WIADOMOŚCI
RECENZJA: It's Only A Play, Gerald Schoenfeld Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Rupert Grint (z lewej), Megan Mullally, Matthew Broderick, Nathan Lane i Stockard Channing występują w spektaklu „It's Only a Play” na Broadwayu. Fot. Joan Marcus It's Only A Play
Gerald Schoenfeld Theatre
30 października 2014
Nathan Lane. Stockard Channing. Rupert Grint. Megan Mullally. F. Murray Abraham. Matthew Broderick. Przy obsadzie tak wielkiego formatu, co mogłoby pójść nie tak? Zwłaszcza gdy nie mierzą się z Ibsenem czy Czechowem (choć w tym też nie byłoby nic złego), lecz z „nową” sztuką spod pióra wielokrotnie nagradzanego Terrence'a McNally'ego – i to w dodatku komedią? Za reżyserię odpowiada zaś sam Jack O'Brien, słynący z nagrodzonych nagrodą Tony inscenizacji „Coast of Utopia” Stopparda czy „Henryka IV” Szekspira. Serio, co mogłoby zawieść?
Premiera (a właściwie wznowienie) sztuki McNally’ego „It's Only A Play” w reżyserii O'Briena, grana obecnie w Gerald Schoenfeld Theatre na Broadwayu, udziela na to pytanie jasnej i dobitnej odpowiedzi.
To trzecie podejście tekstu McNally’ego do Broadwayu. Autor solidnie go odświeżył i zaktualizował. Pomijając dwa drobne wyjątki, nie można by wymarzyć sobie lepszej obsady. Trudno też o lepszą scenografię (Scott Pask stworzył luksusowy, olśniewający apartament w stylu Art Deco) czy kostiumy (Ann Roth, która ma tu świetną passę w kategorii „kreacje na wieczór premierowy”). W istocie całe zaplecze techniczne to klasa światowa.
Niestety, mimo trzeciej wersji tekst McNally’ego ma fabułę, którą w kategoriach teatralnych można określić jako „cienką jak opłatek”. Nowa sztuka właśnie zadebiutowała na Broadwayu, a gwiazda, autor, jego najlepszy przyjaciel i producentka z niepokojem czekają na recenzje. Dodajmy do tego aspirującego dramaturga, początkującego aktora, dziesiątki środowiskowych żartów o prawdziwych gwiazdach i obiegowych mądrości o tym, jak działa teatr – i to właściwie tyle. Recenzje są marne, nastrój siada. Pod koniec dostajemy pewien „twist”, który jednak tylko uwydatnia błahość całego utworu.
Ostre, momentami złośliwe, a chwilami błyskotliwe riposty to jedyny cel tego wieczoru. Sztuka McNally’ego sama do końca nie wie, czym chce być, poza okazją do satyry na aktorów, krytyków, autorów i ulotną naturę sukcesu. Mnóstwo czasu zajmuje tu wyliczanie nazwisk gwiazd, których nie ma na scenie, by bezlitośnie je „grillować”, wiwisekcja głównego krytyka New York Timesa i dogryzanie każdemu, kto ma cokolwiek wspólnego z teatrem. Gdyby autor trzymał się tylko tego, mielibyśmy do czynienia z niemal oscarową, lekką i iskrzącą humorem ucztą.
Jednak w drugim akcie pojawia się nieudolna próba dodania głębi, zgłębienia tematu przyjaźni i szczerości, stworzenia wzruszających momentów czy dyskusji o misji teatru. To błąd w sztuce, który grozi wykolejeniem całego tego komediowego pociągu.
Niemniej jednak, karykaturalne postacie dostarczają mnóstwo śmiechu, a McNally bezsprzecznie potrafi skroić ciętą i złośliwą ripostę. Trzeba jednak sporo wiedzieć o Broadwayu, jego historii i gwiazdach, by wyłapać wszystkie żarty „dla wtajemniczonych” – mnie szczególnie urzekło bolesne wyznanie postaci Nathana Lane'a o tym, że podobała mu się „Rodzina Addamsów”. Jeśli nie wiemy, że Lane grał w tym musicalu, który (moim zdaniem niesłusznie) został zmiażdżony przez krytykę, żart ten po prostu nam umknie. Podobnie jak wiele innych, które są rzucane ze sceny bez żadnego kontekstu w samej sztuce.
Niektóre decyzje autora budzą jednak mieszane uczucia. Dlaczego losy całej produkcji i zespołu zależą wyłącznie od recenzji w „New York Timesie”? Dobre recenzje nie przesądzają o tym, czy dzieło jest sukcesem, czy nie. Złe również. Decyduje o tym publiczność – i skoro teatr jest dla widzów, tak właśnie powinno być. „Nędznicy” czy „We Will Rock You” wcale nie cieszyły się entuzjazmem krytyków po premierze, a jednak grano je latami. Krytycy nie mają i nie powinni mieć mocy zamykania spektakli i skazywania pracy ludzi na zapomnienie. Tymczasem to właśnie na takim założeniu opiera się „It's Only A Play”.
Jeśli zamiarem McNally’ego była satyra na potęgę krytyków, to celu nie osiągnął. Sypie świetnymi żartami na ich temat, ale jednocześnie z dziwnym entuzjazmem akceptuje ich wszechwładzę. A reakcje bohaterów na miażdżącą (choć przezabawną) fikcyjną recenzję Bena Brantleya nie sugerują, by McNally widział przyszłość teatru w różowych barwach.
Mimo to Jack O’Brien wyciska z materiału wszystko, co śmieszne (a nawet to, co śmieszne być nie powinno), dzięki sprawnej i precyzyjnej reżyserii, która skutecznie odwraca uwagę od słabych punktów tekstu. Gwiazdorska obsada dzielnie mu w tym pomaga.
Micah Stock debiutuje na Broadwayu u boku wielkich nazwisk i radzi sobie wyśmienicie. To bardzo przekonująca rola, mimo że postać jest zupełnie nieprawdopodobna. Gra Gusa, nowo przybyłego, bezrobotnego aktora, który dorabia jako pomocnik w domu producentki. Gus dziwi się, że ludzie teatru nie mówią do siebie „proszę pana”, lecz wolą „kochanie”, „skarbie” i tym podobne, a jednocześnie jest tak przesiąknięty teatralną mitologią, że w razie potrzeby potrafi odstawić komicznie brawurową wersję „Defying Gravity”, by podnieść zgromadzonych na duchu.
Stock jest znakomity. Wykorzystuje każdą komediową okazję, a drobne detale (jak sposób stawiania stóp czy obsesyjne poprawianie stroju) świadczą o ogromnej pracy włożonej w tę rolę. W miarę upływu wieczoru, gdy Gus oswaja się z otoczeniem, Stock pozwala swojej postaci na coraz większą ekspresję, której kulminacją jest ten absurdalny popis z „Wicked” – prawdziwa perełka wieczoru.
Stockard Channing triumfuje jako odtrącona przez Hollywood była dziecięca gwiazda, która przeszła operację plastyczną po złej recenzji za rolę Baby June w „Gypsy”. To wrak człowieka, na lekach uspokajających, z elektroniczną bransoletą na kostce, która w gruncie rzeczy odpowiada na pytanie: „Co się stało z Baby Jane?”. Przyjechała na Broadway z nadzieją, że nowa sztuka wskrzesi jej karierę.
Channing jest wspaniała. Z lekkością rzuca jadowite uwagi, po mistrzowsku prezentuje stany od depresji po furię, a mimo wszystko budzi współczucie, gdy czytane są recenzje miażdżące jej występ. Jest mistrzynią pauzy i szybkich spojrzeń, którymi „punktuje” żarty, potrafiąc utrzymać aplauz widowni niczym rasowa aktorka wodewilowa.
Megan Mullally udowadnia, jak wszechstronną jest aktorką, tworząc energiczną, uroczy i kompletnie zwariowaną postać naiwnej, obrzydliwie bogatej producentki, która sfinansowała spektakl. To postać krwista i pełna szalonej energii. Mullally wygląda fantastycznie i daje z siebie wszystko.
F. Murray Abraham otrzymał chyba najtrudniejszą rolę: krytyka teatralnego, którego nikt nie lubi (a czy ktoś w ogóle lubi krytyków?). Na dodatek jego bohater zdążył podpaść niemal każdemu z obsady, czasem w bardzo chamski sposób. Co więcej, sam napisał sztukę, którą desperacko chce wystawić, ale boi się pod nią podpisać, a do tego jest łysy i rozpaczliwie maskuje to tupecikiem. Abraham gra to wszystko z wielką klasą, wliczając w to scenę, w której Patti LuPone wylewa mu na głowę porcję lasagne (poza sceną, rzecz jasna). Powściągliwy, precyzyjny, z genialnym wyczuciem komizmu i idealną dykcją – Abraham stworzył świetną komediową postać.
Z drugiej strony Matthew Broderick prezentuje ekspresję godną zrobotyzowanego drzewa. Jego gra sprawia wrażenie, jakby nie tyle grał „na pół gwizdka”, co zupełnie nieobecny duchem. Monotonny sposób mówienia, przerywany tylko jego charakterystycznym pisknięciem, wcale nie ożywia akcji. Marnuje więcej okazji do śmiechu, niż faktycznie ich dostarcza. To dziwna, pozbawiona pasji i po prostu nudna kreacja. Można by argumentować, że to celowy zabieg, by pokazać, jakimi nudziarzami są autorzy w prawdziwym życiu, ale jeśli tak, to zabrakło w tym czytelności. (Zresztą autorzy rzadko bywają nudni). Ogromne rozczarowanie.
Rupert Grint wydaje się nietrafiony w roli słynnego brytyjskiego reżysera, który w oczach krytyków jest nieomylny. Jest kłębkiem lęków i nonszalanckiej arogancji, ale mało w tym prawdy i charakteru. Scena z pacynką to jego najjaśniejszy moment, poza tym jednak uosabia definicję braku blasku. Jego szkaradny premierowy garnitur to najlepszy element tego występu, choć wątpię, by którykolwiek z obecnych „cudownych dzieci” brytyjskiej reżyserii pokazał się w czymś takim publicznie.
Wieczór należy jednak do Nathana Lane’a, który jest genialnie złośliwy jako James Wicker – aktor, który odrzucił główną rolę w sztuce swojego przyjaciela, spodziewając się klapy. Sypie komicznymi perełkami i złośliwościami z prawdziwą lubością; to ludzka wyrzutnia granatów śmiechu. Kiedy jednak atmosfera gęstnieje, Lane po mistrzowsku zmienia ton. Jest w wyśmienitej formie, a spektakl błyszczy najbardziej, gdy on i Channing wymieniają między sobą jadowite uwagi.
„It's Only A Play” to klasyczny popis gwiazdorskich umiejętności, mający przyciągnąć widzów nazwiskami – cała szóstka aktorów ma swoje nazwiska wypisane wielkimi literami nad tytułem na afiszu. Słowa Hamleta, że „sztuka jest rzeczą najważniejszą”, tutaj nie znajdują zastosowania. Bez tych gwiazd spektakl nie utrzymałby się na Broadwayu. Mimo że bycie „tylko” sztuką to wcale nie mało, „It's Only A Play” stara się przekonać nas, że jest inaczej.
Ale dzięki Lane’owi, Channing, Mullally, Abrahamowi i Stockowi, spektakl pokazuje przynajmniej, jak niesamowicie zabawni potrafią być utalentowani aktorzy.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności