Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

Recenzja: Hellscreen, Vault Festival ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Udostępnij

Hellscreen

Vaults Festival

4 marca 2015

4 gwiazdki

Londyn to miasto pełne historycznych i architektonicznych warstw, a festiwal Vaults 2015 w ciągu ostatnich trzech tygodni po raz kolejny tchnął życie w jedno z najlepiej skrywanych miejsc teatralnych w samym centrum – labirynt łuków i tuneli pod stacją Waterloo. Już sam moment wejścia przypomina scenę z „Alicji w krainie Gotham”, gdy schodzimy anonimową klatką schodową wprost do wiktoriańskiego tunelu pokrytego graffiti, gdzie naśladowcy Banksy’ego gorliwie nanoszą nowe warstwy na prace z poprzedniego dnia. Następnie nurkujemy w coś, co z pozoru wygląda na dziurę w ścianie, a w rzeczywistości jest wejściem do tętniącego życiem centrum elastycznych przestrzeni performatywnych, wystawienniczych i gastronomicznych. Na spektakl Hellscreen zaproszono nas do sklepionej ceglanej krypty o kształcie i barwie ciemnego bochenka piernika, wypełnionej masą aparatury technicznej, która przypominała mi złowieszczy, opuszczony magazyn z filmu Teczka Ipcress. Każdy z nas otrzymał od chóru po stołku – aktorzy już wtedy pozostawali w rolach, przełamując czwartą ścianę – i zasiedliśmy wokół sceny w układzie traverse, zamkniętej z obu stron kurtynami z pleksiglasowych klap. Przez kolejne osiemdziesiąt minut braliśmy udział w przejmującej medytacji nad społeczną funkcją i granicami sztuki, zgubnym i szlachetnym wpływem mecenasów i krytyków oraz drzemiącą w każdym widzu skłonnością do upiornego voyeuryzmu i biernej akceptacji tego, co niedopuszczalne.

Punktem wyjścia dla Hellscreen jest klasyczne japońskie opowiadanie autorstwa Akutagawy, opublikowane jeszcze w 1918 roku. W oryginale wielki malarz zostaje zatrudniony przez patrona do stworzenia parawanu przedstawiającego buddyjską wizję piekła. Artysta odkrywa, że może namalować tylko to, czego sam doświadczył, więc zaczyna coraz okrutniej torturować swoich uczniów. Równolegle toczy się rywalizacja między mecenasem a malarzem o względy ukochanej córki tego drugiego, aż oba wątki tragicznie zbiegają się w finale: córka ginie w ostatnim akcie artystycznego przeholowania, malarz odbiera sobie życie, a jedynym, co pozostaje, jest ukończone dzieło pełne grozy.

Morgan Lloyd Malcolm i Rachel Parish z powodzeniem przenoszą te rdzenne motywy i psychologiczną matrycę w realia współczesnego świata sztuki, badając towarzyszący mu kult nadmiaru. Frank Holt (Jonny Woo) to dzisiejszy artysta, który chce szokować, ale zdaje się, że dotarł do ściany i stracił kontakt z publicznością. Jedynym elementem jego życia wolnym od cynizmu jest relacja z córką, Amy (Vanessa Schofield). Przełom następuje, gdy spotyka kolekcjonerkę i mecenaskę Katherine Bowker (Suzette Llewellyn). Kobieta zachęca go do przekraczania kolejnych granic artystycznej eksploracji, proponując odtwarzanie przed publicznością sekwencji okrucieństw o narastającym stopniu makabry. Te incydenty, inscenizowane z improwizatorską brawurą przez chór aktorów, definitywnie burzą „czwartą ścianę”, wciągając nas w samo centrum zbrodni. W międzyczasie Bowker sprytnie odsuwa Amy od tych wydarzeń, by ta nie hamowała ojca, i izoluje ją w swojej posiadłości na wyspie, gdzie może oddawać się własnej wizji kontemplacji sztuki. Ostatecznie Amy wraca do ojca i oboje, jedno po drugim, zostają bezlitośnie wciągnięci w finałowe, głęboko symboliczne spalenie.

Twórcom, którzy pracowali nad tą adaptacją przez kilka lat, należy się ogromne uznanie za to, jak trafnie dotknęli tylu ważnych i słusznie niepokojących kwestii. Niektóre z nich dotyczą samej sztuki: czy istnieją jeszcze jakieś granice tego, co za nią uważamy? Czy mecenas to postać szlachetna i wspierająca, czy może samolubna i manipulacyjna? Czy artyści nieuchronnie poświęcają swoich bliskich na ołtarzu twórczości? Czy dzisiejsza krytyka dostrzega jeszcze inne wartości poza sensacją? Jednak najbardziej konsternujące pytania dotyczą coraz silniejszej estetyzacji przemocy w mediach i naszego na nią wystawienia. Czy to doprowadziło nas do voyeurystycznego odrętwienia i bierności, która odbiera nam zdolność reagowania jako obywatele w prawdziwym życiu? Jaka powinna być właściwa reakcja na coraz bardziej dosłowne obrazy przemocy? W dobie codziennych, manipulacyjnych przypomnień od ISIS o tym, że granice horroru można przesuwać w nieskończoność, a obraz tego błyskawicznie obiega świat, trudno o bardziej palące pytania.

Nic więc dziwnego, że to sceny oparte na stenogramach sądowych z prawdziwych zbrodni uderzyły w widzów najmocniej, wywołując te chwile absolutnej, skupionej ciszy, gdy czuć, że każdy jest w pełni zaangażowany w sedno sprawy. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób jakości aktorstwa i inscenizacji w pozostałych fragmentach. Woo świetnie kreuje postać udręczonego artysty o niebezpiecznej, nieprzewidywalnej intensywności, a Schofield tworzy oazę spokoju, piękna i alternatywnych wartości, często wykorzystując śpiew do budowania silnego efektu emocjonalnego. Być może jednak najbardziej intrygująca była kreacja Llewellyn – motywacje jej bohaterki jako mecenaski pozostają nieuchwytne, skryte za czarującym uśmiechem i duchem hojności, które płynnie przechodzą w oportunistyczną manipulację i pragnienie ogrzania się w blasku cudzej sławy. Każdą krótką scenę oplata pomysłowa oprawa muzyczna, projekcje wideo (na kurtynach z pleksiglasu), efekty dźwiękowe oraz energiczne interwencje chóru. Jeden z aktorów zalicza też świetny, zabawny występ jako krytyk sztuki – ukazany jako próżny relatywista pozbawiony jakichkolwiek głębszych przekonań.

Mój jedyny krytyczny komentarz pod adresem tego znakomitego spektaklu jest taki, że oferuje on zbyt wiele materiału jak na dostępny czas. W ciągu zaledwie osiemdziesięciu minut trzeba wybierać między budowaniem postaci w nurcie narracji a dialogami o ważnych, abstrakcyjnych ideach – i na oba te elementy nie starcza w pełni miejsca. Chciałoby się więcej czasu na szczegółową debatę nad poruszanymi problemami oraz na pogłębienie relacji między postaciami, zwłaszcza tych z udziałem Amy. Momentami brakowało informacji, by uzyskać pełny obraz sytuacji, a szczególnie pod koniec, nagromadzenie akcji i zdarzeń stawało się nieco chaotyczne. Udana sztuka idei nie musi być tak długa i rozwlekła jak Człowiek i nadczłowiek grany obecnie w National Theatre, ale jeśli nadarzy się okazja do wystawienia tego tytułu w innym miejscu, gorąco namawiam do ponownego przyjrzenia się scenariuszowi. Jakość i waga postawionych pytań na to zasługują, a wybrana forma idealnie nadaje się do dłuższej, bardziej rozwiniętej wersji.

Ustawienie widowni po dwóch stronach sceny pozwala na uważną obserwację współwidzów. Najlepszym dowodem na to, jak stymulująca intelektualnie jest ta opowieść, był fakt, że beztroskie, wielkomiejskie rozmowy z początku spektaklu ustąpiły miejsca ożywionej, choć poważnej dyskusji o tym, czego byliśmy świadkami. Przede wszystkim jednak dało się wyczuć pewne nerwowe zakłopotanie w obliczu niewygodnych prawd, które dojrzeliśmy w lustrze podstawionym nam pod nos. Poczuliśmy dyskomfort i tak właśnie powinno być.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS