WIADOMOŚCI
RECENZJA: Our House, Union Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Our House
Union Theatre
21/08/15
3 gwiazdki
Our House to musical typu jukeboksowy, który zadebiutował na deskach Cambridge Theatre ponad dekadę temu. W 2002 roku zdobył nagrodę Laurence Olivier Award za najlepszy nowy musical, ale od tamtej pory nie doczekał się nowej odsłony. Libretto napisał Tim Firth, a cała oprawa muzyczna to przeboje z katalogu angielskiej grupy ska Madness. Za obecne wznowienie odpowiadają reżyser Michael Burgen oraz producentka Sasha Regan. Spektakl składa się z dwóch aktów i 22 numerów muzycznych, podzielonych po równo między obie części.
W swojej istocie to moralitet typu „Everyman”. Joe Casey (Steven France) dorasta przy Casey Street w londyńskim Camden (NW1) w domu (tytułowym „our house”), który wraz z osiedlem wybudował jego dziadek. Od tamtej pory sprawy przybrały jednak zły obrót. Jego ojciec (Dominic Brewer) zmarł po życiu wypełnionym drobnymi przestępstwami i pasmem złych życiowych wyborów. Joe był więc wychowywany przez oddaną, samotną matkę, Kath (Sally Samad). Chłopak cieszy się popularnością w szkole, jednak podczas drobnego włamania, mającego zaimponować jego dziewczynie Sarah (Ailsa Davidson), musi dokonać kluczowego wyboru: oddać się w ręce osaczającej go policji czy rzucić się do ucieczki?
Musical śledzi obie te ścieżki równolegle, skłaniając widza do refleksji nad tym, która decyzja była słuszna. „Dobry” Joe, który ucieka, unika wymiaru sprawiedliwości i po krótkim epizodzie kryminalnym wchodzi w branżę deweloperską, osiągając wielki sukces materialny. Dzięki wyrachowanej filantropii i altruizmowi udaje mu się nawet odzyskać Sarah. Staje się duszą towarzystwa i obiektem zazdrości lokalnej społeczności, dopóki nie wchodzi w układy z człowiekiem, którego mieszkanie kiedyś okradł. Podczas ostatniego dużego skoku ryzykuje utratę wszystkiego przez fundamentalną zdradę. Czy to historia sukcesu, czy może Joe sprzedał duszę już na samym starcie?
Alternatywny Joe bierze na siebie winę za włamanie, ale nie tylko dostaje surowszy wyrok niż się spodziewał, lecz także odkrywa, że pojęcie „spłacenia długu wobec społeczeństwa” to mityczna koncepcja. Każdy kolejny krok, który próbuje podjąć, jest naznaczony tym pierwszym błędem. Joe mierzy się z uprzedzeniami i odrzuceniem, staczając się w świat niezamierzonej przestępczości. Cnota wcale nie okazuje się nagrodą, szczególnie w obliczu pogardy i powolnego odsuwania się przyjaciół, w tym – jak się zdaje – samej Sarah. Obie historie splatają się zgrabnie w finale, a wspólnota zostaje ocalona.
Wokół tych równoległych losów krążą komentatorzy pełniący rolę chóru – ojciec Joego, milcząco ostrzegający go przed powielaniem własnych błędów, oraz dwie pary przyjaciół: Emmo i Lewis (Joseph Giacone i Joe Ashman), przypominający postacie typu Rozenkrantz i Gildenstern, oraz Billie i Angie (Claire Learie i Chanice Alexander-Burnett), które cynicznie lawirują między uwielbieniem a pogardą, zależnie od tego, jak powodzi się Joemu. W role czarnych charakterów wcielają się Rhys Owen jako podejrzany deweloper Mr Pressman oraz Jay Osborne jako drobny rzezimieszek Reecey. Obsadę dopełnia siedmioro tancerzy z ansamblu, którzy dorastają wraz z głównymi bohaterami.
Scenariusz i oprawa spektaklu mają w sobie wiele uroku, jednak mnie ta inscenizacja nie do końca przekonuje. Choć porównawczy moralitet jest sprawnie pocięty, w pewnym momencie przestaje się rozwijać, głównie dlatego, że muzyka Madness nie ma wystarczającej różnorodności emocjonalnej, by wprowadzić dodatkowe niuanse. Całość wydaje się też podwójnie niedzisiejsza – utwory z lat 70. i 80., w oryginale krzykliwe i ironiczne, połączono z fabułą będącą bardzo mocną romantyczną krytyką ery Thatcher. Z perspektywy dzisiejszych czasów zaciskania pasa, taka analiza wydaje się nieco uproszczona. W rezultacie spektakl nieco traci impet, mimo świetnych kreacji aktorskich, zapadających w pamięć numerów, znakomitych muzyków i – przede wszystkim – kapitalnej, energetycznej i dynamicznej choreografii.
Częściowo problemem jest sama przestrzeń. To w gruncie rzeczy pełnowymiarowy musical z West Endu, siłą wtłoczony w ramy kameralnego teatru Off West End. Nie jest to zarzut pod adresem Union Theatre, który – jak często zauważał Stephen Collins – gościł w ostatnich latach produkcje wyjątkowej jakości, ale w tym przypadku metraż po prostu nie gra. Tancerze nie mają dość miejsca, by w pełni rozwinąć skrzydła, zespół muzyczny jest niefortunnie schowany, co utrudnia kontakt wzrokowy, a niektóre ostre zmiany oświetlenia oślepiały blisko siedzącą publiczność. Ten show nie wymaga od razu London Palladium, ale znacznie lepiej odnalazłby się na przykład w Donmar Warehouse.
Na tle obsady wyróżnia się kilka osób. Steven France wykazuje się ogromną kondycją fizyczną i psychiczną w roli głównej, starając się nadać swojej postaci jak najwięcej sympatii. Ailsa Davidson wyciska wszystko, co możliwe, z ograniczonej roli Sarah, szczególnie w refleksyjnych momentach drugiego aktu. Dominic Brewer poruszająco oddaje smutek ojca obserwującego syna z oddali, a na specjalne wyróżnienie zasługuje Rhys Owen za serię świetnie narysowanych, wyrazistych ról epizodycznych. Wokal i taniec ansamblu stały na wysokim poziomie, z nienaganną dykcją i pomysłowym ruchem, nie tylko w dynamicznych numerach. Szczególnie ujęła mnie dowcipna inscenizacja „Driving in my car” – niezbyt istotnego utworu, który dzięki oszczędnej, trafnej gestykulacji zyskał nowe życie. Kierownik muzyczny Richard Baker dba o dobre tempo tego dość długiego spektaklu.
Choć wznowienie tej intrygującej sztuki było potrzebne, materiał wyjściowy pozostaje pod pewnymi względami niesatysfakcjonujący, a skala produkcji gryzie się z lokalizacją. Jeśli brzmi to surowo, to tylko dlatego, że w musicalu – podobnie jak w operze – aby całość zachwyciła, wszystkie elementy muszą być dopracowane do perfekcji. Jeden zgrzyt w tekście, wykonaniu czy zespole kreatywnym ciągnie spektakl w dół znacznie mocniej niż w tradycyjnym teatrze dramatycznym. Większość produkcji nie przeskakuje tej wysoko zawieszonej poprzeczki, ale kiedy to się udaje, nic nie może równać się z magią teatru. Mimo to, Our House zapewnia udany wieczór, prezentując sprawność techniczną, która zasługuje na uznanie. Spektakl Our House jest grany w Union Theatre do 12 września 2015
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności