WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bakersfield Mist, Duchess Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Bakersfield Mist
Duchess Theatre
25 czerwca 2014 r.
3 Gwiazdki
Moim zdaniem mało kontrowersyjne jest stwierdzenie, że każde dzieło sztuki, niezależnie od formy, może wywoływać skrajne reakcje u odbiorców. Każdy z nas patrzy na świat inaczej. W zasadzie jedynym przykładem sztuki – w dowolnym gatunku, od malarstwa i śpiewu, przez aktorstwo, muzykę, literaturę i rzeźbę, aż po taniec czy performance – co do którego panuje powszechna zgoda, wydaje się być zachwycający Dawid Michała Anioła. To dzieło, które potrafi zmienić perspektywę patrzenia na świat i samo życie.
Pomijając jednak Dawida, to właśnie te różnice w odbiorze napędzają sztukę. Krytycy mogą zwrócić uwagę na prace, które w innym przypadku przeszłyby bez echa, albo mogą je doszczętnie zniszczyć.
Wielu artystów za życia nigdy nie doczekało się sławy i uwielbienia, którymi cieszą się pośmiertnie. Częściowo, a może przede wszystkim dlatego, że ówcześni eksperci, krytycy czy liderzy opinii nie polubili, nie zrozumieli lub nie docenili ich twórczości – i głośno o tym mówili. A publiczność im potakiwała.
Idea potęgi, znaczenia i skuteczności eksperckiej opinii w kwestiach artystycznych oraz jej konsekwencje dla samych dzieł, stanowi serce sztuki Stephena Sachsa pt. „Bakersfield Mist”. Spektakl w reżyserii Polly Teale ma właśnie swoją brytyjską premierę na deskach Duchess Theatre.
Kathleen Turner wciela się w rolę Maude – niemal spłukanej, bezrobotnej wdowy mieszkającej w przyczepie kempingowej w Kalifornii, która kupiła obraz w lumpeksie za 3 dolary. Kobieta wierzy, że to przeznaczenie postawiło go na jej drodze i że jest to nieodkryte lub zaginione arcydzieło Jacksona Pollocka.
Maude wynajmuje Lionela (w tej roli Ian McDiarmid), konesera sztuki, aby zbadał jej znalezisko i potwierdził jego autentyczność. Lionel to uosobienie nowojorskiego światka artystycznego: pyszałkowaty, sztywny, wyniosły i arogancki. Zasłynął tym, że wyleciał z pracy po zakupie greckiego posągu, który uznał za przejaw najwyższego kunsztu (arete), podczas gdy zarząd uznał go za kosztowną podróbkę – co nie przeszkadza im nadal pokazywać go płacącym widzom.
Lionel po prostu nie mieści w głowie, by ważne dzieło Pollocka mogło znajdować się w przyczepie w Kalifornii. Ocenia obraz w mgnieniu oka i ogłasza go fałszerstwem. Maude jednak nie odpuszcza, przedstawiając dość przekonujące dowody na pierwszy rzut oka wskazujące na rękę Pollocka. Jednak Lionel, po swojej pobieżnej, „eksperckiej” analizie, nie daje się przekonać.
Po serii potyczek słownych, starciu z imponującym nożem rzeźbiarskim, niemrawej próbie uwiedzenia i chwili rachunku sumienia, Lionel ucieka. Obraz zostaje uznany za falsyfikat, choć taki, za który zagraniczny miliarder jest gotów zapłacić 2 miliony dolarów.
Maude jednak nie chce sprzedać – ona wierzy w ten obraz. Gdy sztuka dobiega końca, a słońce za oknem zaczyna zachodzić, dostrzegamy blask, w jakim ona widzi swoje dzieło.
Czy argumenty Maude za tym, że obraz to prawdziwy Pollock, są mniej lub bardziej przekonujące niż absolutna pewność Lionela o nieomylności jego koneserskiego oka? I czy to w ogóle ma znaczenie? Czy piękno i siła tkwią w samym dziele, czy w tym, kto je stworzył? Czy obraz zyskuje na znaczeniu nie przez to, czym jest lub jak wpływa na widza, ale przez nazwisko domniemanego autora? Szczególnie gdy żadna ze stron nie może mieć stuprocentowej pewności.
To ważne i fascynujące zagadnienia. Leżą one u podstaw niekończącej się debaty o tym, czy William Szekspir rzeczywiście napisał wszystkie przypisywane mu sztuki. To ma znaczenie.
Jednak sztuka Sachsa już niekoniecznie. Jest za długa, zbyt ociężała i nazbyt pretensjonalna. Znajdziemy tu może 40 minut dobrego materiału, który gdyby nie został przysłonięty zbędnymi wątkami, mógłby stanowić ciekawe doświadczenie teatralne.
Niestety Sachs oblewa sedno sprawy wiadrami sentymentalnej historii z przeszłości Maude i Lionela. Widz zostaje z teatralnym odpowiednikiem wielkiej formy do zapiekania pełnej mdłego sosu, w którym pływają dwa smaczne klopsy. Amerykanie mają nieskończoną potrzebę publicznej autoanalizy i samousprawiedliwiania się, ale epatowanie tym przez bohaterów w sposób tak wszechobecny jak tutaj, nie jest ani potrzebne, ani owocne.
Pierwszy z „klopsów”, Kathleen Turner jako Maude, to prawdziwa uczta – pikantna, wyrazista kreacja, którą należy się delektować. To postać szorstka, ale „wykonana” z najlepszych składników. Turner jako witalna, soczysta Maude to połączenie Beatrice Arthur (innej słynnej Maude) i Roseanne Barr z nutką Bei Smith z „Więźniarek”. Oglądanie jej to czysta przyjemność. Atakuje rolę z odwagą i polotem, tworząc postać autentyczną i zapadającą w pamięć. Jej zachrypnięty głos idealnie pasuje do przekleństw rzucanych w stylu Maude, a jej dzika fizyczność jest bezbłędna. Pod tą szoarską powłoką kryje się dociekliwy umysł, zmęczony beznadzieją życia, ale wciąż zdolny do zaskoczeń – jak w scenie z odciskiem palca godnej Poirota czy popisowej walce z nożem.
Jeśli chodzi o drugi „klops”, Ian McDiarmid nie serwuje potrawy tej samej jakości. Jego postać jest nieco wybrakowana, źle złożona (wiemy, że to klops tylko dlatego, że ciągle nam to powtarza) i choć bywają momenty przebłysku prawdziwego charakteru, ogólne wrażenie jest przesadzone i bezbarwne. McDiarmid potrafi być genialny w odpowiedniej roli, ale to nie jest jedna z nich. Gra zbyt manierycznie, przez co Lionel ani przez chwilę nie wydaje się prawdziwy czy spójny. Częściowo winne jest pisarstwo, ale głównie to kwestia samej gry.
W programie znajduje się zdjęcie McDiarmida z prób, na którym ma minę pełną skonsternowania i oburzenia. Podpis mógłby brzmieć po prostu „O co tu chodzi?”. I to w zasadzie podsumowuje jego występ. Nie wszystko jest złe, to raczej danie słodko-kwaśne. Monolog McDiarmida o wielkości Pollocka i jego technice pracy jest wspaniały, podobnie jak wspomnienie odkrycia greckiego posągu i koncepcji arête. Jednak inne kwestie o jego życiu prywatnym i kompleksach brzmią jak z opery mydlanej i psują efekt jego lepszych momentów.
Jako szefowa kuchni, Polly Teale powinna wrócić do planowania jadłospisu. Składniki są dobre, ale menu wymaga cięć. Skrócenie przegadanej sztuki Sachsa mogłoby wydobyć z niej coś naprawdę wartościowego.
Zaznaczę jednak, że oprawa jest znakomita: scenografia Toma Pipera jest precyzyjna i ponura, świetnie oddając realia życia Maude w obskurnej przyczepie. Z kolei oświetlenie Olivera Fenwicka zachwyca w kluczowej, ostatniej scenie.
Mimo wszystko, to popis Kathleen Turner i dla niej warto ten spektakl zobaczyć.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności