Dobre sobie! To po prostu przestrzeń przedzielona kawałkiem sklejki z dziurą na dole i na górze. Kobiety są po jednej stronie, mężczyźni po drugiej – gadają, krzyczą, przerzucają rzeczy nad ścianką. To jedyny smutek po przenosinach tutaj [do West Endu] – nie widujemy się tak często, jak byśmy chcieli. Słyszałam, że Sheridan Smith przy Little Shop of Horrors, kiedy trafili na West End, miała ścianę między garderobami. Zapukały w nią i stwierdziły: »To nie jest prawdziwa ściana!«, i kazały ją wyburzyć! Uwielbiam to!”.

 

Nagle w garderobie rozlega się ciche buczenie. „Przepraszam, to toaleta!” – śmieje się aktorka. „Ach, ten wielki świat!”.

Russell była w pierwszej zmianie obsady Les Misérables, gdy spektakl przenosił się z RSC na West End. Grała m.in. Sarah Brown w inscenizacji Guys & Dolls Michaela Grandage’a oraz Bertrande w Martin Guerre – o obu tych rolach opowiada z charakterystycznym dla siebie dystansem. „Dzięki Bogu, że Michael Grandage mnie zaangażował” – wyznaje – „bo to wszystko zmieniło. Odezwali się do mnie w sprawie Guys & Dolls; powiedzieli »przyjdź«, a ja na to: »Nie idę, nie jestem gotowa!«. Nie mam przygotowanych piosenek na przesłuchania, to straszne! Nie miałam pojęcia, co zaśpiewać! Pamiętam casting do Martin Guerre. Jedną z moich ulubionych piosenek jest »I Remember« Sondheima.

Jest przepiękna, po prostu cudowna. A Claude-Michel Schönberg zapytał: »Co zaśpiewasz?«. Powiedziałam: »Mam I Remember«, na co on: »OK, kto to napisał?«. Odpowiedziałam: »Stephen Sondheim«, a on krzyknął: »Non! To rani moje uszy!«. Pomyślałam: »No i masz!«” – Russell zakłada włosy za ucho i trzęsie się ze śmiechu.

Czy dba o głos, unika alkoholu i papierosów? Jak wygląda jej plan dnia podczas sezonu? „Boże, nie mam żadnego! Rzuciłam palenie, bo uznałam, że Betsy tego nie lubi. Nie piję, bo jestem zbyt wykończona. Nie mam rutyny. A powinnam! Poszłam do Marka Meylona – byłeś kiedyś u niego? To niesamowity nauczyciel śpiewu. Kiedy jechaliśmy z Sunday do Nowego Jorku, pomyślałam: »Wiesz co? Nie chcę wypaść z rytmu. Chcę być w szczytowej formie«. Mark dał mi kasetę, nagrałam to na iPoda. Używałam tego co wieczór przed spektaklem, ale teraz nie mogę tego znaleźć! Nie mam pojęcia, gdzie to jest! Gdybym miała, to bym ćwiczyła” – mówi, ale błysk w jej oku nie do końca mnie przekonuje. „Staram się spać ile wlezie i pić wodę. Ale marnie mi to idzie”.

Mimo tej pozornej nonszalancji i luzu, Russell oferuje bezcenny wgląd w swój proces twórczy (choć wątpię, by użyła tak górnolotnego słowa). „Pamiętam, jak Meryl Streep mówiła, że nigdy nie zagląda do scenariusza wcześniej. Uczyła się kwestii w przyczepie tuż przed wejściem na plan, żeby zachować świeżość. Myślę, że coś w tym jest. Nie martwię się tekstem, ujam, że tam jest. Zawsze zostawiam około 10% występu na to, co wydarzy się spontanicznie na scenie. Lubię wiedzieć mniej więcej co robię – trzymam się wyznaczonych miejsc ze względu na światła – ale daję sobie przestrzeń na zmianę. Czasem te wybory są lepsze, czasem gorsze. Pozwalam, by to, jak się danego dnia czuję lub co mnie spotkało, weszło ze mną na scenę”.

Słychać pukanie i do środka zagląda jakiś facet. „Sprawdzam tylko, czy nie zostawiłem tu kapelusza?” – pyta. „Czego?” – uśmiecha się Russell. „Kapelusza Martina”. „Nie widziałam, sorki kochanie” – odpowiada Jenna. W tej wymianie zdań jest coś, co każe mi wierzyć, że Russell mogłaby urządzić wczoraj w nocy w swojej garderobie herbatkę u Szalonego Kapelusznika.

„Nie lubię być sama” – wyznaje, nagle ciszej. „Lubię te nasze pogaduszki, żarty. To połowa sukcesu w tej robie – ten klimat. Kiedy jesteśmy wszyscy razem, dzielimy się doświadczeniami. Na tym polega teatr, prawda? W jakiej innej pracy możesz mieć przyjaciółkę po osiemdziesiątce, a w następnym projekcie pracować z szesnastolatkiem? To genialne! Brakuje mi tego wspólnego przebywania w kupie”.

W Russell jest coś z Dobrej Wróżki. Może to te popielaty blond, promienny uśmiech albo poczucie humoru – „Sprawdzę tylko, czy dekolt mi nie ucieka!” – rzuca do fotografa. Po godzinie z nią masz wrażenie, że mógłbyś zapytać o wszystko, a ona nie tylko szczerze odpowie, ale otoczy cię opieką i pomoże odnaleźć właściwą drogę. Najlepsi nauczyciele to ci, którzy pomagają ci zrozumieć siebie.

„Gdybym mogła spojrzeć wstecz” – mówi – „powiedziałabym: »Ufaj temu, kim jesteś«. To jedyne, co masz. Twoją wyjątkowość. Do jednego projektu będziesz pasować, do innego nie. Pogódź się z tym. Miej odwagę powiedzieć: »Taka właśnie jestem«. Kiedy jesteś młody, czujesz presję, że musisz być tym przebojowym typem: wysoki pas w śpiewie, chudość, taniec, sztuczne rzęsy i drapieżność. Jeśli to do ciebie pasuje – śmiało. Ale jeśli nie czujesz się w tym dobrze – nie udawaj. Jeśli masz metr pięćdziesiąt i trochę ciałka, też będziesz pracować. Jesteś wtedy ciekawszy. Ktoś cię w końcu dostrzeże. No i odmawiaj. Idź pracować w ciekawsze miejsca, jak Southwark, the Gate czy the Bush. Odrzucaj długie kontrakty. Póki możesz być wolna, bądź wolna. Jedź pracować do Hiszpanii! Zaciągnij się do cyrku! To cię wzbogaci. Szukaj innych ścieżek, dywersyfikuj. Jeśli możesz, zagraj w zwykłej sztuce – to zmienia postrzeganie ciebie przy obsadzaniu musicali. To dziwne, ale tak to działa. To najlepsza praca na świecie. Kocham ją, wciąż jestem w niej zakochana. Potrafi złamać serce; miałam parę lat, gdy traciliśmy zlecenia, gdy nie mogłam dostać się na castingi. To spotyka każdego. Mój agent powiedział wtedy: »Dostaniesz rolę i będziesz tak szczęśliwa właśnie przez to wcześniejsze rozczarowanie«”.

Russell ściska nas wszystkich na pożegnanie i całuje mnie w policzek. Przyznam – jestem oczarowany. Mam nadzieję, że zawsze będzie tak szczęśliwa, a jeśli droga do tego szczęścia znów musi wieść przez rozczarowanie, to niech będzie to bardzo, bardzo krótka opowieść.

Autor: JBR Zdjęcia: Phil Matthews

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS