WIADOMOŚCI
RECENZJA: Noël Coward's Christmas Spirits, St James Studio ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Charlotte Wakefield, Stefan Bednarczyk i Issy Van Randwyck. Fot. Mark Douet Noël Coward's Christmas Spirits
St James Studio
10 grudnia 2014
3 gwiazdki
Noël Coward urodził się rok po Irvingu Berlinie, ale to Berlin – zarówno w życiu, jak i niemal pod każdym innym względem – go przeżył. Staje się to uderzająco jasne, gdy zestawi się melodie Berlina z utworami Cowarda. Choć Coward był geniuszem, Berlin wyprzedzał go w sztuce pisania piosenek. London Pride nie ma nawet startu do I’m Dreaming Of A White Christmas.
Jednak w przypadku Noël Cowarda całość znaczy znacznie więcej niż suma jego poszczególnych talentów. Jest w nim coś nieuchwytnego, nienazwanego i absolutnie zniewalającego; coś niemal magicznego. Nigdy nie było drugiego takiego jak on – kwintesencja brytyjskości, oryginał, który zdobył sławę i uwielbienie na całym świecie. I nic w tym dziwnego: był mistrzem dowcipu, stylu i komediowej szczerości.
W programie do spektaklu Noël Coward’s Christmas Crackers, wystawianego obecnie w St James Studio, autor i reżyser Nick Hutchinson pisze: „Zwróciłem się ku Noël Cowardowi i czasom Blitzu, ponieważ pasowało to do atmosfery St James’ Studio, ale także dlatego, że jest to dla nas najbliższy punkt odniesienia dla odporności świątecznego ducha i niezłomności pragnienia świętowania pomimo wyrzeczeń i strachu. Wezwanie Churchilla, by Coward śpiewał, gdy strzelają działa, wydaje mi się idealną metaforą naszego świętowania: nie ma nic ckliwego ani sentymentalnego w pragnieniu, które wykazali żołnierze w okopach Wielkiej Wojny – by przynajmniej przez jeden dzień w roku śmiać się, śpiewać i cieszyć tym, co nas łączy, a nie dzieli.”
Hutchinson przygotował niezwykły bożonarodzeniowy deser: trochę tu piosenki, trochę recytacji, wspomnień i szczypta figlarnego pobłażania sobie. Wykorzystując materiały od własnych dzienników i pism Cowarda, przez utwory Dickensa, Dylana Thomasa i Bena Johnsona, aż po reportaże i mniej lub bardziej znane dzieła literackie – a wszystko to doprawione popularnymi hitami – stworzył prawdziwą alternatywę dla typowej świątecznej pantomimy.
Scenografia nawiązująca do Blitzu (świetna robota Annie Gosney) buduje podniosły nastrój, który – co przyznaję ze smutkiem – idealnie pasuje do dzisiejszych czasów zdominowanych przez obsesję oszczędności. Hutchinson polega na sile materiału i umiejętnościach trójki wykonawców, dbając o to, by ton przedstawienia wznosił się ponad przygnębienie.
Sam materiał ma w sobie mnóstwo uroku, a pomysł, by wyobrazić sobie bożonarodzeniowe rozterki Cowarda, jest niezwykle trafiony. Jeszcze celniejszy jest koncept wykorzystania postaci z „Seansu” (Blithe Spirit) i fragmentów dialogów z tej genialnej farsy jako bodźca, który ma skłonić Cowarda do poczucia ducha świąt (gra słów zamierzona – Hutchinson był tu pierwszy).
Jako koncept jest to bardzo inspirujące. Jednak w samym wykonaniu spektakl nie do końca sięga wyżyn, na które mógłby się wzbić. Częściowo wynika to z „czynnika Berlina”: najbardziej przystępne fragmenty nie są wcale autorstwa Cowarda. Nie twierdzę, że ich umieszczenie to błąd – wręcz przeciwnie – ale niekoniecznie tego oczekuje się od show o takim tytule. Te melodie (w tym popularne kolędy i wspaniałe Have Yourself A Merry Little Christmas) w pewien sposób pryskają czar Noël Cowarda. Być może lepszym wyjściem byłoby trzymanie się muzyki Cowarda i jego brytyjskich współczesnych, takich jak Ivor Novello: kiedy pojawia się Keep The Home Fires Burning, brzmi to jak naturalna kontynuacja.
Hutchinson mógłby odważyć się na więcej przy montażu materiału: niektóre recytacje czy wspomnienia zyskałyby na sile, gdyby sąsiadowały z fragmentami piosenek. Przeplatanie słowa mówionego z osobnymi utworami potrafi być nużące; nietypowe połączenia bywają uderzająco skuteczne. Zwłaszcza tam, gdzie – jak tutaj – prezentacja jest statyczna i zależy wyłącznie od talentu wykonawców, którzy muszą tchnąć w sztukę energię i różnorodność.
Asem w rękawie Hutchinsona jest urocza i niezwykle utalentowana Charlotte Wakefield. Czarująca, piękna i obdarzona głosem będącym czystą perfekcją, Wakefield nadaje blasku wszystkiemu, co robi. Jej interpretacja Keep The Home Fires Burning to punkt kulminacyjny wieczoru. Celuje również w recytacjach, wykazując naturalny dar do magnetycznego snucia opowieści. Śpiewa tak dobrze, że aż zaskakuje i nieco frustruje fakt, iż to nie ona wykonała finał pierwszego aktu, Have Yourself A Merry Little Christmas.
Ten zaszczyt przypadł Issy Van Randwyck, która jednak wokalnie nie podołała wyzwaniu. Van Randwyck w roli Madame Arcati wypada blado, a w jej grze czuć wymuszoną uprzejmość, co osłabia siłę oddziaływania materiału. Mimo to konsekwentnie podąża obraną przez siebie ścieżką, co budzi pewien podziw. Najlepiej wypada w duetach i tercetach, gdzie ciężar przyciągania uwagi rozkłada się na pozostałych wykonawców.
Najtrudniejsze zadanie ma Stefan Bednarczyk, który dźwiga podwójną odpowiedzialność: gra Noël Cowarda i jest akompaniatorem. Portretowanie Cowarda to karkołomne wyzwanie, a Bednarczyk wybiera raczej sugestię niż imitację. Jest to całkowicie zrozumiałe, ale stanowi drogę na skróty, która najpewniej rozczaruje publiczność.
Niemniej, choć nie jest tak zręczny, czarujący i błyskotliwy jak sam Coward, Bednarczyk przywołuje realne poczucie jego stylu i postawy. Trudno nie żałować, że pusty kieliszek do martini na scenie nie został lepiej wykorzystany – w jego postaci brakuje nieco tej dekadenckiej frywolności, która by się tu przydała.
Sekwencja, w której Bednarczyk wciela się w Scrooge’a z Opowieści wigilijnej, była znakomita, podobnie jak wiele recytacji tekstów Cowarda. Wykazał się też świetnym czuciem muzyki i tekstów mistrza – London Pride oraz Don’t Lets Be Beastly To The Germans były prawdziwymi perełkami.
Spektakl jest nieco przydługi i w niektórych miejscach zbyt patetyczny, ale sam pomysł Hutchinsona jest dobry. Nieco więcej tempa, odrobinę mniej egzaltacji ze strony pani Van Randwyck i większy nacisk na własną muzykę Cowarda sprawiłyby, że ta świąteczna uczta byłaby bardziej sycąca i satysfakcjonująca.
To nie jest sztuka dla dzieci – zbyt mocno opiera się na osobistych wspomnieniach widza i wymaga przynajmniej podstawowej znajomości „Seansu”. Ale dla miłośników nostalgii, mających wolne dwie godziny i słabość do „starych, dobrych czasów”, jest to solidna propozycja. Noël Coward's Christmas Spirits jest wystawiane w St James Theatre Studio do 23 grudnia. Bilety można zarezerwować w The St James Theatre
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności