Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Gypsy, Chichester Festival Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Imelda Staunton jako Mama Rose. Zdjęcie: Johan Persson Gypsy Chichester Festival Theatre 11 października 2014 5 Gwiazdek

W 1959 roku na Broadwayu zadebiutował spektakl stworzony z myślą o charyzmatycznej gwiazdorce Ethel Merman, który doczekał się ponad 700 przedstawień. Gypsy mogło poszczycić się melodyjną, porywającą muzyką Jule'a Stynea, tekstami piosenek młodego Stephena Sondheima (Merman nie zgodziła się, by muzykę pisał nowicjusz) oraz reżyserią i choreografią Jerome'a Robbinsa. Mimo ośmiu nominacji, spektakl nie zdobył ani jednej nagrody Tony.

Czternaście lat później Elaine Stritch miała zagrać główną rolę Mamy Rose w produkcji na West Endzie, jednak nie udało się zebrać funduszy. Rolę przejęła Angela Lansbury, a spektakl został przeniesiony na Broadway, gdzie artystka triumfowała, zdobywając nagrodę Tony.

Od tego czasu postać Mamy Rose stała się polem do popisu dla największych diw Broadwayu: Tyne Daly, Betty Buckley, Bernadette Peters, Patti Lupone, Tovah Feldshuh i Caroline O’Connor. Warto zauważyć, że Bernadette Peters nie zdobyła nagrody za kreację Rose, ale produkcja w reżyserii Sama Mendesa, w której wystąpiła, była wystawiana o 120 spektakli (czyli 15 tygodni) dłużej niż obsypana nagrodami inscenizacja Arthura Laurentsa z Patti Lupone.

Wielu sceptyków uważa, że Gypsy nie może istnieć bez odtwórczyni roli Rose w typie Merman czy Lupone; to ci sami ludzie, którzy przekreślają występ Peters, bo nie ma ona „odpowiedniej barwy głosu”. Nie rozumieją oni, że Mama Rose to postać w niezwykłym dziele teatru muzycznego, a sposobów na jej interpretację jest mnóstwo, ponieważ jest to kobieta skomplikowana, trudna, zdeterminowana i absolutnie wyjątkowa. Nie jest wyłącznie potworem dającym wokalistkom okazję do wykrzyczenia wielkich hitów. Lansbury, Daly, Peters i O’Connor doskonale to pojęły, tworząc tętniące życiem, niezwykłe kreacje. W pewnym stopniu zrobiła to też Lupone, choć mocno osadziła swoją Rose w nurcie krzykliwej, musicalowej diwy.

Zadziwiająca Imelda Staunton występuje obecnie jako Mama Rose we wznowieniu Gypsy w Chichester Festival Theatre. Spektakl reżyseruje Jonathan Kent, scenografię przygotował Anthony Ward, kierownictwo muzyczne objął Nicholas Skilbeck, a ze stylową (i w dużej mierze oryginalną) choreografią zmierzył się niestrudzony Stephen Mear.

To widowisko piękne, zabawne, fantastycznie wyśpiewane, wzruszające i podnoszące na duchu – tak bliskie doskonałości, jak to tylko możliwe w przypadku Gypsy. Mamy do czynienia z jedną z najlepszych inscenizacji w historii jednego z największych musicali wszech czasów.

Wszystko w wizji Kenta współgra idealnie, kierując uwagę tam, gdzie powinna być: na historię oraz motywacje i pragnienia bohaterów – wszystkich, nie tylko głównej trójki. Scenografia Warda pozwala odczuć ducha teatralności i wodewilu w sposób stały, ale nienachalny. Po bokach sceny znajduje się staroświecki, lecz pełen energii łuk prosceniowy, na którym pojawiają się tabliczki informujące widzów o charakterze sceny – współczesny odpowiednik skąpo ubranych ingenue zmieniających tablice z numerami popisów.

Tradycyjne podejście do scenografii – z dużą liczbą ruchomych platform – wzmacnia poczucie epoki, w której osadzona jest akcja. Jednak w kluczowych momentach Ward wykorzystuje zapadnie i podnośniki, by zaskoczyć widza, dodać scenom uroku, powagi lub podkreślić magiczne chwile. Kostiumy są znakomite; każdy wygląda świetnie, nawet gdy celowo ma prezentować się marnie. Krowa to prawdziwe arcydzieło. A kiedy Gypsy Rose Lee w pełni rozkwita, jej kreacje są po prostu sensacyjne.

Skilbeck wykonuje świetną robotę w kanale orkiestrowym, a jego aranżacje nadrabiają brak wystarczającej liczby instrumentów smyczkowych. Partytura ta bardzo zyskuje dzięki smyczkom i ich brak był odczuwalny, jednak dzięki Skilbeckowi bogata muzyka nigdy nie brzmiała płasko ani skromnie. Tempa były energiczne, a dykcja całego zespołu znakomita – nie umknęło ani jedno słowo. Gra orkiestry jest wysmakowana i sprawia ogromną przyjemność.

Mear wykonał kolosalną pracę nad ruchem. Numer Tulsy „All I Need Is The Girl” zapiera dech w piersiach, w pełni oddając marzenia, polot, styl i potencjał bohatera. Dan Burton, emanujący męskością i elegancją, wykonuje każdy krok perfekcyjnie, a cały numer po prostu lśni. Rzadko zdarza się, by pierwszy akt musicalu kończył się tak mocnym „showstopperem”, ale dzięki Burtonowi i Mearowi, tak właśnie się dzieje.

Mear wykazał się szczególną intuicją, sprawiając, że choreografia dziecięcej trupy Mamy Rose wygląda tak, jakby to ona sama ją wymyśliła, a nie profesjonalista. Taka dbałość o detale sprawia, że te sceny są jeszcze bardziej ekscytujące. Cały ruch sceniczny jest doskonały, ale szczególną radość sprawiają „Small World”, „Mr Goldstone”, „Rose’s Turn” oraz „You Gotta Get A Gimmick” (gdzie Mear przywołał oryginalną choreografię Robbinsa).

Lara Pulver jest rewelacyjna jako Louise/Gypsy. W pierwszym akcie nie przykuwa uwagi, zadowolona z roli tej „zapomnianej” córki. Jej wykonanie „Little Lamb” jest łagodne i piękne. Gdy patrzy na tańczącego Tulsę, jej oczy zdradzają głód bycia zauważoną. W drugim akcie powoli przejmuje stery nad własnym życiem; świetna, kluczowa scena z Anitą Combe (idealna jako Tessie Tura) pokazuje, jak zrywa z zależnością od matki. Transformacja postępuje szybko, aż do zachwycającego momentu przed lustrem, gdy Louise w końcu akceptuje własną urodę. Pulver prowadzi proces narodzin gwiazdy burleski z wdziękiem i subtelnością, a przejście od przerażonej debiutantki do świadomej diwy jest tak wielowarstwowe, jak studium szaleństwa Króla Leara.

To owocuje sukcesem nie tylko dla niej, ale i dla Staunton. Pulver gwarantuje, że jej Gypsy nie pójdzie w ślady matki. Potrafi jej wybaczyć – i robi to. Finałowa scena między nimi jest hipnotyzująca; zapowiada przyszłość, która nie musi być tak mroczna jak przeszłość. Gypsy nie zawsze kończy się nutą nadziei, ale w tej produkcji jest to zdecydowanie właściwy ton, co Kent pokazuje z krystaliczną czystością. Pulver jest tu kluczowym elementem.

Herbie to trudna rola; jest jednocześnie kluczowy i niepozorny. Aktor nie ma tu wielkiego pola do popisu, ale postać musi budzić sympatię, by widz uwierzył w jego relację z Rose. Kevin Whately radzi sobie bardzo dobrze, głównie dzięki staraniom Staunton, która sprawia, że jej uwodzenie Herbiego i potrzeba jego bliskości są ludzkie i zrozumiałe. Aktor świetnie wykorzystuje swoją naturalną łagodność.

Gemma Sutton jako rozpieszczona June to fantastyczna, dąsająca się, różowa kula energetycznej okropności. Szczególnie trafnym pomysłem było nadanie dziecięcym aktorom manier, które później przejmują dorośli wykonawcy tych samych ról. Scena przejścia między dziecięcymi a dorosłymi artystami jest wykonana po mistrzowsku.

Wszystkie mniejsze role zagrano z wielkim kunsztem; nie ma tu słabych punktów. Julie Legrand jako panna Cratchitt jest rewelacyjnym uosobieniem pogardy i chłodnej uprzejmości – jej sposób mówienia jest tak samo sztywny jak jej fryzura. Jack Chissick jako apoplektyczny pan Goldstone to czysta radość, a Harry Dickman wyciska wszystko, co możliwe, z roli Popa.

Nigdy nie widziałem trio striptizerek tak angażujących i fantastycznych jak te dobrane przez Kenta. Mazeppa w wykonaniu Louise Gold jest wspaniała pod każdym względem – wokalnym, fizycznym i charyzmatycznym. Anita Combe jako nieco roztargniona Tessie o złotym sercu to ideał (każdy żart trafia w punkt), a śpiewa i tańczy z niezwykłym animuszem. Legrande w roli oszałamiającej Electry lśni w każdej sekundzie swojej obecności na scenie.

Najpiękniejsze i być może najbardziej niezwykłe w tym trio jest to, że one naprawdę stanowią zespół. Te trzy kobiety grają ze sobą, a nie przeciwko sobie; żadna nie próbuje przyćmić pozostałych. Z tej wzajemnej synergii płynie czysta radość i energia. Zasłużenie otrzymały owacje na stojąco w trakcie spektaklu. „You Gotta Get a Gimmick” to drugi potężny „showstopper” tego wieczoru. Strzał w dziesiątkę.

Imelda Staunton po prostu redefiniuje postać Mamy Rose swoją niezwykłą, szczegółową i intensywną kreacją. Jej Rose to kobieta pełna żalu do tych, którzy ją opuścili, zwłaszcza do własnej matki, próbuje więc desperacko przywiązać do siebie córki siłą woli. Ale jest też drobną, pełną wdzięku kobietą, zdolną do wielkiego uroku – Staunton od pierwszego wejścia czaruje widownię; kiedy spotyka Herbiego, z naturalnością wykorzystuje swój kobiecy magnetyzm.

Staunton wypowiada kwestie słyszane setki razy, ale w jej ustach brzmią one tak, jakby padały po raz pierwszy. Raz po raz widz zostaje uderzony odkryciem: „Ach, więc o to chodziło w tym zdaniu!”.

Śpiewa „Some People” z oszałamiającą pasją, wysoko zawieszając poprzeczkę dla swoich możliwości wokalnych. Staunton osiąga momenty prawdziwego piękna w cichszych fragmentach „Small World”, „You’ll Never Get Away From Me” czy „Together”, a wielkie numery wykonuje z potężną siłą, zarówno wokalną, jak i aktorską. Zarówno „Everything’s Coming Up Roses”, jak i „Rose’s Turn” są wstrząsające i odkrywcze.

Staunton magnetyzuje w każdej sekundzie: gdy przesuwa rekwizyt podczas występu dzieci, gdy zagrzewa innych do działania, gdy bezgłośnie powtarza słowa piosenek za swoimi podopiecznymi, czy gdy milczy zdruzgotana listem June. Jest tu tyle tekstur, detali i złożoności; to, co robi Staunton, jest po prostu nadzwyczajne.

Ból i żal Mamy Rose, gdy dociera do niej, że „zostawiła” swoje córki tak samo, jak jej matka zostawiła ją, jest porażający. „Rose’s Turn” jest naznaczone cierpieniem, ale na tle jasnej wizji tego, co mogło być. Staunton konsekwentnie kładzie fundamenty pod ten emocjonalny upadek przez cały spektakl; kiedy on następuje, nie ma wątpliwości, dlaczego do niego doszło. To absolutnie genialna rola.

Nie ma wątpliwości, że ta produkcja powinna trafić na West End. Zbrodnią byłoby, gdyby tak się nie stało.

Więcej informacji o Gypsy można znaleźć na stronie internetowej Chichester Festival Theatre

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS