Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Love's Labour's Won (Stracone zachody miłości), Royal Shakespeare Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Obsada spektaklu Wiele hałasu o nic (jako Zwycięskie prace miłości). Fot. Manuel Harlan Wiele hałasu o nic (Zwycięskie prace miłości)

Royal Shakespeare Theatre

28 lutego 2015

4 gwiazdki

To, czy „zaginiona” sztuka Szekspira „Zwycięskie prace miłości” (Love's Labour's Won) jest rzeczywiście stracona, czy to po prostu inna nazwa dla jednego z istniejących dzieł w kanonie, okazuje się być, nomen omen, wielkim hałasem o nic. Jak sam Szekspir pisał w innym miejscu: „Czymże jest nazwa?” oraz „Sztuka jest rzeczą najważniejszą”. Jeśli zostanie odkryty nowy tekst – wtedy można szaleć. Do tego czasu, czy tytuły mają aż takie znaczenie?

Biorąc pod uwagę inscenizację Christophera Luscombe’a wystawianą obecnie w Royal Shakespeare Theatre, zmiana tytułu „Wiele hałasu o nic” na „Zwycięskie prace miłości” nie wnosi, o ile można sądzić, nic nowego do zrozumienia sztuki, przynajmniej z perspektywy widza. Podobnie samo zestawienie jej ze „Straconymi pracami miłości” nie przynosi szczególnego oświecenia ani głębszego wglądu w treść.

Kwestia tytułu nie leży po stronie Luscombe’a; to pomysł dyrektora artystycznego RSC, Gregory’ego Dorana, który twierdzi, że „zawsze odnosił wrażenie, iż te dwie sztuki pasują do siebie” oraz że „Wiele hałasu o nic mogło być znane pod tytułem Zwycięskie prace miłości jeszcze za życia Szekspira”. Doran może mieć rację, ale zestawienie ich w tym sezonie w żaden sposób tego nie potwierdza ani nie neguje.

I choć tytuł może nie mieć takiego znaczenia jak sama gra aktorska, to jednak wywiera pewien wpływ. „Zwycięskie prace miłości” (pomijając spory o interpunkcję w oryginale) sugerują w swej istocie sztukę, w której miłość triumfuje nad przeciwnościami losu. „Wiele hałasu o nic” wcale tego nie sugeruje. Co więcej, patrząc przez pryzmat naukowy, słowo „nic” (nothing) w czasach Szekspira miało inne znaczenie – było kolokwialnym nawiązaniem do kobiecej anatomii. Patrząc w ten sposób, tytuł można by luźno przetłumaczyć jako „Wiele hałasu o kobiety”. Co ma sporo sensu.

Akcja osadzona jest w bardzo patriarchalnym społeczeństwie. Mężczyźni rządzą wszystkim, z wyjątkiem wiedzy, jaką ich kobiety mają na temat własnych ciał. Mężczyźni boją się tego i panicznie lękają miana rogacza. Stąd gwałtowna reakcja Claudia na fałszywą wieść o niewierności Hero i gotowość wszystkich wysoko postawionych mężczyzn do porzucenia jej, bez szczerego opłacania jej rzekomej śmierci. Mnóstwo zamieszania wokół kobiety – Hero – a wszystko to przez intrygi Don Johna.

Złośliwe przekomarzanie się i udawana niechęć między Benedickiem a Beatrice to kolejny rodzaj owego „hałasu”. O ile konflikt Hero i Claudia w swej istocie zabawny nie jest, o tyle relacja Benedicka i Beatrice jest nim całkowicie. Cały sposób prowadzenia śledztwa i rewelacje Dogberry’ego to jeszcze jedno „zamieszanie o nic”. Pojęcie to przenika całą sztukę, a hałas zagłusza miłość, przez co wizja „zwycięstwa” trudów miłości wydaje się nietrafiona. Hero nie wygrywa; to Don John przegrywa.

Równie dobrze użycie tytułu „Zwycięskie prace miłości” sugeruje, że Beatrice i Benedick to postaci centralne i że jedno z nich (lub oboje) ostatecznie „wygrywa”. Ale to nie do końca prawda. Sztuka koncentruje się na Hero i Claudiu; wszystkie ścieżki narracyjne prowadzą do nich lub ich dotyczą. Hero („Bohaterka”) nie bez powodu nosi takie imię. Intrygi Don Johna, zerwane zaślubiny Claudio i Hero, upokorzenie dziewczyny, śledztwo Dogberry’ego i ostateczne odkupienie Hero – Beatrice i Benedick są w tym głównym nurcie opowieści jedynie postaciami drugoplanowymi.

Współczesna moda, którą podąża tu Luscombe, każe czynić ze sztuki spektakl głównie o Beatrice i Benedicku. Prawda jest jednak taka, że aby dzieło w pełni zalśniło, należałoby poświęcić Claudiowi i Hero tyle samo uwagi. Sztuka może być bardzo zabawna, pełna radosnej lekkości, jak ma to miejsce u Luscombe’a. Może być jednak również czymś znacznie głębszym, angażującym i – po cichu – druzgocącym. Owszem, kończy się radosnym akcentem, ale droga do finału jest wyboista i pełna trudnych tematów, które w „Show Beatrice i Benedicka” zostają zamiecione pod dywan. Beztroska wesołość wysuwa się na pierwszy plan, podczas gdy ból i żal, z którymi mierzy się prawdziwa miłość, odchodzą w niebyt. Tragedia Hero zostaje zepchnięta na boczny tor.

Naprawdę wielkie inscenizacje „Wiele hałasu o nic” analizują tragedię Hero i Claudia w najdrobniejszych detalach – od beztroskiego szczęścia, przez mrok zdrady i odrzucenia, aż po nieśmiałe pojednanie. Gry słowne dwójki protagonistów stanowią wtedy jedynie świetne wytchnienie od tej kluczowej podróży. Kiedy te dwa wątki się przecinają, dają widzowi wiele do myślenia.

Gdy intryga Don Johna odnosi skutek, Hero zostaje potępiona przez mężczyzn i „umiera”, Beatrice żąda od Benedicka, by pomścił jej honor. To, że Benedick spełnia jej prośbę, wyzywając Claudia na pojedynek, jest pierwszym prawdziwym dowodem jego realnej miłości do Beatrice. Scena wyzwania jest trudna dla obu mężczyzn; Claudio czuje się zdradzony po raz drugi, tak wielki jest jego szacunek do honoru i obowiązku. To jedne z tych kluczowych momentów, które nie zyskują należytej uwagi w wersji skupionej wyłącznie na duecie B&B.

Mimo to propozycja Luscombe’a jest warta uwagi. To bardzo zabawna wersja „Beatrice i Benedick show” z wspaniałą scenografią z epoki (Simon Highlett), fantastycznymi kostiumami, uroczą muzyką Nigela Hessa i pełnym energii ruchem scenicznym Jenny Arnold. Osadzenie akcji w okresie po I wojnie światowej sprawdza się znakomicie; poczucie zmieniających się czasów jest tu jak najbardziej na miejscu. To łagodny, ale rześki okres i niemal słychać już nadchodzącą erę flapperek. Cała oprawa wizualna, w tym znakomite oświetlenie Olivera Fenwicka, nadaje interpretacji tekstu piękno i styl.

Michelle Terry i Edward Bennett doskonale radzą sobie jako odpowiednio Beatrice i Benedick. Terry jest w wyśmienitej formie; jej uśmiech mógłby kruszyć obsydian, a riposty są błyskotliwe i kąśliwe. Jej najlepszy moment to milcząca wymiana spojrzeń z Claudiem po rehabilitacji Hero. Bennett bawi się wyśmienicie, zwłaszcza w scenie, w której kryje się w ogromnej choince, by podsłuchać, co koledzy mówią o uczuciach Beatrice do niego. Jest zaraźliwie uroczy i zabawnie absurdalny. Razem tworzą prawdziwą skarbnicę komicznych popisów.

Wspaniale wypadają starsi aktorzy zespołu: David Horovitch (jego ciepły, melodyjny głos to czysta przyjemność), John Hodgkinson, Thomas Wheatley oraz Jamie Newall. Nick Haverson to genialnie gapowaty Dogberry, a Verges w wykonaniu Rodericka Smitha stanowił pyszny dodatek do tych policyjnych błazeństw i detektywistycznych zmagań.

Sam Alexander jako podły Don John był odpowiednio śliski i nikczemny, choć wolałbym lepiej zrozumieć, dlaczego właściwie tak bardzo chciał zniszczyć związek Claudia i Hero. Jego ulizane, rzadkie włosy były świetnym detalem i dobrze było zobaczyć Alexandra w roli przełamującej jego dotychczasowy wizerunek sympatycznego czarusia.

Harry Waller zaprezentował się ze świetnej strony jako Balthasar, a jego śpiew był jednym z mocniejszych punktów wieczoru. Frances McNamee i Emma Manton jako służące Urszula i Małgorzata były odpowiednio dziarskie, rozchichotane i skore do psot.

Tunji Kasim był przystojnym Claudiem i trudno było nie ulec urokowi jego występu, który był niemal pozbawiony ostrych krawędzi. Dobrze radził sobie z tekstem, ale w postaci Claudia kryje się znacznie więcej, niż ta produkcja chciała wydobyć. Podobnie w roli Hero – Flora Spencer-Longhurst była absolutnie urocza, wręcz olśniewająca, ale Hero musi znosić chwile prawdziwej agonii, na co „Show Beatrice i Benedicka” nie pozwolił. Oboje wydają się zdolni, a nawet ponadprzeciętnie uzdolnieni do sprostania większym wymaganiom swoich ról; szkoda, że uznano lekką komediową formę za bardziej odpowiednią, odbierając im na to szansę.

Spektakl „Wiele hałasu o nic” pod tym nowym tytułem był niezwykle przyjemny – to sprawnie zrealizowany, przezabawny i wizualnie piękny wieczór w teatrze. Dawno nie słyszałem, by publiczność w Stratford-upon-Avon tak entuzjastycznie wyrażała swój podziw. Popularne i śliczne. Genialny popis duetu Beatrice i Benedick!

A ja? Ja jednak wolałbym inscenizację „Wiele hałasu o nic”.

Spektakl w RSC można oglądać do 3 marca

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS