WIADOMOŚCI
RECENZJA: Loserville, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Obsada Loserville. Fot.: Darren Bell Loserville
Union Theatre
8 marca 2015
4 gwiazdki
Los wielu musicali leży w rękach osób odpowiedzialnych za pierwszą inscenizację. Gdy nowa produkcja okazuje się klapą, winą często obarcza się głównych twórców – librecistę i kompozytora. Bardzo rzadko odpowiedzialność spada na osoby odpowiedzialne za casting, reżyserię czy oprawę wizualną. Łatka „klapy” przylega do samego dzieła, do pracy artystycznej, a nie do tych, którzy pierwotnie je reżyserowali, przygotowywali choreografię czy występowali na scenie.
Pierwsze produkcje Merrily We Roll Along, The Grand Tour czy Candide (by wymienić tylko kilka) uznawano za porażki. Jednak kolejne wystawienia udowodniły, że ta początkowa ocena była śmiesznie mylna.
Premiera Loserville na West Endzie, musicalu z librettem, muzyką i tekstami piosenek Elliota Davisa i Jamesa Bourne'a, nie odniosła sukcesu. Uważałem ją za fatalną pod wieloma względami – nie muzycznie, ale to koncept napędzający tamtą produkcję oraz triki zastosowane w scenografii i prezentacji wydawały się głównymi winowajcami. Wznowienie Loserville, wystawiane obecnie w Union Theatre, dobitnie potwierdza tę tezę.
W reżyserii Michaela Burdena, z kierownictwem muzycznym Bryana Hodgsona i choreografią Matta Kazana, ta wersja Loserville kipi entuzjazmem, łącząc znajome komediowe stereotypy ze świetnym śpiewem i tańcem zespołu, dając utalentowanym wykonawcom szansę na zabłyśnięcie, a jednocześnie podkreślając atuty libretta, partytury i tekstów.
Ta produkcja rozkoszuje się swoją „geekowatością”. Nie każdy musical może ze spokojem puszczać muzykę z Gwiezdnych Wojen jako podkład „wprowadzający widza w nastrój”. Ten może. Nie każdy musical potrafi połączyć pasję do Star Treka, zbyt krótkie spodnie i skłonność do dłubania w nosie jako urocze cechy głównych bohaterów. Ten może. Nie każdy musical potrafi stworzyć komiczne momenty i powracające żarty z lubieżnego podglądania wysportowanych dziewczyn czy z osiedlowych osiłków znęcających się nad słabszymi. Ten może. Podążając za mottem Star Treka, Loserville „odważnie kroczy tam, gdzie żaden musical jeszcze nie dotarł”.
Momentami „współczynnik nerda” przekracza rozsądne granice i nie ma wątpliwości, że narracja mogłaby być bardziej zwarta, a niekiedy bardziej klarowna lub pogłębiona. Na przykład wydaje się, że w scenach na konwencie Science Fiction otwierających drugi akt drzemie niewykorzystany potencjał. Przyjrzenie się bohaterom w miejscu, gdzie ich dziwactwa czynią ich zwyczajnymi, mogłoby przynieść ciekawe rezultaty.
Historia jest odjechana i odpowiednio absurdalna. Cofamy się do wczesnych lat siedemdziesiątych, gdy Star Trek właśnie zakończył swoją pierwszą emisję w telewizji, a internet jeszcze się nie narodził. Mamy popularne dzieciaki (bogaci, piękni i niezbyt mądrzy) oraz rozpaczliwie niepopularnych uczniów (niebogaci, bystrzy, obsesyjni), którzy z trudem dzielą wspólne godziny nauki i rozrywki. Geeki trzymają się razem tak samo jak popularni, ale nie próbują ich upokarzać tak, jak tamci upokarzają ich. Kontrast w wyglądzie i stylu jest tak samo wyraźny, jak różnice w ich temperamentach.
Do tej typowej mieszanki trafiają szczególne składniki: chłopak-geek, który chce zostać pisarzem, imieniem Lucas, piszący romantyczną opowieść osadzoną w samym środku gwiezdnych bitew (łapiecie?); dziewczyna-geek, która chce zostać astronautką i skrywa tajemnicę czyniącą ją podatną na szantaż; chłopak-geek wierzący, że znajdzie sposób, by komputery rozmawiały ze sobą i chce to zrobić przed wszystkimi innymi (tak, przyjmijmy, że internet stworzył amerykański nastolatek pracujący w pojedynkę, jeśli wolicie); oraz nieprawdopodobnie próżny, narcystyczny i głupi Adonis, który desperacko chce zaimponować ojcu, nie robiąc przy tym kompletnie nic.
Ta czwórka wraz z przyjaciółmi lawiruje przez fabułę, mierząc się z tematami takimi jak znaczenie prawdziwej przyjaźni, lojalność, presja miłości, zdrada, przebaczenie i akceptacja samego siebie. Te wartościowe, ważne przesłania nigdy nie są podawane w sposób toporny, ale są obecne, nadając głębię w rytmie kolejnych wygłupów.
Program milczy na temat tego, kto odpowiada za scenografię, ale ktokolwiek to był, stworzył pozornie prostą, lecz genialną ramę dla akcji. Gołe ściany i podłogi Union Theatre pokryte są naukowymi wyliczeniami, graffiti w klimacie sci-fi i odrobiną zabawnych cytatów. Znajdziemy tu nawiązania do Star Treka, pierwszego filmu George'a Lucasa „THX 1138” czy Einsteina – to prawdziwe niebo dla nerdów w formie rysunków i obrazów.
W scenografii są jeszcze dwa kluczowe elementy: dwie małe tablice przymocowane do tylnej ściany, które służą do sprytnego ogłaszania miejsc akcji, podkreślając szkolny świat bohaterów, oraz dziewięć kolorowych pudeł służących za najróżniejsze rekwizyty, które razem tworzą ostateczny symbol geeka – kostkę Rubika, absolutną kwintesencję lat siedemdziesiątych.
Elle-Rose Hughes przygotowała świetne kostiumy, które oddają zarówno czas, jak i styl epoki. Scena konwentu science-fiction jest szczególnie imponująca pod względem ubiorów, ale w całym spektaklu nie brakuje drobnych akcentów, które dodają całości lekkości i energii.
Burgen, w swoim reżyserskim debiucie, dba o to, by akcja i postacie tętniły życiem. Spektakl ma dobre tempo, a poziom energii jest wysoki i dobrze ukierunkowany. Niektóre gagi podkreślające dziwactwa bohaterów są nieco zbyt przeciągnięte, ale ani przez chwilę nie czuć dojmującej nudy, która była znakiem rozpoznawczym oryginalnej produkcji z West Endu.
Jednak najlepszą stroną tej produkcji jest muzyka: Hodgson wydobywa z całego zespołu to, co najlepsze wokalnie; kiedy wszyscy śpiewają, brzmienie jest pełne, nasycone i porywające. Partie są świetnie rozpisane. Hodgson gra na klawiszach i kieruje dobrą pracą Nicky’ego Caulfielda (perkusja) oraz Jamiego Rossa (gitara), zapewniając pewny, pulsujący akompaniament dla głosów obsady. Partytura jest popowa, melodyjna i pełna życia.
Istnieją jednak problemy z balansem między solistami a zespołem muzycznym, a wina nie leży po stronie muzyków. Union Theatre to kameralna przestrzeń i powinno być możliwe śpiewanie akustyczne tak, by być słyszanym – i wielu aktorów to udowadnia. Jednak nie wszyscy. Dotyczy to zwłaszcza solistek, z których większość nie ma odpowiedniej projekcji głosu i podparcia, by przebić się przez zespół. To kwestia wyszkolenia i umiejętności, a nie mikrofonów. Wykonawca musi umieć śpiewać własnym ciałem tak, by go słyszano; poleganie na nagłośnieniu w takim miejscu jak Union jest niedorzeczne.
Najlepsze kreacje stworzył komediowy duet Sandy’ego Grigelisa i Matthew Harveya, którzy grają arcy-geeków, Marvina i Francisa. Przyjmując absurdalne i ekstremalne aspekty swoich ról, obaj balansują na cienkiej granicy między groteską a prawdą. Są autentycznie zachwycający w każdym calu; ich śpiew i taniec są równie doskonałe jak kreacje aktorskie.
Jordan Fox jest wspaniały jako niedoszły George Lucas, w komplecie z niemądrymi okularami i fatalną fryzurą. Tworzy bardzo szczegółową postać nerda nad nerdami, pełną drobnych nawyków i nerwowej energii. Potrafi też świetnie śpiewać i zapewnia wokalny szczyt tej produkcji.
Jako paskudny przystojniak, Eddie Arch, Lewis Bradley jest bardzo przystojny i ani trochę paskudny jako aktor. Dość trudno jest oddać głupotę i próżność na wymaganym tutaj poziomie, ale Bradley robi to z ogromną wprawą. Jako miły przystojniak, Michael Dork, Luke Newton jest kwintesencją uprzejmości (i urody), z czystym, słodkim głosem i solidnymi umiejętnościami tanecznymi.
Isobel Hathaway wypada najlepiej z kobiecej części obsady; jej Samantha jest energiczna i ma dobry głos. Ani Holly-Anne Hull, ani Sarah Covey nie wydają się szczególnie dobrze obsadzone w swoich rolach, choć obie ciężko pracują, by to ukryć; wokalnie żadna z nich nie jest tak silna, jak można by sobie życzyć.
Zespół jest mocny i zdyscyplinowany; w szczególności ich wykonanie energicznej choreografii Kazana jest precyzyjne i imponujące. Wyróżniają się i zasługują na uwagę Charlie Kendall, Delycia Belgrave i Morgan Scott.
Union Theatre, zainspirowany wizją Sashy Regan przełamywania barier na scenie alternatywnej, jest miejscem, którego Londyn naprawdę potrzebuje. Daje szansę aktorom rozpoczynającym karierę i tchnie nowe życie w musicale takie jak Loserville, które mogły nie zostać docenione przy pierwszym podejściu. Produkcja Burdena pokazuje, że w Loserville tkwi wartość, której oryginał nawet nie sugerował.
Zabawny i zaskakujący – ten spektakl dopieści waszego wewnętrznego geeka. Dobrze wiecie, że go macie.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności