Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Of Thee I Sing, Royal Festival Hall ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Of Thee I Sing

Royal Festival Hall

30 lipca 2015

2 gwiazdki

Równowaga.

Kluczem do udanej inscenizacji każdego musicalu jest balans. Równowaga między tekstem a muzyką, między głosem a orkiestrą, między postacią a linią wokalną, między dialogiem a partyturą, między choreografią a muzyką, wreszcie między chórem a solistami. Potrzeba zachowania właściwych proporcji – absolutnie fundamentalna kwestia – rośnie wykładniczo, gdy mamy do czynienia z utworem stosunkowo mało znanym, a wykonanie nie jest w pełni zainscenizowane, lecz ma formę koncertową.

Bez tej równowagi całe doświadczenie może być nużące. Dla wszystkich – wykonawców i publiczności. W skrajnych przypadkach widzowie mogą czuć się wręcz fizycznie osaczeni przez dźwięk, jakby ich bębenki miały zaraz pęknąć pod naporem ogłuszającego hałasu.

Niestety, tak właśnie stało się podczas koncertowej prezentacji Of Thee I Sing – wspólnego dzieła Iry i George’a Gershwinów, George’a S. Kaufmana oraz Morrie’ego Ryskinda. W 1931 roku spektakl był wielkim hitem, a rok później stał się pierwszym musicalem w historii, który zdobył Nagrodę Pulitzera.

Łatwo zrozumieć dlaczego. Libretto to bezlitosna satyra na wielkie amerykańskie instytucje: urząd prezydenta i wiceprezydenta, system dwupartyjny, Sąd Najwyższy i politykę zagraniczną USA. W swoich czasach musiało to być szokujące. Co więcej, wiele z tych spostrzeżeń pozostaje zdumiewająco trafnych w kontekście współczesnej polityki.

Fabuła skupia się na młodym, rzutkim człowieku, który sam mianuje się kandydatem swojej partii na prezydenta. Machina partyjna jest niekompetentna, pełna poczucia wyższości i oderwana od rzeczywistości. Działacze uznają, że jedynym sposobem na zwycięstwo w wyborach jest zorganizowanie konkursu na żonę dla kandydata – w końcu Ameryka zawsze zagłosuje na „miłość”.

Problem w tym, że kandydat postanawia poślubić asystentkę, która potrafi przyrządzać genialne muffiny kukurydziane. Odmawia małżeństwa ze zwyciężczynią konkursu, żeni się z asystentką i wygrywa wybory. Porzucona piękność, zdeterminowana panna z Południa, podburza kraj przeciwko prezydentowi za niedotrzymanie obietnicy, domagając się sprawiedliwości.

Prowadzi to do procedury impeachmentu i absolutnego chaosu, w którym wszystko zostaje wywrócone do góry nogami.

Całość przypomina amerykańskiego kuzyna późnych operetek Gilberta i Sullivana (jak Utopia Limited czy The Grand Duke), ale z broadwayowskim pazurem. Forma jest tu niezwykle zmienna. To ewidentna satyra, ale podana w specyficzny sposób: długie partie dialogowe mieszają się z obszernymi fragmentami śpiewanymi i wielkimi numerami musicalowymi. To ni to rewia, ni to klasyczny book-musical – raczej show, który kpi ze wszystkiego, co popadnie, włączając w to formy muzyczne, z których sam wyrósł.

Upływ czasu nieco stępił ostrze tej satyry, ale główne motywy wciąż rezonują, zwłaszcza te dotyczące nadużywania systemów politycznych i prawnych przez patriarchat oraz skandalicznego traktowania kobiet. Postacie są przerysowane – to nie tyle typy, co ekscentrycy nakreśleni grubą kreską. W swoich najlepszych momentach Of Thee I Sing stanowi idealne połączenie wyolbrzymionych charakterów, idiotycznych sytuacji, celnych obserwacji i porywających melodii. Zagrane we właściwy sposób – odważnie, z rozmachem i energią – powinno być uroczą, wyśmienitą zabawą. W 1931 roku mogło wywoływać burzliwe salwy śmiechu; dziś to raczej źródło miłej rozrywki.

Ponieważ utwór jest mało znany, kluczowym elementem każdej produkcji Of Thee I Sing musi być balans – publiczność musi wyraźnie słyszeć zarówno orkiestrę, jak i śpiewaków, muzykę i słowa, aby zrozumieć zamysł Gershwinów i w pełni docenić partyturę. Dykcja jest ważna, ale ważniejsza jest równowaga dźwiękowa.

Niestety, tutaj tego zabrakło.

Wieczór zaczął się obiecująco od uwertury. Choć melodie nie od razu „wpadają w ucho”, brzmiały klarownie, a dawne szlagiery wyróżniały się w ten specyficzny sposób: „o, nie wiedziałem, że ta piosenka pochodzi z tego musicalu!”. Gra orkiestry była solidna i precyzyjna, dając nadzieję na świetną resztę wieczoru. Dyrektor muzyczny Michael England i Royal Philharmonic Concert Orchestra ewidentnie stanęli na wysokości zadania.

Kiedy jednak dołączyli soliści, wszystko legło w gruzach. Nie była to wina samego śpiewu, który w większości był nienaganny, lecz balansu między orkiestrą, wokalistami a nagłośnieniem. Miks dźwięku na widowni był fatalny – głosy solistów wzmocniono zbyt ostro, niemal do poziomu wulkanicznego przesteru, podczas gdy praca orkiestry została zredukowana do niemal niesłyszalnego tła. Trzeba nie lada umiejętności, by 26-osobową orkiestrę na estradzie koncertowej uczynić niemal nieobecną, ale tutaj to „osiągnięto”.

Wina leży po stronie obiektu oraz producentów wydarzenia – Senbla we współpracy z Eliotem Davisem. Zbyt krótki czas prób nieuchronnie prowadzi do takich problemów. Nie ma na to usprawiedliwienia, bo cierpią na tym wszyscy: samo dzieło, wykonawcy, muzycy i realizatorzy dźwięku. Nie wspominając o widzach, którym odebrano przyjemność z odbioru sztuki. Instytucje z taką renomą jak Royal Festival Hall muszą pilnować, by producenci dostarczali jakość, za którą publiczność płaci niemałe pieniądze, ufając marce obiektu.

Dla Royal Festival Hall to wpadka niewybaczalna.

Całe szczęście, że obsada wykazała się pełnym profesjonalizmem.

Hadley Fraser był w wyśmienitej formie jako prezydent John P. Wintergreen – swobodny, zrelaksowany i odpowiednio przymilny. Jego głos idealnie pasował do partytury; bez trudu radził sobie zarówno z partiami lirycznymi, jak i potężnymi frazami. Budując postać będącą mieszanką Davida Camerona i Johna Kennedy'ego, Hadley był nieodparcie czarujący, zabawny, a jego rozkwitające wysokie nuty były czystą przyjemnością dla ucha.

W rolach dwóch kobiet jego życia – piekącej muffiny Mary Turner oraz damy z Południa celującej w Biały Dom, Diany Devereaux – Louise Dearman i Hannah Waddingham były niezawodne jak zawsze. Waddingham miała więcej szczęścia do kostiumów, ale obie zaprezentowały wybitną formę wokalną. Dearman wycisnęła wszystko, co się dało, z postaci pozbawionej sensu (i dość obraźliwej z punktu widzenia współczesnych realiów), nadając jej autentyczny urok. Jej głos lśnił i był nienagannie prowadzony, szczególnie w górnych rejestrach. Duety z Fraserem wypadły znakomicie.

Waddingham stworzyła niezapomnianą kreację jako Deveraux; z przerysowanym południowym akcentem bezbłędnie oddała postać pokrzywdzonej kobiety, którą nikt w tym fikcyjnym świecie zdaje się nie przejmować (być może właśnie dlatego, że jest z Południa). Na tyle, na ile dało się współczuć tej postaci, Waddingham to zapewniła – dzięki inteligentnej, wyrazistej i kreatywnej grze. Śpiewała też pełną parą, sprawiając, że każda nuta miała znaczenie.

Świetnie spisali się również Nicolas Colicos i James Barron – obaj dysponują potężnymi baritonami o ciemnej barwie, jakie na West Endzie słyszy się dziś (niestety) coraz rzadziej. Gavin Alex i Daisy Maywood wnieśli do spektaklu starą, dobrą musicalową energię i taneczno-wokalny dryg.

Jednak komediowy popis wieczoru i źródło największej frajdy to zasługa utalentowanego Toma Eddena. Jego rola niechętnego wiceprezydenta, Alexandra Throttlebottoma (czy w jakimkolwiek musicalu istnieje postać o lepszym nazwisku?), to prawdziwy majstersztyk. Edden stworzył postać neurotyczną, chaotyczną i rozgorączkowaną, a jednocześnie ambitną – skradł każdą scenę, w której się pojawił (i kilka tych, w których go nie było). Rewelacja.

Of Thee I Sing raczej nigdy nie wróci na afisz na długie sezony; ten czas już minął. To jednak wciąż interesujący utwór z przyjemną muzyką i naprawdę zabawnymi fragmentami. Pastiszowy charakter niektórych melodii sprawia, że dzieło zachowuje swój urok, a miłośnicy Gilberta i Sullivana znajdą tu sporo bliskich sobie klimatów. Przy odpowiedniej obsadzie, grającej w tym celowo przerysowanym stylu, jaki pokazali Edden, Waddingham i Colicos, spektakl może być porywającą, radosną zabawą (reżyseria Shauna Kerrisona mogła położyć na to większy nacisk).

Ale do tego potrzeba równowagi. A tej, niestety, w Royal Festival Hall zabrakło. I nawet tak utalentowana obsada nie była w stanie tego naprawić.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS