WIADOMOŚCI
RECENZJA: Priscilla, Królowa Pustyni, Manchester Opera House ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
douglasmayo
Share
I Will Survive. Fot.: Paul Coltas Priscilla, Królowa Pustyni Manchester Opera House (Tournée)
25 sierpnia 2015
4 gwiazdki
Rezerwuj bilety na trasę po UK
Weź dwie drag queens, transwestytę, tyle cekinów i brokatu, by zatopić Titanica, dodaj do tego utalentowaną obsadę oraz mnóstwo nowoczesnych klasyków popu i disco w wielkim różowym autobusie, a otrzymasz niemal wszystkie składniki, które czynią z „Priscilli” radosny wieczór w teatrze.
Oparty na filmie o tym samym tytule z 1994 roku, musical „Priscilla” stał się największym towarem eksportowym australijskiego teatru muzycznego, doczekawszy się m.in. produkcji w Kanadzie, we Włoszech, Brazylii, USA, Szwecji, Argentynie, na Filipinach, w Hiszpanii i Norwegii. Obecne tournée jest drugą trasą po Wielkiej Brytanii po niemal trzech latach wystawiania spektaklu na West Endzie.
W swojej najprostszej formie „Priscilla” to kino drogi. Tick, drag queen, zostaje zaproszony przez żonę do podróży z Sydney do Alice Springs, aby wystąpić w kasynie, którym ona zarządza. Tick angażuje do pomocy Adama/Felicię, młodą drag queen, oraz Bernadette, starszego transwestytę. Trio wyrusza w drogę autobusem, który chrzczą imieniem Priscilla. Tick obawia się tej podróży, ponieważ w Alice Springs ma po raz pierwszy spotkać swojego syna – fakt ten zataił przed towarzyszami. Nie trzeba dodawać, że umieszczenie trzech ekstrawaganckich postaci w autobusie i wysłanie ich w głąb australijskiego outbacku wywołuje szok kulturowy u tubylców i staje się idealną platformą do samoodkrycia, zbliżając całą trójkę do siebie.
Duncan James jako Tick. Fot.: Paul Coltas
Dziewięć lat po premierze w Sydney, „Priscilla” z impetem wkroczyła w tym tygodniu na scenę Manchester Opera House w ramach nowej krajowej trasy koncertowej.
W tej produkcji gwiazdor zespołu Blue, Duncan James, wciela się w rolę Ticka (w niektórych miastach rolę tę będzie grać zamiennie Jason Donovan). To postać wymagająca delikatnej równowagi między brawurą a kruchością. Przez większość czasu Jamesowi udaje się to wyważyć, choć jego budowa fizyczna sprawia, że ukazanie słabości Ticka jest wyzwaniem. Jego wielki moment następuje, gdy ubrany w limonkową pidżamę z cekinami tańczy z babeczkami, śpiewając „MacArthur Park” – to czysty triumf.
Simon Green nadaje Bernadette łagodniejsze oblicze niż poprzedni odtwórcy tej roli. Bernadette, jedna z najbardziej złożonych postaci w spektaklu, po prostu pragnie być kochana. Kreacja Greena wyróżnia się na tle całej trójki. Bernadette emanuje stylem i klasą nawet w najtrudniejszych okolicznościach, a jej twarda powłoka topnieje wraz z pokonanymi kilometrami wgłąb pustyni.
Adam Bailey gra Adama/Felicię, młodego mężczyznę, który z impetem wyszedł z szafy i żyje w szalonym tempie, nie martwiąc się o konsekwencje. Felicia w wykonaniu Baileya to cudowny pokaz młodości – niczym kometa pędząca po niebie, jest nieustraszony.
W „Priscilli” występują trzy fantastyczne Divy, często zawieszone wysoko w powietrzu, które zapewniają wokalne wsparcie dla drag queens podczas ich występów z lip-syncem. Lisa-Marie Holmes, Laura Mansell i Catherine Mort są genialne – to wybuchowa mieszanka soulu, która nadaje nowy wymiar wielkim klasykom disco.
Callum MacDonald ma za zadanie rozgrzać publiczność i nadać ton wieczorowi jako drag queen Miss Understanding. Jego przekomarzania się z widownią są pełne ironii, idealnie oddają uszczypliwy styl bycia drag queen, a jego numer Tiny Turner to prawdziwa rozkosz.
MacArthur Park. Fot.: Paul Coltas
Co zaskakujące, najbardziej groteskowymi postaciami napotkanymi w drodze przez trio są kobiety. Catherine Mort, jedna z Div, gra również Shirley – barmankę w knajpie w Broken Hill pełnej lokalnych prostaków. Postać ta to czysty stereotyp – z fryzurą „na czeskiego piłkarza”, brakiem higieny i biustem bez stanika, tworzy moment czystej komediowej błogości. Z kolei Julie Yammanee wnosi zupełnie nową energię do postaci Cynthii, „żony z katalogu” z Azji. Ta inkarnacja Cynthii pokazuje, że może nie być ona tak utalentowaną tancerką, za jaką się uważa, polegając na swojej seksualności i słynnym numerze z piłeczkami pingpongowymi, by przyciągnąć uwagę męskiej widowni. Yammanee czyni z Cynthii jeden z najzabawniejszych punktów wieczoru. Już nigdy nie spojrzycie na piłeczkę pingpongową w ten sam sposób.
W drodze do Alice trio spotyka mechanika Boba, otwartego dżentelmena, który zjeździł świat w poszukiwaniu swojego miejsca. Szybko zaprzyjaźnia się z niezwykłymi podróżnikami i nawiązuje wyjątkową relację z Bernadette. Philip Childs ożywia szorstką męskość Boba i jego delikatną stronę, nadając mu złożoność i duszę, jakiej nie spodziewalibyśmy się po pustynnym mechaniku.
Go West. Fot.: Paul Coltas
Zespół w „Priscilli” pracuje niezwykle ciężko, przebranie za przebraniem, by ożywić kampową zabawę tego musicalu. Ich triumf następuje na koniec pierwszego aktu przy utworze „I Will Survive”, jednym z najbardziej radosnych momentów, jakie kiedykolwiek stworzono w teatrze muzycznym.
Jedną z najmocniejszych stron filmu „Priscilla” były kostiumy stworzone przez Tima Chappela i Lizzy Gardiner, które przyniosły im Oscara, nagrodę BAFTA i AFI. Wszystkie klasyczne kreacje z filmu zostały przeniesione na scenę, a do nich dodano wiele nowych. Kostiumy są tak szalenie ekstrawaganckie i fantastyczne, jak sama koncepcja historii. Pod względem wizualnym „Priscilla” to uczta, której szybko nie zapomnicie – wirująca, barwna parada popkultury i dragu, którą trzeba zobaczyć, by uwierzyć. Brawo!
Z przyjemnością zauważyłem, że w tej wersji objazdowej sama Priscilla powróciła na scenę, choć w nieco okrojonej formie względem oryginału z West Endu. Wprowadzenie na scenę autobusu, który może manewrować niczym tancerze, świecić i grać na komendę, to nie lada wyczyn. Biorąc pod uwagę, że show nosi jej imię, wspaniale jest widzieć Priscillę w pełniejszej formie niż podczas ostatniej trasy, gdzie fizyczny autobus zastąpiono drucianym stelażem z oknami LED. Dobrze cię znów widzieć!
Colour My World. Fot.: Paul Coltas
Przy tak wielu pozytywach szkoda, że jedna rzecz zawodzi. Oprawa scenograficzna zdaje się być ofiarą cięć podczas podróży do Manchesteru. Sedno historii „Priscilli” kręci się wokół rozległych przestrzeni australijskiego outbacku, poczucia izolacji i samoodkrycia. Ponieważ tak duża część tej inscenizacji rozgrywa się przed purpurowymi kurtynami, opowieść traci swój geograficzny kontekst.
Odniosłem wrażenie, że twórcy zaprojektowali spektakl z założeniem, że każdy widz widział film. Mój towarzysz tego wieczoru należał do osób, które go nie znały. O ile w produkcji na West Endzie lokalizacje były wyraźnie zarysowane, o tyle tutaj przemieszczanie się z miejsca na miejsce nieco się rozmyło.
Scena „Sempre Libera”, w której w filmie widzimy słynny szpilkę na dachu Priscilli z Felicią w srebrnym kombinezonie i z dwunastometrowym trenem pędzącą przez pustynię, to ikoniczny moment historii kina. Na West Endzie Oliver Thornton unosił się w powietrzu nad publicznością, śpiewając słowa, które w wolnym tłumaczeniu oznaczają „żyj wolna i raduj się”. To mocne połączenie obrazu z włoską operą było oszałamiające. Tutaj zostało to zredukowane do pobocznego wątku, który traci sens, a dla osób nieznających „Priscilli” jest kompletnie niezrozumiały.
Mimo to, w „Priscilli” wciąż jest wiele do podziwiania, zwłaszcza dzięki utalentowanej obsadzie, która ożywia barwnych bohaterów tej fantastycznej podróży.
„Priscilla” to naprawdę genialny, poprawiający nastrój musical. Ma w sobie mnóstwo humoru i wielkie serce.
Nie przegapcie tego!
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności