Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: musical Island Song, Nursery Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje Island Song, nowy musical autorstwa Sama Carnera i Dereka Gregora w Nursery Theatre w Londynie.

Island Song Nursery Theatre, 12 kwietnia 2018 4 gwiazdki Jednym z bardziej ekscytujących wydarzeń tego miesiąca jest niewątpliwie pojawienie się na naszych deskach tego znakomitego cyklu pieśni o charakterze rewii, stworzonego przez genialnie utalentowany amerykański duet autorski: Sama Carnera (słowa) i Dereka Gregora (muzyka).  To wręcz nieprawdopodobne, że mimo tak ogromnego talentu, musieli polegać na wsparciu stosunkowo nieznanej formacji, by zaistnieć w UK. Gratulacje należą się parze aktorów-producentów: Drou Constantinou i Abby Restall, założycielom prężnie działającej Hidden Theatre Company, za doprowadzenie do tej premiery.  Ich wybór jest bezbłędny.  To jeden z najlepiej napisanych nowych spektakli, jakie zobaczymy w tym roku, nawet jeśli gości u nas tylko przez chwilę – po dwóch pokazach w Tristan Bates i błyskawicznej serii od czwartku do poniedziałku w tej nowiutkiej scenie fringe'owej w City.  Pozostaje mieć nadzieję, że znajdą się rozsądni ludzie, którzy przejmą ten tytuł i dadzą mu większe pole do popisu.  Naprawdę na to zasługuje. Constantinou i Restall miały ten tytuł na oku jeszcze przed założeniem własnej firmy: odkryły go w Nowym Jorku i skontaktowały się z autorami w ciemno, nie przypuszczając, że uda im się zdobyć prawa do wystawienia go w Wielkiej Brytanii.  Szczęście im jednak sprzyjało.  Nikt inny nie stanął do wyścigu.  Współpracując blisko z autorami, spędziły ostatnie dwa lata na kompletowaniu zespołu, który oddałby sprawiedliwość temu dziełu.  Do ekipy dołączył kolejny wykonawca, Joshua Wills, a następnie znaleziono reżysera i choreografa w osobie Christiana Bullena. To on zrekrutował ostatnich członków obsady: obiecującego debiutanta Jacka Anthony’ego Smarta oraz Stephanie Lyse, która nigdy nie była w lepszej formie i wielokrotnie ociera się o skradnięcie całego show.  Kolejnym świetnym odkryciem jest kierownik muzyczny, Ben David Papworth, który doskonale wyczuwa tempo tej niezwykle różnorodnej treści i prowadzi zespół muzyczny na scenie, do którego należą także Michael Dahl Rasmussen (bas) i Isis Dunthorne (instrumenty perkusyjne).  Dzięki oświetleniu Gregory’ego Jordana oraz kilku wielofunkcyjnym skrzyniom służącym za scenografię i kostiumy – jak mniemam – zapewnione przez obsadę, spektakl jest niezwykle lekki i mobilny.  Może nie znajdziemy tu przepychu wielkich produkcji, ale otrzymujemy w zamian sowitą rekompensatę. Siłą tego materiału jest jakość pisania.  A ta stoi na najwyższym poziomie.  W płynne 90 minut pędzimy przez ponad dwadzieścia scen z życia współczesnych nowojorczyków, którzy zajmują się tym, co w Nowym Jorku typowe: walką o sukces, zmaganiami, kłótniami, zwątpieniem, traceniem i odnajdywaniem siebie.  Tytułowa wyspa może oznaczać dosłownie Manhattan, ale jest też symbolem wielu metaforycznych miejsc: samotności, izolacji, tożsamości, schronienia i idylli – a wszystko to stanowi motywy w tym wyrafinowanym, złożonym przewodniku po nowoczesnym życiu miejskim.  Format ten jest dobrze znany brytyjskiej widowni z takich dzieł jak „Ordinary Days” czy „I Love You, You're Perfect, Now Change” – pięknie napisane piosenki opowiadające pomysłowe historie, przeplatane błyskotliwymi monologami, ale głos Carnera i Gregora jest całkowicie unikalny.  Są inteligentni, dowcipni, sprawni warsztatowo i pełni pasji, zabierając nas w fascynującą podróż przez swoje fiksacje i miłości.  W tym spektaklu nie ma ani jednego słowa czy taktu, który nie wypływałby prosto z serca; wszystko brzmi autentycznie i przemawia do dzisiejszej Wielkiej Brytanii z tą samą uczciwością i bezpośredniością. W tym celu obsada przyjmuje różnorodne role, z których każda ma własną, fascynującą historię i wyjątkową ścieżkę.  Constantinou robi świetne wrażenie jako Jordan, ambitna kobieta sukcesu („I'll Take It all”), nieświadomie wciągnięta w ciche domowe zacisze („Tie Me Up”); Wills gra Willa, spokojnego chłopaka o głośnym sercu („Wall Lovin”), który ją oswoił; Smart zaś wciela się w dzieciaka z prowincji, który dał sobie rok na zostanie aktorem („No Room For Plan B”)... pracując jako kelner. Lyse gra rozkosznie gadatliwą wieczną singielkę, Shoshanę, fankę „terapii w biegu” („TMI” – idealny numer komediowy, który powinien znaleźć się w repertuarze każdej aktorki musicalowej); Restall natomiast gra sentymentalną romantyczkę, która zmaga się ze swoim zaangażowaniem w beznadziejny romans (ujmująco folkowe „So Far From Pennsylvania”).  Losy tych postaci splatają się ze sobą w niezwykle trafny sposób, tak typowy dla przypadkowości życia w wielkim mieście, a ich nieoczekiwane spotkania często prowadzą do głębokich i trwałych zmian.  Patrząc przez specyficzny filtr ich życia, Carner i Gregor zdają się czerpać największą przyjemność z ogłoszenia: „To nie jest miejsce, w którym się odnajdujesz; to miejsce, gdzie musisz wiedzieć, kim jesteś i trzymać się tego kurczowo, bez względu na wszystko!”. Mamy też trio dodatkowych postaci, komicznych palaczy marihuany: Stosha, Timo i Wallendię, których występy urozmaicają akcję i świetnie dopełniają opowieść.  Tempo i sekwencja numerów są niezwykle naturalne i elastyczne: Bullen potrafi popchnąć akcję z szaloną żarliwością, by w odpowiednim momencie zwolnić do granic możliwości.  Jego akcenty choreograficzne są genialnie dopasowane do akcji, nigdy nie są tylko pusta ilustracją; gesty stają się najbardziej rozbudowane w poruszających scenach zbiorowych (otwierająca sekwencja „Island Song” to jeden z najlepszych numerów otwarcia, jakie słyszałem w nowym musicalu od lat, a jego wokalizy powracają okresowo i gwarantuję, że zostaną z wami długo po powrocie do domu), ale potrafi też wydobyć mnóstwo emocji z najdrobniejszych zdarzeń. Finał nadchodzi z tym samym doskonałym wyczuciem czasu, które cechuje cały utwór: żaden efekt nie trwa zbyt długo, a postacie zdają się przekazywać nam to wszystko jako prezent na pożegnanie, pozwalając nam odejść i poczuć jedność z naszymi własnymi wyspami, gdziekolwiek by one nie były.  Czysta radość.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O TWÓRCZOŚCI CARNERA I GREGORA

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS