Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Follies w National Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Obsada Follies Follies

National Theatre,

8 września 2017

5 Gwiazdek

Bilety na Follies – zarezerwuj teraz

„Folly” to fascynująca koncepcja – od wieków intryguje zachodni umysł, poczynając od filozoficznych rozważań Erazma z Rotterdamu, poprzez sztuczne konstrukcje zdobiące posiadłości w Stowe, Stourhead, Ermenonville i Wersalu, aż po XIX-wieczne paryskie teatrzyki rewiowe. Wreszcie docieramy do obszaru, który jest głównym tematem tego epickiego musicalu: wystawnych i kosztownych broadwayowskich rewii Florenza Ziegfelda z początku XX wieku.

Josephine Barstow (Heidi), Gemma Page (Sandra), Janie Dee (Phyllis), Geraldine Fitzgerald (Solange), Tracie Bennett (Carlotta) w musicalu Follies

Co ciekawe, wiele czasu poświęcono na rozważania, czy to dzieło z muzyką i tekstami Stephena Sondheima oraz librettem (a przynajmniej „scenami”) Jamesa Goldmana, jest „prawdziwym” musicalem, czy tylko jakąś zdumiewającą, hybrydową porażką. Jego oryginalny producent, Harold Prince, określił go mianem „długo granej klapy”. Choć te praktyczne pytania mają swoje uzasadnienie, odwracają uwagę od faktycznej dyskusji, jaką prowokuje utwór oparty na postaci fikcyjnego impresaria, Dimitriego Weismanna. W przeciwieństwie do wielkiego „Ziggi’ego”, który zmarł w latach 30., Weismann dożywa początku lat 70. – akurat by ostatni raz spojrzeć na niszczejące szczątki swojego dawnego królestwa, zanim zostanie zrównane z ziemią pod coś bardziej nowoczesnego. Zwołuje on pod ten walący się dach dawne gwiazdy swojego zespołu na pożegnalne przyjęcie – gest nieco makabryczny i niezbyt typowy dla glamouru świata teatru. Mniejsza o to. Nikt tutaj nie zamierza pozwolić rzeczywistości zepsuć nam delektowania się tą osobliwą kompozycją.

Imelda Staunton jako Sally i Janie Dee jako Phyllis w musicalu Follies

Do licznych ról zaangażowano imponującą plejadę talentów. Janie Dee jest olśniewająco przekonująca jako tancerka rewiowa Phyllis, która awansowała na wyżyny drabiny społecznej i nigdy nie zapomniała, że każda chwila jej życia jest – i musi być – występem. W genialnej choreografii Billa Deamera, która ożywia scenę trafnymi i zaskakującymi formami, jej wielki numer „The Story of Lucy and Jessie” niemal wykrada całe show. Jej triumf kontrastuje z przyziemnym losem biednej Sally, której Imelda Staunton nadaje poczciwy, choć gorączkowy rys postaci, tracącej kontakt z magią teatru w bardziej prozaiczny sposób. Staunton śpiewa najsłynniejszy numer widowiska, „Losing My Mind”, z całą gamą złożonych emocji, pozwalając swojemu głosowi osunąć się w szorstki gniew, podczas gdy znakomita orkiestra Nigela Lilleya, w bogatych aranżacjach Jonathana Tunicka (nieco okrojonych przez Josha Claytona), nuci z omdlewającą pasją, tęskniąc za bezpowrotnie utraconą przeszłością.

Philip Quast jako Ben Stone w musicalu Follies

Idea równoległych żyć, lustrzanych odbić, kontrastów i odwróceń odważnie przewija się przez całą galerię postaci. Panie odnajdują swoje przeciwieństwa w kolejnych mężczyznach: Phyllis ma za męża Bena, odnoszącego sukcesy polityka, któremu Philip Quast nadaje magnetyzujący, choć celowo opryskliwy charakter, a także tylu kochanków, ilu uzna za stosowne. Sally oddana jest mężowi, Buddy’emu (poczciwie wykreowanemu przez Petera Forbesa), ale lgnie ku znacznie bardziej niebezpiecznym rejonom, w tym ku mężowi swojej dawnej koleżanki z estrady, Phyllis. Może się to wydawać nierozsądnym ruchem – i rzeczywiście, to czyste szaleństwo (pure folly).

Di Botcher jako Hattie Walker w musicalu Follies

Innym postaciom wiedzie się niewiele lepiej. Rzeczowa i ewidentnie odnosząca większe sukcesy Hattie (Di Botcher) śpiewa o niezłomnym optymizmie samotnej i ubogiej dziewczyny z chóru w „Broadway Baby”, podczas gdy gwiazda filmowa Carlotta Campion (Tracie Bennett) raczy nas suto zakrapianym wyliczaniem swoich licznych zmagań w „I'm Still Here”. Każdy numer, a jest ich ponad dwadzieścia, to właściwie samodzielna miniatura, w której postać rozwija jakiś istotny aspekt swojego życia, przeszłego lub obecnego. Ale obok siebie egzystują tu nie tylko dwie epoki; strefy czasowe generują własnych ludzi. Scenę wypełniają wspaniale odziane „duchy” dawnych wcieleń bohaterów. To trudny do zrealizowania koncept, a ponieważ muszą one śpiewać, tańczyć, a nawet w pewien sposób wchodzić w interakcję z „żywymi”, spektakl dryfuje w stronę studium tożsamości, śmiertelności, pamięci i iluzji. Przy braku jednego centralnego punktu, Goldman ma niełatwe zadanie, by utrzymać tę grę w ryzach, ale konsekwentnie prze do przodu, nawet jeśli nie zawsze udaje mu się płynnie połączyć wszystkie wątki.

Zizi Strallen jako młoda Phyllis, Alex Young jako młoda Sally, Fred Haid jako młody Buddy i Adam Rhys-Charles jako młody Ben w musicalu Follies

Chór nie jest jednak wszechobecny. Czasem się pojawia, czasem znika, a powód tego nie jest do końca jasny. Nie ma to jednak większego znaczenia, choć pozostaje jedną z zagadek tego dzieła: kim naprawdę są te postaci i co u licha robią w tym budynku? Na te pytania trzeba odpowiedzieć sobie samemu lub po prostu przestać o nich myśleć. Każda z tych postaw się sprawdzi. Widz musi być jednak zaangażowany; nie można po prostu siedzieć i pozwolić, by widowisko obmywało nas jak deszcz dżinu i wody lawendowej. Momentami, jak wtedy, gdy wielka Josephine Barstow – genialnie obsadzona jako Heidi Schiller – śpiewa wielkiego walca „One More Kiss” w duecie ze swoim alter ego (o aksamitnym głosie Alison Langer), wszystkie nitki intrygi splatają się i przez kilka chwil czujemy, że w pełni rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Potem, jak zawsze, chwila mija, czar pryska, ale pozostaje w nas przenikliwe uczucie, że – choć przez ułamek sekundy – pojęliśmy coś ważnego. I to może być właśnie klucz do zrozumienia tego utworu.

Emily Langham jako młoda Carlotta w musicalu Follies

Choć spektakl ten, jak wiele arcydzieł Sondheima, powracał wielokrotnie na sceny brytyjskie i amerykańskie, a jego poszczególne elementy zachwycały, całość zawsze stanowiła wyzwanie dla tych, którzy próbowali uczynić z niej „poprawny” musical. Teraz, w rozbuchanej inscenizacji Dominica Cooke’a w Olivier Theatre, dzieło otrzymuje szansę, by skłonić nas do głębszych pytań; staje się sztuką „w formie broadwayowskiego pastiszu”. I tak zabiera nas w tę niezwykłą podróż. Dzięki gigantycznej scenografii i wystawnym kostiumom Vicki Mortimer, scena tętni wizjami dawnej świetności, zderzającymi się z surowymi zapowiedziami nowoczesnego świata, który zaraz ją pochłonie: kamery telewizyjne, mikrofony, podkładki z notatkami. (Tak, scena obrotowa kręci się może o kilka razy za dużo, ale to kwestia dopracowania).

Tracie Bennett jako Carlotta Campion w musicalu Follies

Wszystko słyszymy doskonale dzięki nagłośnieniu Paula Groothiusa i widzimy w cudownej grze świateł i cieni Paule Constable. To inteligentne i zręcznie wykonane przedsięwzięcie. Gdy pędzimy ku niepewnej przyszłości, powinniśmy się zastanowić: czy patrząc wstecz na nasze życie, będziemy potrafili zrobić to z taką klasą i polotem jak bohaterowie Follies? Czy może przyjdzie nam śpiewać zupełnie inne piosenki?

Zobacz zdjęcia z produkcji Follies w National Theatre.

BILETY NA FOLLIES

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS