WIADOMOŚCI
RECENZJA: Juliusz Cezar w Shakespeare’s Globe ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Juliusz Cezar Globe Theatre 21 lipca 2014 3 gwiazdki
Mamy przerwę. Marek Antoniusz wygłosił właśnie swoją mowę o tym, że „Brutus jest człowiekiem honoru”, a tłum go słuchający wpadł w amok, żądny krwi Brutusa, Kasjusza i reszty tych morderczych spiskowców. Widzowie wiwatują i krzyczą, po czym ruszają w głąb teatru Globe na drinka, pogaduszki lub by zwyczajnie odetchnąć.
Gdy wychodzą z Wieży Północnej, wysoki Amerykanin w garniturze wraz z żoną w perłach dyskutują z ożywieniem o tym, jak bardzo podobał im się spektakl.
„Ten Marek Antoniusz to zwykły gnojek, nie?” – rzuca mężczyzna, a jego akcent niemiłosiernie przeciąga to ostatnie słowo.
„Jasne” – odpowiada lekko kobieta – „ale za to jaki młody”.
Wspominam o tym, ponieważ „Juliusz Cezar”, wystawiany obecnie w Globe w nowej inscenizacji dyrektora artystycznego Dominica Dromgoole’a, to sztuka o politycznej niestabilności, lęku, zemście i zdradzie. I choć termin „spin-doctor” ukuto dopiero wieki później, Szekspir wpisał w swój dramat trzy przekonujące postaci tego pokroju: Antoniusza, Brutusa i Kasjusza.
Zależnie od własnych przekonań politycznych czy punktu widzenia, widz może sam zdecydować, kto tu jest bohaterem, kto łotrem, a kto tylko pionkiem w grze (lub jaką mieszanką tych ról). To właśnie jedna z największych zalet tej sztuki.
Reakcja amerykańskiej pary pozostawiła mnie jednak z niepewnością co do ich oceny Antoniusza: czy widzieli w nim czarny charakter, kogoś, kto podburzył lud przeciwko zdrowemu rozsądkowi elity rządzącej? Czy też uznali go za marionetkę w rękach Cezara?
Ich rozmowa toczyła się dalej i było jasne, że produkcja szczerze ich zachwyciła. Chodziło więc bardziej o to, jak tekst i kreacje aktorskie rezonowały z ich własnym doświadczeniem życiowym.
Trudno o dobitniejszy dowód geniuszu Szekspira i jego ponadczasowości. Jeśli spektakl potrafi trafić w gusta, uprzedzenia i sympatie polityczne tak różnorodnych ludzi, a jednocześnie przemawiać do każdego inaczej, to znaczy, że twórcom udało się coś wyjątkowego.
Czerpiąc z niedawnej inscenizacji „Tytusa Andronikusa”, reżyser wykorzystał widzów na parterze (tzw. groundlings) jako integralną część tkanki przedstawienia. Zanim zacznie się akcja, aktorzy przechadzają się wśród stojącej publiczności, zagrzewając do wznoszenia okrzyków na cześć Cezara. Szybko i sprawnie tłum staje po stronie władcy; dopiero wtedy pojawiają się trybunowie, a rozmowa z szewcem zarysowuje kluczowe dylematy: czy Cezar słusznie zgładził Pompejusza i czy jest wielkim przywódcą, czy może zachłannym dyktatorem.
Dromgoole angażuje publiczność przez całe przedstawienie, dzięki czemu nieustannie czuje się to uczestnictwo, opowiadanie się po jednej ze stron, tę partyjną politykę. Nastroje tłumu zmieniają się zależnie od tego, kto akurat ma głos.
To nie jest spektakl, w którym siedzi się i patrzy na z góry ustalony wynik; tutaj Twoje emocje i nastroje osób wokół Ciebie są namacalnym elementem doświadczenia, który urabia i przekonuje Cię do konkretnych racji.
To niemal teatr interaktywny – i to rozwiązanie procentuje. Mentalność tłumu pomaga bowiem ukryć pewne rysy, zarówno w strukturze samej sztuki, jak i w nierównym poziomie gry aktorskiej czy samej produkcji.
Najdziwniejszym elementem są kostiumy autorstwa Jonathana Fensoma. Są w zasadzie elżbietańskie, z rzadkimi szarfami mającymi budować klimat Rzymu rodem z „Ja, Klaudiusz”. Oczywiste jest, że w 44 r. p.n.e. we Włoszech nie noszono elżbietańskich kaftanów, więc trudno zrozumieć ten wybór. A jednak – co paradoksalne – wyglądają one mniej niedorzecznie, niż mogłyby wyglądać zwykłe togi.
Często brutalne morderstwo Cezara trudno brać na poważnie właśnie przez togi, ale tutaj tylko Cezar ma na sobie białą szatę w tej scenie. W efekcie daje to poczucie jego izolacji i osaczenia przez watahę zamachowców. Choć więc kostiumy są nietypowe, spełniają ciekawą i nieoczekiwaną funkcję.
Mimo że jest to rola tytułowa, Cezar nie jest głównym bohaterem sztuki, niemniej jego obecność jest kluczowa. Bez Cezara, który jest jednocześnie charyzmatyczny i pełen wad, mechanizm dramatu po prostu nie działa. George Irving to niestety bezbarwny Cezar – ktoś, kogo niemal miłosiernie byłoby zgładzić, bo sprawia wrażenie człowieka zupełnie niepasującego do wielkiej władzy i urzędu. Nie wnosi do roli ognia, którego ona wymaga.
Przez to na pozostałych postaciach spoczywa większy ciężar i często ma się wrażenie, że mówią o zupełnie innym Cezarze. Warto zaznaczyć, że Katy Stephens jako Kalpurnia daje Irvingowi tak świetne wsparcie, że jej obecność czyni jego rolę lepszą. Scena morderstwa jest zainscenizowana dobrze, jednak Irving niestety szarżuje, a jego jęk po ciosie Brutusa był po prostu żenujący.
Te niedociągnięcia nie kładą się jednak cieniem na całości.
Tom McKay to znakomity Brutus, który wnosi w swoją rolę wielką pasję i styl. Jego oracja nad ciałem Cezara jest popisowa, podobnie jak wcześniejsze sceny, w których w monologach analizuje swoje niepokoje czy rozmawia z żoną, Porcją (uroczy występ Catherine Bailey). Jego Brutus jest złożony i fascynujący, dokładnie taki, jaki być powinien.
Anthony Howell daje sobie radę jako Kasjusz, choć miewał skłonność do krzyczenia dla efektu, zamiast skupiać się na znaczeniu wygłaszanych kwestii. Christopher Logan tworzy specyficznego Kaskę o dziwnym tembrze głosu, ale bardzo klarownie oddaje dwulicowość i powierzchowność tej postaci.
Znakomitą robotę wykonują: Paul Rider jako Cyceron i sługa Antoniusza, Patrick Driver jako Cynna i Flawiusz oraz Joe Jameson jako Oktawiusz.
Ale prawdziwym sercem tej produkcji jest Luke Thompson, którego Marek Antoniusz jest oryginalny, wiarygodny i – na szczęście – niezwykle elokwentny. Wygląda jak bohater, brzmi jak bohater i mówi jak bohater – ale pod tym wszystkim kryje się pytanie, czy jego wiara i miłość do Cezara nie są błędne, co dodaje pikanterii i intrygi całemu występowi.
Z niezwykłą lekkością oddaje sprawność fizyczną postaci (galop bez koszuli wokół parteru załatwia sprawę) oraz jurny, rubaszny charakter młodego trybuna (mistrzowsko zagrany kac). Jednak gdy Cezar ginie, Antoniusz rośnie w oczach – miażdży Brutusa w angażującej i porywającej oracji (słynne „Przyjaciele, Rzymianie, Współobywatele, słuchajcie mnie uważnie!”), a w jego tonie słychać echa przemówień Martina Luthera Kinga czy JFK, dzięki czemu bez trudu przeciąga tłum – zarówno aktorów, jak i widzów – na swoją stronę. Atmosfera perswazji była gęsta i wręcz namacalna.
Antoniusz w wydaniu Thompsona ani trochę nie wydał mi się „gnojkiem”.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności