Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: I'm Gonna Pray For You So Hard, Atlantic Theatre Company ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

Fotografia: Ahron R Foster I'm Gonna Pray For You So Hard

Atlantic Theatre Company

11 stycznia 2015

4 gwiazdki

Są, łagodnie mówiąc, osobliwą parą ojca i córki. On – laureat nagrody Tony i nominowany do Oscara scenarzysta, kipiący złością właściwie na każdy aspekt swojego życia. Ona – jego córka, aktorka grająca obecnie na Broadwayu w wznowieniu Mewy, wyczekująca na recenzje po premierze. On jest jadowity, zgorzkniały i podły w stosunku do wszystkiego, co kojarzy się z teatrem – reżyserów, krytyków i innych aktorów. Wyrzuca z siebie stek bluźnierczych i jadowitych epitetów, które mogłyby wyjść spod pióra bękarta Oscara Wilde’a i opętanej Lindy Blair z Egzorcysty.

To, że ojciec jest zdolny do prawdziwej przemocy, nie ulega wątpliwości. Wyładowuje gniew na różne sposoby – długimi, złowrogimi spojrzeniami, przy których Meduza mogłaby brać lekcje, waleniem ciężką popielniczką o wnętrze kosza na śmieci, by rozładować napięcie, haustami białego wina ze szklanek, do których kostki lodu wpadają niczym bomby atomowe, głębokimi zaciągnięciami ziołem czy dzikim wciąganiem kokainy. Jest mistrzem przesady – w języku, czynach i manipulacyjnej kalkulacji.

Córka jest emocjonalnym wrakiem; splątaną siecią nadziei, desperacji i potencjału. To nieuchronny efekt dekad bycia traktowaną na zmianę jak „księżniczka, która musi odnieść sukces” i „liść zdeptanej kapusty” – udręczona, uwięziona Eliza przy swoim złośliwym i zaburzonym Higginsie. Ostateczny rezultat chorobliwej obsesji próżnego, wpływowego „pana Worthingtona”.

Gdy pojawiają się recenzje jej występu w Mewie, życie ojca i córki zmienia się na zawsze. To, jak potoczą się ich losy, stanowi trzon nowej sztuki Halley Feiffer pt. I'm Gonna Pray For You So Hard, która jest obecnie grana przedpremierowo przed światową premierą na off-Broadwayu w Atlantic Theatre Company w reżyserii Tripa Cullmana.

Choć w sztuce pada wiele szczerych salw śmiechu, często kosztem krytyków teatralnych (temat rzeka), nie jest to komedia. To teatr czarny jak atrament mątwy, intensywny i budzący dyskomfort. Na pozór wydaje się opowieścią o teatrze, pisaniu, aktorstwie oraz bólu i radości, jakie się z tym wiążą. Łatwo byłoby pomyśleć, że Feiffer to jakaś sceniczna krewna Harveya Fiersteina czy Terrence'a McNally’ego – ale nic z tych rzeczy.

Nie. Feiffer to nowy głos, który z lubością gra na ekstremach formy i konwencji. Pierwsza scena wydaje się dość tradycyjna: wnętrze domu, aneks kuchenny, wszystko oddane realistycznie, łącznie z tapetą i oprawionymi afiszami dawnych triumfów ojca. Scenografia Marka Wendlanda jest wręcz idealna, przywołując ducha Arthura Millera i Edwarda Albee’ego.

Druga scena to jednak zupełnie inna bajka. To zarówno realna przestrzeń, teatr typu black-box, jak i być może wnętrze rozpadającego się umysłu córki. Niejednoznaczność tego, co oglądamy, kontrastuje z brutalnym rozpadem psychiki aktorki/autorki. A może oglądamy jej sztukę w trakcie wystawiania? Albo pokłosie triumfalnej premiery jej dzieła? W każdym razie, co ciekawe, nie ma to znaczenia. Tekst Feiffer w tej scenie jest niezwykły – konfrontacyjny i druzgocący.

Być może bardziej niż cokolwiek innego, I'm Gonna Pray For You So Hard jest ostatecznym teatralnym dowodem na mądrość Sondheima z hitu Into The Woods: „Dzieci będą słuchać. I uczyć się”.

Ojciec uczy się na bazie odrzucenia przez ojca-imigranta oraz zachęt od swojego teatralnego mentora. Brutalne dzieciństwo nigdy go nie opuszcza; kształtuje jego nagradzaną twórczość i sposób, w jaki próbuje kontrolować córkę.

Córka z kolei zna historię ojca na wylot (słucha o niej całe życie) i desperacko pragnie go zadowolić, dać mu powód do dumy. Jednak w tym desperackim – i ostatecznie daremnym – pędzie, by dogodzić, udobruchać i uspokoić rodzica, doprowadza do własnej samodestrukcji. Patrzy się na to z przerażeniem.

W pierwszej scenie Betty Gilpin w roli córki, Elli, nie robi wielkiego wrażenia. W jej grze pojawia się histeryczna nieprawdopodobność, która rozczarowuje – i jest niezrozumiała, biorąc pod uwagę, że jej praca w drugiej scenie jest niezwykle skupiona, ekscytująca i przerażająca w równym stopniu. Ma ku temu dobre powody – światło reflektorów przesuwa się zdecydowanie z ojca na nią, a Gilpin wykorzystuje każdą daną jej szansę.

Jednak pierwsza scena wymaga równie wielkich umiejętności, zwłaszcza jeśli postać ma mieć wiarygodną linię rozwoju. Występ Gilpin zawiera zbyt wiele łez i szlochu – ta twarda postać z drugiej sceny powinna być bardziej wyczuwalna już w pierwszej, inaczej siła przekazu słabnie. Trudno uwierzyć, że ofiara przemocy domowej, jaką Gilpin kreuje na początku, zniosłaby tyle, ile znosi Ella, lub że zdobyłaby się na odważny krok, który ostatecznie wykonuje.

Pierwsza scena daje aktorce szansę na położenie fundamentów pod to, co wydarzy się w drugiej. Na razie te wybory nie są najtrafniejsze i Gilpin nie zjednuje sobie sympatii widzów przed antraktem. Niemniej jednak, w drugiej scenie Gilpin jest rewelacyjna, wykazując się pewnością i klarownością, dzięki którym jej Ella musuje niczym szampan doprawiony cyjankiem.

Ale sztuka należy do Reeda Birneya, który jest genialny jako David – koszmarny, złośliwy ojciec Elli. To potężna rola, dorównująca wielkim postaciom ojców u Williamsa, O’Neilla czy Albee’ego. Birney wykorzystuje każdą chwilę, jaką daje mu tekst Feiffer, i z wirtuozerią oraz energią wyciska z każdej frazy gorzką furię i oślepiający gniew. Kreśli szczegółowy portret przemocy domowej – takiej, która nie zostawia sińców ani śladów uderzeń.

Pluje jadem i warczy na córkę, na zmianę ją poniżając i dopingując. Śmieje się z nią, by za chwilę śmiać się z niej; spycha ją na skraj załamania, po czym podaje rękę, by wyciągnąć ją z otchłani czerni, którą sam stworzył. Jego oczy są nieustannie żywe, badawcze, przewracające się lub zwężone zależnie od potrzeby. Birney znakomicie operuje też ciałem, pokazując człowieka, którego lata świetności minęły, pogrążonego w egocentryzmie.

Jest też mistrzem głosu. Potrafi z wielkim wyczuciem rzucać komediowe linijki, by w ułamku sekundy zmienić łagodny ton w ryczący potok bezlitosnego jadu. Bez trudu oddaje ból i nędzę, które go ukształtowały, oraz potrzebę błyszczenia sukcesem, która go napędzała, a w końcu wypaliła.

Z łatwością ukazuje też całkowite zaślepienie Davida. Lekceważy rolę Maszy w Mewie granej przez córkę, jakby była niczym, upierając się, że powinna być amantką, Niną, „główną gwiazdą”. Masza to oczywiście znakomita partia u Czechowa, grana przez wiele wybitnych aktorek. Masza jest kochana przez kogoś, kogo nie kocha, i odrzucona przez tego, kogo kocha – biorąc pod uwagę fabułę sztuki Feiffer, nie jest to przypadek.

Choć w pierwszej scenie jest tyle do podziwiania w kreacji tego przerażającego „byka”, jakim jest Birney, to dopiero jego pojawienie się w drugiej scenie pokazuje jego wszechstronność. Mija 5 lat, a czas nie był dla Davida łaskawy. Birney jest genialny w tej finałowej, kruchej konfrontacji z córką.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, co Birney robi w finale pierwszej sceny. Mimo perfekcyjnego odegrania potwornego, nienawistnego i bezdusznego człowieka, Birney w ostatnich chwilach samotności obnaża wnętrze Davida, ukazując surowy rdzeń tej zagubionej, samotnej i niekochanej istoty. Powinno to być niemożliwe, biorąc pod uwagę okrucieństwa, jakie zaserwował Elli wcześniej, by poczuć do niego jakąkolwiek sympatię.

A jednak, cudownym sposobem, Birney to osiąga. To tak triumfalny i porywający występ, jakiego rzadko można doświadczyć na jakiejkolwiek scenie na świecie.

Reżyseria Tripa Cullmana jest trafna i przejrzysta. Kameralność małej przestrzeni Black Box w Atlantic Theater Company potęguje namacalne poczucie grozy, która ogarnia widzów w miarę rozwoju akcji. Przemoc fizyczna i intymność są zarówno niepokojące, jak i przerażające, ale instynkt Cullmana sprawia, że większość publiczności zastyga w przerażonej ciszy, zamiast śmiać się z mało realistycznych scenariuszy.

To znakomita nowa sztuka, która zasługuje na światowy sukces. Niewielu dramaturgów pochyliło się nad tak toksycznymi i współuzależnionymi relacjami ojca z córką. Feiffer stworzyła coś nowego, wyzywającego i tętniącego życiem – dokładnie taką sztukę, do jakiej David rzekomo namawia Ellę w I'm Gonna Pray For You So Hard.

A co do tytułu... cóż, o tym musicie przekonać się sami.

Spektakl I'm Gonna Pray For You So Hard jest wystawiany w Atlantic Theatre Company do 15 lutego 2015 roku.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS