WIADOMOŚCI
RECENZJA: Damn Yankees w Landor Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Damn Yankees. Fot. Roy Tan Damn Yankees Landor Theatre 12 października 2014 3 gwiazdki
Musical „Damn Yankees” to spektakl, który w dzisiejszym Londynie niełatwo jest wystawić z sukcesem. Po pierwsze, u jego podstaw leży dość niezrozumiała dla nas miłość do baseballu. Po drugie, choć osadzony w pozornie realistycznych realiach lat 50., opiera się na legendzie o Fauście i wprowadza postacie z piekła rodem oraz magiczne zjawiska. Po trzecie, odważniejsze obyczajowo elementy, które mogły szokować podczas premiery na Broadwayu w 1955 roku, dawno już zostały przyćmione przez rewolucję seksualną lat 60. i dekad kolejnych.
W Landor Theatre możemy obecnie oglądać wznowienie „Damn Yankees” w reżyserii pełnego inwencji i energii Roberta McWhira. Twórca ten stara się ominąć wrodzone trudności sztuki, mimo skromnego budżetu, stawiając na urok, frywolną zabawę i sporą dawkę łagodnej kpiarskiej ironii.
To niemądra, ale wdzięczna historia. Starzejący się fan baseballu z nadwagą zostaje odwiedzony przez Diabła, który oferuje mu układ: dusza w zamian za szansę na odmienienie losu jego ukochanej, lecz wiecznie przegrywającej drużyny. Umowa staje się faktem – kibic odmładza się o kilkanaście lat, odzyskuje formę i zyskuje niesamowite umiejętności sportowe. Dołącza do swojej ulubionej, dotąd beznadziejnej drużyny i dzięki „diabelskim” zdolnościom prowadzi ją na szczyt tabeli. W międzyczasie Diabeł ściąga z piekielnej rewii swoją najlepszą kusicielkę, Lolę, i wysyła ją, by uwiodła bohatera. Cel? Sprawić, by zapomniał o dawnym życiu i żonie, a jego dusza przepadła na wieki. Jednak potęga prawdziwej miłości jest silniejsza – Diabeł zostaje pokonany, drużyna wygrywa, a kibic odzyskuje swoją dawną postać. Tak jest – miłość i baseball mogą pokonać samego czarta.
Na szczęście dość przeciętne libretto (autorstwa George’a Abbotta i Douglassa Wallopa) ratuje znakomita ścieżka dźwiękowa i teksty piosenek Richarda Adlera i Jerry’ego Rossa. To właśnie z tego show pochodzi wielki hit „Heart”. Znajdziemy tu też piękne ballady oraz dwa porywające numery Loli: „A Little Brains, A Little Talent” oraz „Whatever Lola Wants”.
Z uwagi na kameralność Landor Theatre, zachowanie balansu między muzykami a solistami nie zawsze jest łatwe. Mały zespół pod kierownictwem Michaela Webborna nie zawsze zdaje się pamiętać o tej równowadze, co słychać szczególnie w partiach żeńskich. Większa dbałość w tym zakresie z pewnością przyniosłaby lepsze efekty.
Asem w rękawie tej inscenizacji jest Robbie O’Reilly, którego świeża i angażująca choreografia ożywia cały spektakl i nadaje mu – nomen omen – serce. Znalazł on sposób na wprowadzenie odważniejszych akcentów, przygotowując dla młodego, sprawnego zespołu numer, w którym ubrani jedynie w białe ręczniki panowie wirują i paradują, śpiewając z wielkim zapałem. Chłopaki spisali się na medal – to układ godny samej Gypsy Rose Lee.
W roli Diabła (Mr Applegate) Jonathan D Ellis zaprezentował się jako gładki, buzujący złością czarny charakter niczym z klasycznej pantomimy; szczególnie do gustu przypadła mi jego fryzura a la Lily Munster. Ellis jest po części domokrążcą-naciągaczem, maniakiem, scenicznym złodziejem uwagi i klaunem – z dość oszczędnego momentami scenariusza wyciska każdą możliwą salwę śmiechu. Jego wielki numer z drugiego aktu, „Those Were The Good Old Days”, jest (jak sam mówi w trakcie piosenki) wart samej ceny biletu. Udowodnił też, że świetnie radzi sobie z improwizacją, bezlitośnie punktując młodego widza, który popełnił błąd, przechodząc przez scenę do toalety w trakcie trwania jednej z jego scen.
Poppy Tierney stworzyła postać soczystej i dąsającej się Loli. Śpiewała i tańczyła przekonująco, dobrze czując komediowy sznyt swojej postaci. O’Reilly mógłby co prawda nieco mocniej przesunąć granice w jej układach, mocniej akcentując seksualny aspekt misji Loli, ale to właściwie drobiazg. Tierney sprawnie pokazała wewnętrzne sprzeczności bohaterki, a moment, w którym obraca się przeciwko Diabłu, został podbudowany solidną grą aktorską.
Jako Joe Hardy – kibic, który zawarł pakt z czartem – świeżo upieczony absolwent Alex Lodge posiada wszystkie atuty idealnego amanta: jest przystojny, bije z niego styl i urok, a do tego dysponuje pięknym głosem. Na tym etapie kariery byłby idealnym Mariusem w „Les Misérables”. Ale Joe to nie Marius – to człowiek, który swoje przeżył i który tak kocha sport, że gotów jest oddać duszę. To mężczyzna z bagażem doświadczeń.
Lodge radzi sobie z rolą całkiem dobrze, choć odnosi się wrażenie, że nie do końca ufa sobie na scenie – boi się zaryzykować, mocniej „wyciągnąć” postać czy w pełni podeprzeć głos podczas śpiewu. Szkoda, bo widać w nim ogromny potencjał i przy większej pewności siebie oraz szlifie technicznym stanie się wybitnym wykonawcą.
Szczególnie udane były jego ciche partie śpiewane, zabrakło jednak nieco chemii między nim a Lolą oraz między nim a żoną, Meg (Nova Skipp). Na barkach Joe Hardy’ego spoczywa spory ciężar spektaklu, bo to właśnie w jego relacjach – z żoną, kolegami z boiska, Lolą i Diabłem – tkwi motor napędowy akcji. Lodge wywiązuje się z tego zadania poprawnie i stanowi solidny filar produkcji.
Na pochwałę zasługują również Tony Stansfield, Leah Pinney i Sophie May Whitfield. Cały męski zespół pracuje ciężko i z niesamowitą energią, ale wyróżniają się zwłaszcza Kiel Payton (warto go obserwować) oraz Barnaby Hughes. Specjalne wyróżnienie należy się Benowi Sellowi i Samowi Stonesowi za fryzury, które same w sobie zasługują na osobne ukłony.
W programie zabrakło informacji o scenografii, więc prawdopodobnie odpowiada za nią sam McWhir. Jak zwykle jest pomysłowo – ograniczona przestrzeń została wykorzystana efektywnie i kolorowo. Kostiumy są zabawne i urocze. Oświetlenie Richarda Lamberta zdecydowanie wzbogaca odbiór; zawsze miło widzieć reżysera światła, który nie boi się budować humoru za pomocą lamp.
Podobnie jak Union Theatre, Landor wciąż przybliża londyńskiej publiczności nowe lub zapomniane musicale, dając szansę młodym talentom prosto po szkołach teatralnych. Jeśli nie znacie „Damn Yankees” – albo nawet jeśli znacie – wpadnijcie do Landor Theatre. Jest tam naprawdę mnóstwo rzeczy, które warto docenić.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności