Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: My Night With Reg, Apollo Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Moja noc z Regiem (My Night With Reg)

Apollo Theatre

20 stycznia 2015

4 gwiazdki

Mój Boże, co za różnicę robi zmiana sceny!

Kiedy wznowienie sztuki Kevina Elyota z 1994 roku, My Night With Reg, w reżyserii Roberta Hastiego, było wystawiane w kameralnej przestrzeni Donmar Warehouse, był to niezwykły wieczór teatralny: Przeczytaj naszą recenzję tutaj. Jednak w Apollo Theatre, dokąd produkcja została przeniesiona i gdzie właśnie odbyła się premiera, niestety wiele umknęło w tym „tłumaczeniu” na nową scenę.

Co ciekawe, i co prawdopodobnie najbardziej zawiniło, scenografia Petera McKintosha nie została zaprojektowana na nowo, ani nawet dostosowana do nowej przestrzeni – a przynajmniej tak to wygląda. W Donmarze miało się wrażenie przebywania w salonie i oranżerii Guya – wszystko było prawdziwe, bliskie, momentami wręcz niekomfortowo intymne, ale było to niezbędne.

Wydaje się jednak, że scenografia została po prostu „postawiona” na scenie pudełkowej Apollo, choć obudowano ją kilkoma ładnymi błękitnymi zastawkami. Efekt jest dwojaki: po pierwsze, zniknęło poczucie intymności; teraz spektakl wydaje się bardziej podglądactwem niż uczestnictwem. Po drugie, aktorzy zdają się zdeterminowani (być może z założenia, a być może z błędu), by grać do ostatnich rzędów balkonu zamiast do siebie nawzajem, w pełnym przeżywaniu momentu swoich postaci. To ponownie rozbija poczucie bliskości.

Mówiąc prościej, Hastie powinien przeorientować ruch sceniczny na specjalnie zbudowanej lub przynajmniej zmodyfikowanej scenografii. Coś, co opiera się na bliskości i współudziale widowni, nie może działać bez zmian w większym gmachu ze sceną pudełkową. To aż tak proste. Apollo to elastyczna przestrzeń, co udowodniły gościnne występy produkcji Globe: Wieczór Trzech Króli i Ryszard III.

Drugi problem jest bardziej subtelny. Niektóre role stały się celowo przerysowane, bardziej komediowe i mniej konfrontacyjne niż w Donmarze. Osłabia to dramatyzm sztuki w sposób niesatysfakcjonujący, choć pozornie ma przypodobać się typowej publiczności West Endu z klasy średniej.

Ale po co przenosić produkcję, która świetnie działa, tylko po to, by rozwodnić te właśnie cechy, które czynią ją gotową do transferu i wartą obejrzenia przez szerszą publiczność?

Mimo to, nadal jest tu wiele do podziwiania. Część aktorstwa pozostaje na najwyższym poziomie, a wewnętrzna siła tekstu, choć nieco osłabiona, wciąż jest wyczuwalna.

Lewis Reeves, Richard Cant i Matt Bardock są nawet lepsi niż w Donmarze; każdy z nich pewniejszy, swobodniejszy i całkowicie zżyty ze skórą swojej postaci.

Reeves nie przestaje zadziwiać; szczegółowość jego roli jest złożona i fascynująca. Jest stale czujny, obserwuje innych, ocenia ich, zastanawia się, czy chce do nich należeć, aż w końcu staje się częścią grupy; przez cały czas demonstrując świadomą zmianę w podejściu do miłości, co wyróżnia go na tle reszty. Jego Eric lubi seks, ale woli miłość i zaangażowanie.

Reeves ma kilka kluczowych scen, na których opiera się akcja – w jednej z nich jest niemal milczący, po prostu maluje, obserwuje i jest podziwiany. Choć robi to z niezwykłą lekkością, jest wręcz rewelacyjny w kluczowych scenach z Guyem i Johnem. Ujmujący i przekorny, a jednocześnie pełen nadziei i aspiracji – Eric w wykonaniu Reevesa to prawdziwe objawienie.

Jak poprzednio, duet kłócących się Benny'ego i Berniego jest idealnie wyważony przez Canta i Bardocka. Cant zachwyca jako gadatliwy Bernie, który „definiuje nudę na nowo”. Ale łzy w jego oczach są prawdziwe, gdy szczerze mówi o strachu, w jakim żyje, i o skłonnościach swojego partnera, Benny'ego, które go przerażają i niszczą. Poczucie sfrustrowanej, niezrozumianej samotności, którą emanuje, jest uderzające. Bardock to typowy „swój chłop”, wiecznie palący i niespokojny o to, by jego atrybuty męskości były stale doceniane przez innych. Razem tworzą wspaniały duet.

Geoffrey Streatfield jako niebywale kampowy i ostatecznie zdruzgotany Daniel jest równie zachwycający, jak w Donmarze. Z lubością oddaje skrajność uczuć i języka swojej postaci; momentami sprawia, że Pan Humphries z „Are You Being Served?” wydaje się przy nim powściągliwy. Ale właśnie tego wymaga ta rola, co sprawia, że fragmenty prawdziwego cierpienia poruszają jeszcze mocniej.

Streatfield nie ma jednak tak silnego wsparcia ze strony Johna w wykonaniu Juliana Ovendena i Guya granego przez Jonathana Broadbenta, jak to miało miejsce w Donmarze, co może sprawiać – niesłusznie – że jego rola wydaje się nieco dominująca.

Z niewiadomych przyczyn Ovenden wydaje się spięty, a gra „pod balkon” nie pomaga jego kreacji. Zniknęła pewność i swoboda, które wcześniej charakteryzowały jego Johna; zamiast tego jest opryskliwy, gadatliwy i niesympatyczny. To zastanawiające. Ovenden wciąż trafia w komediowe punkty, ale głęboki realizm, który przenikał jego postać wcześniej, zniknął, zastąpiony przez krzykliwość – która jako wybór aktorski może jest do obrony, ale nie jest tak skuteczna dla postaci ani dla jej relacji z innymi.

Z kolei Guy w wykonaniu Broadbenta zmienił się niemal nie do poznania w postać łączącą styl Charlesa Hawtreya i Petera Butterwortha. Jest tu zdecydowanie za dużo manieryczności (co wcześniej było osobliwym dodatkiem, a teraz stało się formą sztuki), przewracania oczami i min, podczas gdy rola ta wymaga raczej stałego wątku „uprzejmego cierpienia”. Wydaje się to wynikać z reżyserskiej decyzji o mocniejszym graniu pod komedię – ale jest to przeciwskuteczne.

Prawdziwy komizm w sztuce Elyota bierze się z prawdy o bohaterach, z realiów ich przyjaźni, sekretów i kłamstw. To nie jest film z serii „Carry On”.

Całe przedsięwzięcie zdaje się uciekać w stronę głupawej farsy, odchodząc od tego, co uczyniło je tak ważnym i porywającym w Donmarze: bolesnej intensywności i brutalnej szczerości. Dlaczego Hastie na to pozwolił – nie wiadomo.

Mimo to, zastrzeżenia te pojawiają się tylko wtedy, gdy widziało się wersję z Donmaru i pamięta tamtejsze wyżyny. W Apollo sztuka wciąż ma swój urok i siłę, a Reeves, Cant, Bardock i Streatfield tworzą kwartet potężnych i soczystych ról.

Zarezerwuj bilety na My Night With Reg już teraz

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS