Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Little Revolution, Almeida Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Fot.: Manuel Harlan Little Revolution Almeida Theatre 2 września 2014 2 gwiazdki

Dwóch policjantów trzyma młodego czarnoskórego mężczyznę w bluzie z kapturem. Odbywa się jakieś przesłuchanie, ale jest w tym coś dziwnego. Powietrze jest gęste od napięcia. Londyńskie zamieszki z 2011 roku są tu niemal namacalne. Inny czarnoskóry młodzieniec rzuca wyzwanie funkcjonariuszom. Co robią i dlaczego? Jaki mają powód, by przesłuchiwać chłopaka? Jeden policjant jest wyniosły, drugi milczy jak grób. Obaj pełni uprzedzeń.

Dociekliwy chłopak zadaje pytania. Brak odpowiedzi. Agresja ze strony mundurowych. Inteligentny chłopak prosi o dane głośnego oficera, o dowód, że jest policjantem. Funkcjonariusz odmawia, kluczy, wskazuje na napisy na kamizelce kuloodpornej, nie chce okazać legitymacji. Bystry chłopak naciska. Policjant warczy i odmawia, twierdząc, że zatrzymany chce odejść, chce być przesłuchany na osobności. Bystry chłopak prosi o dokument, stanowczo, odważnie, z nutką oskarżenia o nękanie w głosie. Policjant pyta go, za kogo on się uważa: za kogoś, kto wie, o czym mówi?

Poczucie siły przeciwko bezsilności, bieli przeciwko czerni, klasy przeciwko klasie, wyższości przeciwko zagubieniu huczy w ciszy widowni, gdzie nikt się nie uśmiechał i nikt nie czuł się komfortowo.

To jeden z dwóch elektryzujących momentów w inscenizacji Joe Hill-Gibbonsa sztuki verbatim Alecky Blythe pt. Little Revolution, wystawianej obecnie (w pokazach przedpremierowych) w Almeida Theatre Ruperta Goolda.

Drugi następuje na końcu sztuki. Ale do tego jeszcze wrócimy.

To dramat oparty na autentycznych doświadczeniach ludzi, którzy przeżyli zamieszki w Londynie i ich skutki. Zastosowano tu chwyt formalny: Blythe spędziła czas na ulicach Londynu, nagrywając rozmowy z mieszkańcami radzącymi sobie z kryzysem na różne sposoby. Taśmy zostały splecione w pewną narrację, a obsada skrupulatnie nauczyła się słów, rytmu, akcentów i wzorców mowy każdego z rozmówców – zapewne po to, by dodać autentyczności.

Zatem ten spektakl, trwający około 85 minut (z czego o jakieś 60 minut za długo), stara się być jednocześnie autentyczny i dramatyczny. To gobelin próbujący uchwycić złożoność przyczyn zamieszek oraz nitki, które splotły się po ich wygaśnięciu – aresztowania, eksmisje, próby uzdrawiania wspólnoty, konfrontacje, podziały klasowe, gorzkie oskarżenia, naiwne robienie dobrej miny do złej gry, brutalność policji, reakcję rządu i wymiaru sprawiedliwości oraz niezrozumienie samej społeczności.

Problem polega na tym, że nie ma tu spójnego celu, przewodniego motywu ani serca. Strzępy rozmów wyrwane z kontekstu budują ogólny obraz zamieszania, braku komunikacji, nieufności i nieporozumień, ale nie ma w tym żadnej głębszej refleksji. Ci, którzy przeżyli zamieszki, doskonale to wiedzą i wciąż mogą nosić blizny. Ci, których to ominęło, nie poczują prawdziwej atmosfery tamtego wybuchowego czasu ani bolesnych miesięcy, które po nim nastąpiły.

Wesoły podwieczorek na ulicy, mający pomóc sąsiadom we wzajemnym dialogu, może być jednym z obrazów tamtego okresu, ale z pewnością nie najważniejszym czy najbardziej wymownym. Tymczasem to właśnie to przyjęcie stanowi tutaj centralny punkt.

Mimo to znajdziemy tu kilka popisów aktorskich. Rufus Wright jest idealny w każdej roli – nieproszonego dziennikarza BBC, drwiącego policjanta czy komicznego reportera z "Das Spiegel". To świetnie skrojone i znakomicie zagrane postacie. Imogen Stubbs jest perfekcyjna jako współczesna Barbara z "The Good Life", pełna dobrych chęci postać, która nie bardzo wie, co robić, ale zawsze nosi na twarzy przyklejony uśmiech. Bayo Gbadamosi jest genialny jako chłopak stawiający czoła policji oraz w innych wcieleniach. Lloyd Hutchinson, Melanie Ash, Barry McCarthy i Lucian Msamati spisują się bardzo dobrze, nadając kształt serii ekscentrycznych bohaterów.

W produkcji bierze udział tak zwany Chór Społeczny – 31 ochotników w wieku od 16 do 74 lat. Blythe w programie twierdzi, że „zdecydowanie nie mogłaby” wystawić tej sztuki bez nich. Statystują, czasem milczą, kiedy indziej krzyczą i wyją; budzą grozę, zamyślają się, uśmiechają i tańczą. Czasami zabierają głos. Wprowadzają poczucie różnorodności i tłumu w każdą scenę.

Czy jednak nie ma wyszkolonych aktorów, którzy mogliby to zrobić? W przypadku sztuki, która w swej istocie dotyczy linii pęknięć w społeczeństwie spowodowanych nierównym traktowaniem, płacami, szansami i sprawiedliwością, czy naprawdę dobrym pomysłem jest angażowanie 31 nieopłacanych wykonawców obok 12 opłacanych aktorów? Jeśli spektakl nie może się bez nich odbyć, dlaczego nie dostają wynagrodzenia? Być może sprawia im to przyjemność lub czują się wyróżnieni (jeden z nich wspomina o tym w programie), ale można też założyć, że buntownikom i szabrownikom sprawiały przyjemność same zamieszki, a ich rodziny czuły się upokorzone eksmisją z mieszkań komunalnych po wyroku skazującym. Nie jestem pewien, czy takie doświadczenia należy stawiać za wzór.

Niepokój związany z tym faktem daje o sobie znać w finałowej scenie. Blythe, która gra samą siebie (i zapewne robi to trafnie), wraca na osiedle, gdzie przez miesiące prowadziła badania. Nie było jej przez pół roku, bo pracowała dla BBC. Myśli, że może po prostu wrócić i zacząć z lokalsami tam, gdzie skończyła. Sądzi, że wyrok sądu wywoła furię w okolicy. Chce tam być, by udokumentować reakcje.

Tyle że całkowicie myli się co do każdego aspektu swojego powrotu. Przepaść między jej wyobrażeniem o społeczności, którą obserwowała tak intensywnie, a rzeczywistością tych ludzi, jest gigantyczna i budzi ciarki żenady.

Ale w bardzo jasny sposób ta finałowa scena idealnie podsumowuje główny problem, który sztuka stara się poruszyć: uprzywilejowany, majętny biały establishment, który codziennie podejmuje decyzje i osądy dotyczące życia uboższych społeczności, nie ma pojęcia, co nimi kieruje, czego potrzebują ani co myślą lub czują. Ta „Mała Rewolucja” musi stać się większa i musi wydarzyć się wewnątrz samego establishmentu, a nie wśród jego ofiar.

I finałowa scena Blythe, trzeba to przyznać – odważnie, pokazuje jej własne uwikłanie w ten brak zrozumienia.

Ian MacNeil przekształcił przestrzeń Almeidy w coś, co przypomina Bush Theatre. Jest osobliwie, prowizorycznie i na swój sposób chaotycznie. Widownia jest rozproszona wokół miejsc akcji, światła na widowni są przez większość czasu włączone, co tworzy atmosferę pospolitej codzienności, niedofinansowania, nędzy i radzenia sobie z tym, co jest pod ręką.

Projekt oświetlenia Guya Hoare’a wydał mi się irytujący. Reżysersko-scenograficznym zabiegiem jest migotanie świateł przy przejściach między niepowiązanymi scenami lub gdy aktorzy zmieniają role. Na początku to razi, a potem staje się po prostu frustrujące.

Ostatecznie uważam, że to, co Blythe tu osiągnęła, miałoby większą siłę rażenia jako słuchowisko radiowe z autentycznymi głosami prawdziwych ludzi zaangażowanych w zamieszki, które zapewniłyby dramaturgię, zainteresowanie i wzruszenie. Choć próba naśladowania mowy prawdziwych osób przez aktorów jest ciekawa, wydaje się też dość jałowa, gdy to właśnie ta mowa ma poruszyć sumienie widza.

Jako porywające doświadczenie teatralne, ten spektakl zupełnie mija się z celem.

Little Revolution jest grane od wtorku 26 sierpnia 2014 do soboty 4 października 2014 Kasa biletowa: 020 7359 4404 lub online

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS