WIADOMOŚCI
RECENZJA: Evita w Dominion Theatre ✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Evita Dominion Theatre 20 września 2014 1 gwiazdka Dominion Theatre przeszedł gruntowny i staranny remont. Budynek zachwyca pod każdym względem, przywołując atmosferę nowojorskiego Palace Theatre, położonego tuż przy Times Square. Obecnie, za niebagatelną kwotę 67,50 funtów, można nabyć bilet na parterze (poza strefą Premium), by obejrzeć wznowienie musicalu Evita – słynnego dzieła Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice'a z 1978 roku, tym razem w inscenizacji Boba Thomsona i Billa Kenwrighta.
Wchodzicie tam jednak na własną odpowiedzialność.
Moim zdaniem to najgorsza produkcja musicalowa, jaką kiedykolwiek wystawiono na West Endzie. Sprawia, że człowiek zaczyna z tęsknotą wspominać porażkę „Too Close To The Sun”.
Wyobraźcie sobie, o ile to możliwe, że jesteście dzieckiem czytającym ulubioną książkę w ogrodzie babci – w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Nagle wokół wybuchają granaty, atakując was falami dźwiękowymi, które świdrują mózg i przeszywają całe ciało aż po czubki palców z nieustającą furią, zdolną kruszyć skały. Jednocześnie wasza babcia – osoba, którą od lat kochacie i podziwiacie, obserwując, jak z wdziękiem dojrzewa – zmienia się nie do poznania. Staje się ostra, szorstka, pozbawiona klasy i delikatności, beznadziejnie nijaka, jednostajna i emanująca grozą. Czujecie, jakbyście tonęli w ruchomych piaskach; nie możecie złapać oddechu, a każdy wydech jest jedynym wysiłkiem, na jaki was stać. To tak, jakby samo piekło upomniało się o was i nie chciało puścić.
Jeśli potraficie to sobie wyobrazić, nie musicie oglądać tego wznowienia Evity. Bo właśnie takie emocje ona budzi.
Pod względem muzycznym to widowisko kuleje na każdym kroku. Orkiestracje w tej przestrzeni brzmią pusto i banalnie; niemal nikt nie śpiewa czysto ani z odpowiednią frazą – muzyka całkowicie przestała służyć opowiadaniu historii. Wszystko jest grane forte, a najczęściej triple forte. David Steadman figuruje w programie jako kierownik muzyczny – po tym, co usłyszałem, powinien natychmiast oddać batutę i zostać zesłany na bezludną wysepkę przy Islandii, by intonować chorały gregoriańskie. Projekt dźwięku autorstwa Dana Samsona dopełnia tego słuchowego ataku. Śpiewacy ryczą, co jest jeszcze nadmiernie potęgowane przez nagłośnienie. Jest to w równym stopniu groteskowe, co upiorne.
Słuchanie tak genialnej partytury potraktowanej w ten sposób to czysta tortura. Przy tym seansie waterboarding wydaje się spacerkiem po parku.
Dopiero w drugim akcie, podczas utworu „Rainbow Tour”, pojawiają się męskie głosy o odpowiedniej barwie, klarowności i cieple, dające poczucie, że wykonawcy rozumieją tekst i starają się przekazać idące za nim emocje. Tymi wyjątkami są Joel Elferink i Joe Maxwell w rolach ministrów – a więc nie są to role pierwszoplanowe. (Będąc skrupulatnie uczciwym, Elferink już wcześniej w jednej solowej linijce pokazał swoje umiejętności). Żaden z głównych aktorów nie dorasta im do pięt i doprawdy trudno pojąć, dlaczego Elferink nie gra roli Che.
Roli tej podjął się bowiem Marti Pellow, a w jego występie nie ma nic, co zasługiwałoby na akceptację. Notorycznie nie trafia w dźwięki, śpiewa bez siły i stylu, a z litościwego „lakonicznego” podejścia, które rzekomo ma pasować do jego fałszowania, zostaje tylko to ostatnie. Wokalnie uprawia coś na kształt „jęczącego crooningu”, co jest bolesne dla ucha i sprawia, że tekst staje się całkowicie niezrozumiały.
Jako Peron, Matthew Cammelle prezentuje się jak uroczy kawałek drewna. W jego kreacji nie ma ani przebiegłości, ani politycznego zacięcia, ani nawet krzty życia. Owszem, czasem huknie ładniejszą nutą, ale Peron to rola wymagająca utalentowanego aktora, a nie tylko sprawnego krzykacza.
Ben Forster dysponuje imponującym głosem, ale jako Magaldi jest całkowicie jednowymiarowy. Śpiewa w trybie „popisów z X-Factora”, zapominając o teatrze muzycznym. To, co mogło być świetne, jest po prostu nudne. Pod okiem sprawnego reżysera mógłby być przekonującym Magaldim.
Sarah McNicholas ma słodki głos i bez trudu zapewnia najlepszy moment wieczoru w „Another Suitcase In Another Hall”. Ale „najlepszy” w tym kontekście wcale nie oznacza „dobry”. McNicholas wydaje się zupełnie odcięta od dramatyzmu chwili i emocji utworu – to kolejny moment rodem z talent-show.
Madalena Alberto nie jest aktorką i to definiuje jej rolę Evy. Nie pomaga jej też sztuczne, pozbawione pasji podejście reżyserskie. Gdyby ktoś nie wiedział, że Eva zmarła na raka szyjki macicy, po tym spektaklu na pewno by się dowiedział – tak oczywiste i toporne są sygnały, które Alberto musi wysyłać publiczności. Problemem nie jest tylko nadekspresja, ale brak blasku, wdzięku i zdolności uwodzenia. Brakuje jej charyzmy wielkiej gwiazdy, którą Eva musi emanować w każdej sekundzie.
Głos Alberto brzmi dobrze tylko w górnych rejestrach typu „belt”, ale na tym koniec; dół i środek skali, w których osadzona jest większa część partytury pozwalająca pokazać wielowymiarowość Evy, są po prostu za słabe. Wykonawczyni nie potrafi operować miękką barwą ani kontrastem. Jeśli w „Rainbow High” musisz uciekać się do melorecytacji w stylu Rexa Harrisona, to znaczy, że pomyliłaś przedstawienia. I kiedy ostatnio widzieliście inscenizację „Evity”, w której nikt nie bił brawa po „Don’t Cry For Me Argentina”, mimo że scena była ustawiona pod owacje? Piskliwe pokrzykiwanie nie czyni nikogo Evitą.
Zespół pracuje bardzo ciężko i prezentuje się dobrze. Z werwą wykonują choreografię Billa Deamera, nawet w jej najbardziej niedorzecznych fragmentach. Ich głosy zlewają się w jedną ścianę dźwięku, ale to raczej wina reżyserii i nagłośnienia niż ich braku umiejętności. Dykcja najwyraźniej nie interesowała nikogo z ekipy realizatorskiej.
Choć w scenografii i kostiumach nie ma nic odkrywczego, Matthew Wright zasługuje na uznanie za nadzorowanie tych aspektów produkcji, które wyglądają najbardziej profesjonalnie. Reżyseria światła Marka Howetta również stoi na wysokim poziomie.
Reżyseria i ogólna koncepcja tego spektaklu wymykają się logice. Patrząc na całość, można by pomyśleć, że to dzieło uczniów podstawówki próbujących tworzyć musical w obcym języku. Che wspomina w pewnym momencie „Rainbow High” o „teatralnym rynsztoku” i ma się wrażenie, że to właśnie ta fraza była głównym punktem odniesienia dla Thomsona i Kenwrighta. Jeśli tak, to trafili w samą dziesiątkę.
Co prawda publiczność zgotowała obsadzie owację na stojąco, entuzjastycznie nagradzając Forstera i Pellowa, a Alberto wyraźnie się podobała. Z drugiej strony, znaczna część widzów uciekła w trakcie przerwy. Może to ci, którzy o „Evicie” wiedzieli coś więcej?
Gdyby ktoś dziś rano zapytał mnie, czy jakakolwiek produkcja Andrew Lloyda Webbera mogłaby sprawić, że zatęsknię za „Stephenem Wardem”, wyśmiałbym go z pogardą. Ta inscenizacja Evity uświadomiła mi, jak bardzo się myliłem.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności