Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Muted, The Bunker ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Tori Allen-Martin i David Leopold w spektaklu Muted Muted

The Bunker

Niedziela, 11 grudnia

3 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

Ten fascynujący nowy projekt teatru muzycznego ma długą i zawiłą historię. Po raz pierwszy zaistniał jako „After The Turn” w Courtyard Theatre w 2012 roku – gdzie Mark Shenton okrzyknął go brytyjskim odpowiednikiem „Rent”. Po gruntownych przeróbkach dokonanych przez dramatopisarkę Sarah Henley oraz duet twórców piosenek Tori Allen-Martin i Tima Prottey-Jonesa, po raz pierwszy zetknąłem się z nim na początku tego roku w Actors’ Church w Covent Garden. Zaprezentowano go tam – z doskonałym skutkiem – w formie koncertowej z fenomenalną obsadą prosto z West Endu. Reżyser Jamie Jackson świetnie wydobył muzyczne walory dzieła, wykorzystując znakomity zespół sesyjny ulokowany w zakrystii, którego dźwięki płynęły do „widowni”, gdzie utwory wyśpiewano z niesamowitą energią; kierownik muzyczny Simon Lambert z mistrzowską precyzją i polotem koordynował akcję na stopniach prezbiterium z grą zespołu ukrytego w odległym kącie budynku. To było naprawdę porywające wydarzenie.

Twórcy zdają się odnajdywać źródło witalności w historii o codziennej tragedii – takiej, jakie co dzień wypełniają szpalty „Evening Standard”. To bolesna opowieść o ludziach uwięzionych przez los i pecha, lecz niezłomnych w swoim dążeniu do przetrwania. Choć na scenie „działo się” niewiele, to, co otrzymaliśmy – idealnie wpasowane w sakralną przestrzeń – było rodzajem nowoczesnego miejskiego oratorium: ambitnym w wizji twórczej i niezwykle atrakcyjnym muzycznie.

Helen Hobson w Muted

Wspaniale więc, że prężnie działający, nowy teatr „The Bunker” (podziemna ostoja awangardy i odważnych form sąsiadująca z Menier) włączył ten tytuł do repertuaru, zajmując nim prestiżowy, świąteczno-noworoczny slot. Oczekiwania wobec tego młodego, drapieżnego spektaklu są ogromne. Zaplanowano miesiąc grania przy pełnej widowni. Stephen Fry opisał show jako „oszałamiające” i rzeczywiście, tuż po wejściu do teatru scenografia Sarah Beaton zapiera dech w piersiach: złowieszczy czarny boks zwieńczony odwróconym trójkątem białego światła (reżyseria świateł: Zoe Spurr), który upiornie lśni nad centralnie zawieszoną huśtawką. Ta z kolei wisi nad zagłębionym, geometrycznym czarnym basenem wkomponowanym w podest wyniesionej sceny. Wygląda to genialnie i zostaje w pamięci na długo.

Ale co to ma wspólnego z samą historią? To już mniej jasne. Spektakl przypomina zagadkę, którą widz musi rozszyfrować w ciągu dwóch i pół godziny. Tak abstrakcyjna inscenizacja jest odważnym, radykalnym rozwiązaniem dla sztuki napisanej z charakterystycznym dla Sarah Henley naturalizmem. Co ciekawe, Edd Campbell-Bird, grający główną rolę Michaela, ostatnio występował w niemal identycznej scenerii (również z motywem wody) w ekspresjonistycznym „Adding Machine” w teatrze Finborough, co jest trafnym przypomnieniem, jak wybory inscenizacyjne mogą przybliżać – lub oddalać – widza od historii. Trudno nie zadać sobie pytania, czy ten koncept wizualny służy treści, czy wywołuje zupełnie inny efekt. Kostiumy są w pełni realistyczne, oświetlenie – wręcz przeciwnie. Niektóre produkcje typu „black box” działają fenomenalnie (nikt, kto widział „Makbeta” Trevora Nunna z Judi Dench i Ianem McKellanem, o tym nie zapomni). Pytanie brzmi: czy „Muted” to właśnie tego typu show?

Mark Hawkins w Muted.

Zasadniczo czerń to kolor, który wysysa energię z inscenizacji, chyba że znajdzie się na nią antidotum: czarna przestrzeń w „A Chorus Line” była na przykład rozświetlana blaskiem potężnych reflektorów i rzędem luster, a całość napędzało euforyczne libretto. Tam mieliśmy do czynienia z całą gamą potężnych uderzeń, podczas gdy Interval Productions zdaje się grać na delikatnym trójkącie. Muzyka pod kierownictwem Adama Gerbera, wykonywana przez zdyscyplinowany rockowy zespół (Gus Isidore – gitara, Greg Pringle – bas, Stephen Street – perkusja), jest wyważona i subtelna. Delikatne kontury dźwiękowe w projekcie Maxa Perrymenta sprawiają, że śpiew jest uważny i refleksyjny; jedynie partia Lauren zdaje się unosić muzykę na wyższy poziom, dając poczucie czystej przyjemności. Poza tym dominuje powaga i niemal sztywny formalizm w sposobie prowadzenia narracji. Rozlewa się to na każdy aspekt spektaklu, który chwilami przypomina japoński ogród zen – tyle że zamiast kamieni mamy ludzkie rzeźby, których nigdy nie da się w pełni objąć wzrokiem z jednego punktu widzenia.

Interval Productions ma do zapełnienia 100 miejsc, siedem razy w tygodniu, przez miesiąc. Na pokazie, na którym byłem, zajęta była około jedna trzecia sali. Twórcy głęboko wierzą w swój projekt, podobnie jak wielu innych: kampania na Kickstarterze bez problemu zebrała wymagane 10 000 funtów. Funduszy potrzeba jednak więcej, więc jeśli fascynują Państwa tacy sceniczni obrazoburcy, warto ich wspomóc. Droga do stworzenia nowoczesnego musicalu bywa zdradliwa. Ostatnio w LOST Theatre podobnie surowa produkcja („Fables for a Boy”) po kilku tygodniach miała problem z przyciągnięciem widowni. Nawet National Theatre ze swoim „The Pacifist’s Guide to the War on Cancer” walczył o serca widzów spektaklem znacznie lżejszym niż ten tutaj. Podziwiam determinację artystyczną, jakiej wymagają takie projekty, ale myślę też o widzach, którym trudno „wejść” w taki klimat i mogą wyjść z teatru z poczuciem przygnębienia.

 

David Leopold i Edd Campbell-Bird w Muted

Na scenie możemy podziwiać artystów najwyższej próby. Wspaniale jest znów zobaczyć Davida Leopolda (którego niektórzy pamiętają z intensywnego musicalu kameralnego „The Burnt Part Boys”) w roli milczącego Michaela, sparaliżowanego żałobą. Jest też Jos Slovick jako Jake, nowy, zazdrosny chłopak – pełen napięcia i drapieżnych ruchów (ostatnio widziałem go w „Bad Jews” w Theatre Royal Haymarket). Mark Hawkins jako Will, młody wujek bohatera, emanuje elegancją człowieka sukcesu, a Helen Hobson z typową dla West Endu maestrią wciela się w postać dominującej, uzależnionej matki, Amandy. Wreszcie Tori Allen-Martin, współautorka muzyki, która swoim unikalnym głosem kreuje postać Lauren – niedoszłej opiekunki z mrocznym sekretem. Jej wokal to jeden z największych skarbów współczesnej sceny muzycznej, jednak czy tylko ja odniosłem wrażenie, że czuła się nieco nieswojo w tej mrocznej i chłodnej konstrukcji? Czy pozostała część obsady również nie została przez to „wychłodzona” emocjonalnie? Ich kreacje nabrały pewnej statyczności, skłaniając się ku bezruchowi. Być może to zamierzony zabieg. Ruch sceniczny autorstwa Isli Jackson-Ritchie ogranicza się do wąskiego wachlarza gestów rąk w stylu falun gong. Zamiast wykorzystać skomplikowaną scenografię do opowiedzenia historii, zdaje się ona jej unikać, co z kolei przekłada się na pewien dyskomfort odczuwalny przez widownię.

Cóż, bywają chwile, w których pragniemy spokoju i refleksji. Ale czy na pewno chcemy, by taki nastrój dominował w musicalu? Czy w fabule niemal pozbawionej akcji, z bohaterem, który milczy przez większość czasu, takie zabiegi pomogą spektaklowi dotrzeć do szerokiej publiczności? Przekonamy się wkrótce.

W repertuarze do 7 stycznia 2017

ZAREZERWUJ BILETY NA MUTED W THE BUNKER

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS