Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: My Land's Shore, Ye Olde Rose And Crowne ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Obsada spektaklu My Land's Shore. My Land's Shore

Ye Olde Rose And Crowne

10 lutego 2017

4 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Prace nad nim trwały piętnaście lat i wreszcie – oto jest – show doczekało się światowej premiery scenicznej w pełnej oprawie. To epickie osiągnięcie nie tylko dla autorów tego wycinka walijskiej historii, na który składa się aż 35 numerów muzycznych autorstwa Christophera J. Ortona oraz libretto i teksty piosenek Roberta Goulda. To także wspaniały sukces zespołu kreatywnego pod wodzą reżysera Brendana Matthew, który prezentuje tu swoją szóstą w ostatnim czasie inscenizację. Matthew udowadnia, że świetnie radzi sobie ze skomplikowaną siecią wątków tego scenariusza, współpracując ze swoją zaufaną partnerką, choreografką i asystentką reżysera Charlotte Tooth. Jej zdolność do inscenizowania wielkich, żywiołowych układów tanecznych na zatłoczonej scenie graniczy z cudem. Całość dopełniają znakomite aranżacje Aarona Clinghama, rezydenta i kierownika muzycznego, przygotowane na sześcioosobowy zespół. To także kolejny triumf logistyczny tej kameralnej sali nad pubem w Walthamstow, która stała się jedną z czołowych nieoficjalnych scen repertuarowych teatru muzycznego w kraju. 18-osobowa obsada (pomysłowo ubrana przez Celestine Healy) wypełnia imponującą, wielopoziomową drewnianą konstrukcję (autorstwa zawsze pomysłowej Joany Dias), która pnie się niemal pod sam sufit i oferuje kilka punktów wyjścia, co pozwala na niezwykle dynamiczny ruch zespołu.

Oparta na faktach historia Dica Penderyna, który nosi cokolwiek niewygodny tytuł „pierwszego męczennika walijskiej klasy robotniczej”, zrodziła się w głowie Ortona, a pokaz warsztatowy pierwotnej wersji odbył się w Londynie już w 2005 roku. Od tamtej pory do projektu dołączył Gould i przez liczne poprawki, pokazy typu showcase oraz nagrania dotarliśmy do obecnej wersji scenariusza. Można się zastanawiać, czy to ostatnie słowo twórców w tym temacie. Partytura jest bez wątpienia olśniewająca, oferując iście operowy wachlarz przyprawiających o dreszcze chórów, pięknych solówek, potężnych scen zbiorowych i momentów niemal mistycznego uniesienia. Nie wiem, jak ocenią to sami autorzy, mając teraz korzyść z zobaczenia całości w ruchu na scenie, ale dla wielu widzów show wydaje się należeć do narzeczonej głównego bohatera, Angharad (intensywna Rebecca Gilliland). Jest ona rozdrabniana między dwoma mężczyznami: obecnym ukochanym, bohaterem klasy robotniczej Richardem Lewisem (świetny Aidan Banyard), a mrocznym widmem z przeszłości, Jenkinsem (równie przystojny, lecz w złowieszczą stronę, Taite-Elliot Drew). Jenkins to odziany w czerń, posępny i bezwzględny strażnik litery prawa, który otrzymuje misję (pracę marzeń) wytropienia i zniszczenia dawnego rywala. Mamy lata 30. XIX wieku, rewolucja znów wisi w powietrzu. I jeśli nad barykadami wzniesionymi na ulicach małego górniczego miasteczka nie łopocze francuska trikolora, nie jest to winą autorów tej nowoczesnej operetki, którzy stworzyli dzieło będące nie tyle walijską odpowiedzią na „Nędzników”, co ich bardzo głośnym dramaturgicznym echem.

Choć na ten moment centralny dylemat nie zajmuje tak pierwszoplanowego miejsca, jakie daliby mu Boublil i Schönberg. „My Land's Shore” to w dużej mierze męskie kino (a raczej teatr), w którym polityczne dysputy – czasem przydługie – toczone są z wielkim zapałem. Dias wkomponowała w scenografię dwie równoległe wieże, na szczycie których reżyser na początku umieszcza przedstawicieli górnictwa i przemysłu – odpowiednio Williama Crawshaya (Andrew Truluck) i Josiaha Guesta (Hywel Dowsell) – by toczyli debatę o powadze i statyce godnej niedzielnego kazania w kaplicy metodystów. Można to albo pokochać, albo uznać za nieco nużące. Oddając sprawiedliwość, Victor Hugo czyni podobnie w swojej opasłej powieści, rozwodząc się nad Dobrem, Złem i Duszą Człowieka, jednak jego adaptatorzy byli bardziej bezwzględni przy tworzeniu libretta.

Niemniej jednak, ta podniosłość wielokrotnie działa na korzyść spektaklu: finał jest niezwykle oszczędny w formie, a jeden z bohaterów, Sean (znakomity Raymond Walsh), zatrzymuje bicie serc widzów sensacyjnie prostą, lecz wyśmienitą pod względem frazowania i tempa pieśnią zwrotkową, przy akompaniamencie – co jest jednym z wielu przebłysków geniuszu instrumentacji – samej tylko gitary akustycznej. Wyważenie balansu dramatyczno-muzycznego to trudna sztuka, co pozwala mi sądzić, że scenariusz może jeszcze ewoluować. Spektakl jest grany tutaj tylko przez dwa i pół tygodnia, a to sensacyjne dzieło naprawdę zasługuje na znacznie więcej uwagi.

Grane do 26 lutego 2017 r.

Zdjęcia: David Ovenden

ZAREZERWUJ BILETY NA MY LAND'S SHORE W YE OLDE ROSE AND CROWNE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS