Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: On The Twentieth Century, American Airlines Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

On The Twentieth Century. Fot.: Joan Marcus On The Twentieth Century

American Airlines Theatre

8 kwietnia 2015

5 Gwiazdek

Nie każda wielka rola divy przynosi wykonawcy prestiżowe laury już przy premierze nowego musicalu. Ethel Merman nie zdobyła nagrody Tony za „Gypsy”; Kelli O'Hara nie wygrała za „Co się wydarzyło w Madison County”, a dziesiątki innych wybitnych aktorek nie doczekało się uhonorowania swoich premierowych kreacji najważniejszym broadwayowskim wyróżnieniem. Madeline Kahn nie dostała Tony za rolę Lily Garland w oryginalnej inscenizacji „On The Twentieth Century” w reżyserii Hala Prince'a (podobnie jak Julia Mackenzie nie otrzymała nagrody Oliviera po premierze londyńskiej).

Czasami jednak wznowienia pozwalają w pełni wybrzmieć potencjałowi roli stworzonej dla divy. Angela Lansbury zdobyła Tony za pierwsze broadwayowskie wznowienie „Gypsy”, proponując świeże podejście do postaci. Nie sposób przewidzieć przyszłości, ale Kristin Chenoweth ma ogromne szanse (mimo sporej konkurencji ze strony Chity Rivery, Kelli O'Hary czy Lisy Howard) na tegoroczną nagrodę Tony za swoją piorunującą rolę Lily Garland. Wznowienie w reżyserii Scotta Ellisa można obecnie oglądać w American Airlines Theatre w ramach sezonu Roundabout Theatre Company.

Niezależnie od tego, co do tej pory myśleliście o Kristin Chenoweth, jej występ w tym musicalu to jedna z tych niepowtarzalnych, absolutnie niesamowitych kreacji gwiazdorskich, które zapierają dech w piersiach siłą, pasją i magnetyzmem – zarówno wokalnym, jak i fizycznym. Widz ma ochotę natychmiast obejrzeć to jeszcze raz, mając całkowitą pewność, że bez względu na to, jak długo będzie żył, nie zobaczy już nikogo innego grającego tę rolę w taki sposób.

To unikalny, ponadczasowy i całkowicie bezbłędny występ Chenoweth. Nie ma chwili, w której nie pracowałaby na pełnych obrotach, wnosząc do partytury i scenariusza więcej, niż można by przypuszczać, że jest w stanie dać jedna osoba. To potężna, majestatycznie komiczna i oszałamiająca rola – pełna blasku, histeryczna i cudownie przerysowana.

Libretto autorstwa genialnych mistrzów słowa, Betty Comden i Adolpha Greena, to szalona farsa osadzona niemal w całości (poza kilkoma wspaniałymi sekwencjami snu) w pociągu Twentieth Century. Pewien producent teatralny stracił na spektaklu fortunę i ucieka przed wierzycielami. Aby ich udobruchać, musi skłonić swoją byłą gwiazdę (i kochankę) do podpisania kontraktu na nowy show. Wiedząc, że będzie ona pasażerką tego samego pociągu, postanawia ją odzyskać, mimo że towarzyszy jej obecny ukochany – filmowy „gwiazdor” od ról drugoplanowych. Dochodzi do całkowitego chaosu, zwłaszcza gdy starsza dama o zacięciu religijnym, pragnąca nawracać grzeszników, oferuje sfinansowanie spektaklu o Marii Magdalenie.

Jak nietrudno się domyślić, fabuła to czysty nonsens w najzabawniejszym wydaniu, dający pole do popisu dla ekscentrycznych i wręcz niedorzecznych kreacji. Scott Ellis sprawił, że obsada gra właśnie w ten sposób – i to z nawiązką. Jednak to Chenoweth jest tętniącym sercem tej komedii i nie marnuje ani sekundy.

Od pierwszego pojawienia się w retrospekcji, gdy poznaje reżysera Oscara Jaffe jako zwyczajna, zapracowana akompaniatorka Mildred Plotka, Chenoweth hipnotyzuje. Jej reakcje na fałszowanie przesłuchiwanej osoby są bezcenne. Jaffe angażuje ją i w mgnieniu oka Mildred staje się Lily Garland – ukształtowaną gwiazdą sceny w kampowym paryskim numerze „Veronique” – wymachując pistoletami i chorągiewkami przy wsparciu świetnego zespołu w fantazyjnych kostiumach. To wygląda jak show, który Max Bialystock przedłożyłby nad „Wiosnę dla Hitlera”.

Dalej Chenoweth tylko podkręca tempo. Prowadzi kapitalną grę z Andym Karlem, grającym narcystycznego i niezbyt lotnego aspiranta na gwiazdę kina, Bruce'a. Ich miłosno-nienawistna relacja, pełna seksualnych podtekstów i komizmu fizycznego, jest zaraźliwa. Sceny slapstickowe, gwałtowne policzkowanie oraz genialne wejścia i wyjścia z trzaskaniem drzwiami to prawdziwy majstersztyk. A jej ekspresja podczas biegu? To czysty, perfekcyjny absurd.

Również relacja z Jaffe jest przez Chenoweth wykorzystana do ostatniej kropli komediowego złota. Peter Gallagher jest w świetnej formie jako Jaffe i dwoi się i troi, by dotrzymać kroku nieprzewidywalnej partnerce. Scena, w której Jaffe próbuje przekonać Lily do nowego projektu, a ta wyobraża sobie, jak wpleść motyw ukrzyżowania Marii Magdaleny do scenariusza, to tylko jeden z wielu genialnych momentów.

Trzeba przyznać, że momentami głos Chenoweth brzmi nieco chropowato w średnim rejestrze, ale kiedy przechodzi w mocny belt lub pozwala swojemu nieskazitelnemu sopranowi wzbić się na wyżyny, jest po prostu bezkonkurencyjna. Gimnastyka wokalna i dynamika, jaką prezentuje, są nie z tego świata. Wytrzymałość i niespożyta energia tej drobnej artystki wydają się wręcz nieludzkie. To, co Chenoweth tu wyczynia, trzeba zobaczyć na własne oczy.

Gallagher i Karl mają fantastyczny duet „Mine”, w którym patrzą we własne odbicia, choć widzom wydaje się, że patrzą na siebie nawzajem. To kolejna magiczna chwila wyrafinowanej radości i męskiej próżności w szczytowej formie. Andy Karl ani razu nie chybia, nawet gdy wykonuje fenomenalny ślizg z sofy. Jego występ jest soczysty i celowo przerysowany – gra idealnego fizycznie głuptasa, całkowicie zależnego od humoru Lily. Złoto.

Peter Gallagher bywa znakomity. Prezentuje doskonałe wyczucie czasu i zapał do absurdalnych elementów fabuły. Nie jest jednak tak konsekwentny jak Chenoweth czy Karl i nie zawsze w pełni wykorzystuje potencjał swojej roli. Śpiewa bardzo dobrze, choć mógłby czasem zaryzykować bardziej brawurowe wykonanie.

Trochę przeszkadza mu jednak dość bezbarwna gra Marka Linna Bakera i Michaela McGratha w rolach asystentów, Olivera i Owena. Dziwne, że obaj wybrali tak stonowany sposób gry, podczas gdy te role pozwalają na wielką wirtuozerską komedię. Ta dwójka powinna lepiej współgrać jako duet komiczny oraz jako trio z Jaffe. Ten brak zgrania sprawia, że Gallagher ma mniejsze pole do popisu.

Mary Louise Wilson jako baptystka Letitia Peabody Primrose to triumf zwodniczej łagodności. Stworzyła mistrzowską postać komediową, a w wielkim numerze „She's A Nut” jest rozkosznie ekscentryczna. Działa niemal jak oko cyklonu w samym środku komediowej zawieruchy, a jej spokój generuje własną dawkę humoru.

Czwórka bagażowych, którzy tańczą, śpiewają i komentują akcję niczym błyszczący chór grecki, jest absolutnie fantastyczna. Rick Faugno, Richard Riaz Yoder, Phillip Attmore i Drew King są świetni indywidualnie (Faugno ma zdumiewający, czysty tenor), ale razem tworzą czystą radość. Numer „Life Is Like A Train” to genialne otwarcie drugiego aktu.

Zespół jest rewelacyjny, świetnie śpiewa i stepuje. Wykonują niezwykłą partyturę Cy Colemana z polotem i nienaganną dykcją. Choreografia Warrena Carlyle'a jest nieustannie pomysłowa i cieszy oko. Atmosfera szalonej zabawy jest elektryzująca, a zaskakujące układy pojawiają się na każdym kroku.

William Ivey Young przeszedł samego siebie, tworząc nieskazitelne, przepiękne kostiumy z epoki. Każdy wygląda nienagannie w perfekcyjnie skrojonych strojach. Chenoweth zmienia suknie jedna po drugiej, a każda jest gustowna i olśniewająca. Gallagher i Karl również mają szczęście do boskich garniturów, które podkreślają charakter ich postaci.

Scenografia Davida Rockwella to art-decowska fantazja skupiona wokół trzech przedziałów tytułowego pociągu. Wiele sprytnych rozwiązań wzmacnia farsowy charakter sztuki – od zabawnych makiet pociągu po pierwsze pojawienie się Gallaghera zwisającego z boku wagonu. Meble i wykończenia są luksusowe, podkreślając standard podróży. Zawsze jest na czym zawiesić oko, a wykorzystanie drzwi do komediowych gagów jest bardzo błyskotliwe. Oświetlenie Donalda Holdera nadaje każdej scenie odpowiedni blask.

Gdybym miał na coś narzekać, to na orkiestrację (Larry Hochman). Brakuje mi bogatszego brzmienia sekcji smyczkowej i większej siły u instrumentów dętych blaszanych. Niestety, gra orkiestry wydaje się nieco zbyt stonowana jak na tak żywiołową partyturę. Nie psuje to ogólnego wrażenia, ale pozostaje niedosyt, że mocniejsze wsparcie muzyczne mogłoby jeszcze wyżej unieść tę i tak porywającą produkcję.

Ellis sprawił, że show tętni życiem, pędząc niczym sam Twentieth Century po torach. Całość wygląda i brzmi ekscytująco. To potężna inscenizacja nieco zapomnianego arcydzieła.

Dzięki Kristin Chenoweth spektakl posiada coś, czego nie ma żadne inne show na Broadwayu: divę, która bez wysiłku dokonuje rzeczy niemożliwych. Nikt, kto kocha teatr muzyczny, nie powinien przegapić tej unikalnej szansy na zobaczenie Chenoweth w życiowej formie.

Definicja tour de force.

REZERWUJ BILETY NA ON THE TWENTIETH CENTURY W AMERICAN AIRLINES THEATRE

 

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS