WIADOMOŚCI
RECENZJA: Marry Me A Little, St James Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Simon Bailey i Laura Pitt-Pulford. Fot.: Roy Tan Marry Me A Little St James Theatre 6 sierpnia 2015 4 gwiazdki
W swojej monumentalnej książce „Finishing The Hat”, Stephen Sondheim przekonuje, że teksty teatralne powinny być wykonywane we właściwym kontekście; że treść dyktuje formę; że mniej znaczy więcej, a Bóg tkwi w szczegółach.
Ale co dzieje się z piosenkami, które zostają usunięte z musicali jeszcze przed premierą? Jaki jest wtedy ich właściwy kontekst? Skoro zostały odrzucone, czy treść ma jeszcze znaczenie dla formy? Jak Bóg może tkwić w detalach porzuconych numerów?
„Marry Me A Little” to coś pomiędzy spektaklem a rewią. Został stworzony w 1980 roku przez Craiga Lucasa i René Normana z wykorzystaniem utworów Sondheima, które wycięto z jego wcześniejszych musicali – choć od 1980 roku niektóre z nich, całkiem słusznie, przywrócono do oryginałów. W St James' Studio oglądamy teraz nową interpretację tego dzieła w reżyserii Hannah Chissick.
Ta wersja prezentuje poszatkowaną, nieliniową opowieść o relacji dwójki nowojorczyków. On to typowy, poczciwy amerykański chłopak – pizza, piwo, golf i futbol; niepewny zaangażowania, zadowolony z seksu bez zobowiązań. Ona jest nieco cierpka, inteligentna, pełna nadziei i marzeń, ale przy tym wymagająca (w nieagresywny sposób) w kwestii potrzeby stabilizacji i założenia gniazda.
Wieczór ukazuje nam tę parę – ich spotkanie, zbliżenie, szczęście, rozpad i rozstanie – choć niekoniecznie w tej kolejności.
To jeden ze sposobów postrzegania tej sztuki.
Z drugiej strony, teksty i muzyka Sondheima są pełne wglądu, mądrości i zrozumienia ludzkich relacji, zwłaszcza tych heteroseksualnych, a to teatralne doświadczenie skupia na tym całą naszą uwagę. To doprawdy niezwykłe, że ktoś, kto w czasie pisania tych piosenek nie miał większego doświadczenia w głębokich związkach uczuciowych, a już na pewno nie z kobietami, potrafił stworzyć takie utwory. A jednak pisze o kobiecych emocjach z niezwykle trafną intuicją, będącą bez wątpienia wynikiem wnikliwej obserwacji.
Jest coś z boskiego uniesienia w obserwowaniu, jak dwoje wykonawców pokonuje kolejne przeszkody postawione przez Sondheima, by dotrzeć do nieuchronnie bolesnego i osamotnionego finału. Jeśli nie dla innych walorów, warto zobaczyć tę rewię, by zrozumieć, dlaczego drugi akt „Into The Woods” ma tak mroczny i skupiony na konsekwencjach charakter. Życie właśnie takie jest.
Z jeszcze innej strony, można potraktować ten wieczór jako zabawę w zgadywanie przy każdym utworze, z którego musicalu Sondheima pierwotnie pochodził. To świetna gra – niektóre piosenki ewidentnie pasują do „Follies” czy „Company”, inne są bardziej niszowe. Ja na przykład nie rozpoznałem numeru wyciętego z „A Funny Thing Happened On The Way To The Forum” (Zabawna historia wydarzyła się w drodze na forum). To naprawdę dobra zabawa.
Spektakl trwa sześćdziesiąt minut, więc nie jest ani trochę męczący. Można by wręcz argumentować, że warto by dorzucić do tej mieszanki więcej materiału – piosenki napisane przez Sondheima po 1980 roku – by zwłaszcza rozbudować wątek szczęścia dzielonego przez parę. Inne zmiany też mogłyby pomóc: „I Remember” z „Evening Primrose” byłoby być może ciekawszym wyborem dla Kobiety niż „The Girls of Summer” (napisane chyba do sztuki teatralnej). Miło byłoby spędzić więcej czasu na radosnych chwilach pary – piosenki z „Passion” czy „Road Show” mogłyby tu zadziałać na korzyść.
Mniejsza z tym.
To zachwycające i wciągające doświadczenie teatru muzycznego. Zawsze pojawia się dreszcz emocji, gdy kobiety śpiewają utwory napisane dla mężczyzn i odwrotnie, i tak jest w tym przypadku: wykonanie przez Kobietę utworu tytułowego „Marry Me A Little” jest triumfalnym i przełomowym punktem tej muzycznej podróży.
Chissick prezentuje nowoczesne spojrzenie na lęki związane z relacjami przez pryzmat tekstów i muzyki Sondheima. Niezależnie od tego, co twierdzi sam kompozytor, tutaj nowa treść dyktuje użycie starej formy; utwory napisane w jednym celu zostają zaadaptowane do innego. I to działa – ponieważ teksty i muzyka Sondheima mają tę wyjątkową zdolność perfekcyjnego funkcjonowania zarówno w swoim pierwotnym miejscu, jak i w zupełnie innych kontekstach. Właśnie dlatego tak wielu artystów śpiewa jego piosenki poza spektaklami.
Jako Kobieta, Laura Pitt-Pulford jest po prostu urocza. Choć górne rejestry jej głosu nie zawsze bywają krystalicznie czyste, śpiewa z ogromną ekspresją, pasją i zaangażowaniem. Rezultatem jest przejmująco odmalowana podróż przez miłość i cierpienie. Jest szczególnie wspaniała w utworze tytułowym, „Boy Can that Boy Foxtrot” oraz „There Won't Be Trumpets”. Ona naprawdę rozumie, że piosenkę aktorską trzeba zagrać, a nie tylko wyśpiewać.
Simon Bailey jako zagubiony, beznadziejny i niezdolny do deklaracji Mężczyzna jest odpowiednio melancholijny, swojski i niepoprawnie „męski”. Śpiewa dobrze, choć momentami siłuje się z górnymi nutami. Nie można mu jednak odmówić oddania emocjonalnemu centrum sztuki i muzyce. Jego wykonanie „Happily Ever After” było jednym z jaśniejszych punktów wieczoru.
To teatr muzyczny w swoim najbardziej optymistycznym wydaniu: łączenie utalentowanych wokalistów z błyskotliwymi tekstami i melodiami w celu stworzenia całkowicie nowej jakości.
Brawo dla wszystkich zaangażowanych. Jeśli kochacie musicale – idźcie koniecznie!
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności