Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Pure Imagination, St James Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Obsada spektaklu Pure Imagination. Fot. Annabel Vere Pure Imagination

St James Theatre

29 września 2015 r.

Kup bilety na Pure Imagination

Chodź ze mną, a znajdziesz się w świecie czystej wyobraźni...

Słowa te pochodzą z jednej z najpiękniejszych i najbardziej poruszających piosenek, jakie kiedykolwiek wyszły spod pióra duetu Lesley Bricusse i Anthony Newley. Wykorzystany w kluczowym momencie filmu „Willy Wonka i fabryka czekolady” z 1971 roku, utwór „Pure Imagination” stał się hymnem na cześć wiary, uczciwości i nadziei, a także nieograniczonych możliwości ludzkiego ducha. W pewnym sensie utwór ten jest kwintesencją twórczości Bricusse'a: wzniosła, naturalnie piękna melodia połączona z urzekającym, wysmakowanym tekstem. Dzieło czystego geniuszu.

Z drugiej strony, „Pure Imagination”, podobnie jak większość prac Bricusse'a, bywa pułapką dla nieostrożnych wykonawców – bez odpowiedniego wyczucia stylu, wykonanie po prostu traci urok. W tym kontekście wybór „Pure Imagination” na tytuł i motyw przewodni rewii prezentującej dorobek Bricusse'a jako tekściarza i kompozytora jest równie odważny, co karkołomny. Bez wybitnego stylu i jasnej wizji artystycznej, pułapka ta zmienia się w grząskie piaski. Można przez nie przejść obronną ręką, ale wymaga to ogromnej staranności, uwagi i kunsztu.

W St James Theatre odbyła się właśnie premiera spektaklu „Pure Imagination: The Songs Of Lesley Bricusse” – rewii opracowanej przez samego Bricusse'a, reżysera Christophera Renshawa i producentkę Danielle Tarento. Inscenizacja Renshawa, wspieranego w kwestii ruchu scenicznego przez Matthew Cole'a, przypomina raczej „Ubogą Wyobraźnię”. Produkcja jest długa, monotonna i w dużej mierze mdła niczym niesolone masło. Choć uświadamia nam ogromny wkład Bricusse'a w muzykę rozrywkową i standardy jazzowe, robi to głównie poprzez przypominanie, jak świetne były oryginały. Brakuje tu jednak własnego, unikalnego blasku i energii.

Trudno nie być pod wrażeniem wszechstronności Bricusse'a. Jako kompozytor i tekściarz pisał dla wielkich scen („The Roar Of The Greasepaint, The Smell Of The Crowd” to jego najlepsze dzieło), kultowych filmów (seria o Bondzie, „Doktor Dolittle”, „Victor, Victoria” czy wspomniany „Willy Wonka”) oraz największych gwiazd (Plácido Domingo, Matt Monro). Obecnie pracuje nad co najmniej dwoma nowymi musicalami: „Sammy” (o Sammy'm Davisie Jr.) oraz „Sunday Dallas” (o dublerce z Broadwayu). Okazuje się również, że stoi za skocznym hitem „My Old Man's A Dustbin” (kto by przypuszczał? Użył tam pseudonimu).

Dorobek Bricusse'a jest tak imponujący i melodyjny, że tylko osoba pozbawiona słuchu nie znalazłaby tu mnóstwa satysfakcjonujących numerów. Wielu widzów zachwyci się każdą piosenką, a kierownik muzyczny Michael England wykonuje kawał świetnej roboty, akompaniując wokalistom wraz z sześcioosobowym zespołem (z Englandem przy pianinie). Aranżacje Englanda brzmią naprawdę godnie. Jak to zwykle bywa, przydałoby się więcej smyczków dla podkreślenia tła muzycznego, ale to drobne zastrzeżenie.

Julie Atherton w spektaklu Pure Imagination. Fot. Annabel Vere

Nie jest to rewia, która próbuje na nowo zinterpretować muzykę Bricusse'a, w przeciwieństwie do niedawnego hitu z utworami Bacharacha w Menier Chocolate Factory. Nie przypomina też spektakli w stylu „Side By Side By Sondheim” czy „And The World Goes 'Round”, które brały na warsztat repertuar konkretnych twórców (Sondheima oraz Kander & Ebb), dodawały błyskotliwą narrację łączącą poszczególne części i pozwalały publiczności spojrzeć na znane kompozycje ze świeżej perspektywy.

Tutaj twórcy postawili na luźniejszą formę, polegając wyłącznie na piosenkach i tekstach Bricusse'a. Brakuje komentarzy wyjaśniających kontekst utworów czy budujących napięcie. Wielkie przeboje łączą jedynie swobodne motywy tematyczne.

Widowisko otwiera motyw „Pure Imagination”, który powraca wielokrotnie, zazwyczaj sygnalizując drobną zmianę tempa, nastroju lub stylu. Sprawny dramaturg mógłby jednak nadać całości więcej zwartości i rozsądnie skrócić listę utworów – w ciągu dwóch godzin słyszymy ich aż 50, a nie wszystkie są powszechnie znane. Większa spójność byłaby tu dużym atutem.

Zbyt rzadko wykorzystywane są możliwości łączenia głosów pięciorga solistów. Domina solo i duety, podczas gdy prawdziwym zaskoczeniem i nagrodą dla widza mogłyby być nieoczywiste kombinacje wokalne. Niekiedy dopuszczano, by żarty wizualne przesłaniały piękno linii wokalnej. Choć Dave Willetts w roli sześćdziesięcioletniego agenta 007 śpiewającego „Goldfinger” ma w sobie pewien droleryjny urok, dotkliwie brakuje tu zmysłowej, elektryzującej pasji, którą może nadać tej piosence tylko kobiecy głos. Jeden z bohaterów pełni rolę pewnego rodzaju narratora czy obserwatora, ale pomysł ten niestety nie został w pełni rozwinięty ani należycie wyeksponowany.

Biorąc pod uwagę, że Bricusse jest tekściarzem i słowo odgrywa w jego pracy kluczową rolę, uderza brak wyraźnej dykcji, zwłaszcza w utworach mniej znanych publiczności. Wiele słów ginęło w takich numerach jak „The Dream” (opracowanie „Dziadka do orzechów”), „The Pink Panther” (mimo to wciąż bardzo zabawna), „Down The Apples And Pears” czy „Thank You Very Much”. Nie była to kwestia nagłośnienia, lecz warsztatu wykonawców i reżyserskiej wizji Renshawa.

Choreografia Matthew Cole'a bywała momentami żwawa, ale w większości nie nadała widowisku wystarczającej werwy. Głównymi wyjątkami były: sekwencja przy „Różowej Panterze”, finał pierwszego aktu „The Good Old Bad Old Days” oraz entuzjastyczne wykonanie „Oompa-Loompa Doompadee-Doo” – każdy z tych momentów lśnił jak należy. Inne układy bywały nużące lub nietrafione (przykładem może być taneczne tło do poprawnie wykonanego przez Siobhan McCarthy „Le Jazz Hot”).

Scenografia Tima Goodchilda była osobliwa. Początkowo, z nutami spadającymi z Księżyca, wydawała się magiczna, ale z czasem stała się bardziej płaska i mniej porywająca, niż zasługiwała na to muzyka. Nastąpił całkowity rozdźwięk między majestatem utworów a sposobem ich prezentacji. Zamiast wszechobecnego blichtru, Ben Moriah proponuje kostiumy częściowo ludowe, a częściowo błyszczące, jednak ogólne poczucie estradowego „show” gdzieś umknęło. Jedna z widzek zauważyła w antrakcie, że „całość jest urocza”, co jest dość wymownym podsumowaniem. Muzyka Bricusse'a jest ekscytująca i każda jej prezentacja powinna być równie porywająca i odkrywcza. Przez większość czasu „Pure Imagination” niestety taka nie była.

Giles Terera w Pure Imagination. Fot. Annabel Vere

Na szczęście nie zabrakło wyjątków: finałowa, rozpisana na pięć głosów wersja „Pure Imagination”; jedwabisty głos Gilesa Terery w „The Candy Man”; potężne „In His Eyes” z musicalu „Jekyll & Hyde”; zespołowe „Talk To The Animals”; poruszające „The Joker” (ponownie Terera); energetyczne „Thank You Very Much/The Good Old Days” na koniec pierwszego aktu oraz porywające „Feeling Good” na finał. Każdy z tych punktów programu był znakomity – gdyby ten poziom utrzymał się przez cały czas, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem.

Julie Atherton była właściwie jedyną artystką, która odważyła się wnieść do swoich występów odrobinę ekscentrycznej indywidualności. Dzięki temu wszystko, co śpiewała, brzmiało świeżo i ciekawie, a każde jej pojawienie się na scenie poprawiało nastrój i podnosiło poziom energii. McCarthy, ze względu na przydzielony repertuar, nie miała aż tylu okazji do błyśnięcia, ale podeszła do zadania z wielkim zapałem i kunsztem, wykorzystując pełnię swoich ogromnych możliwości wokalnych. Kiedy Atherton i McCarthy śpiewały razem, efekt był fenomenalny – to momenty godne owacji na stojąco.

Terera przez cały wieczór trzymał dobry poziom, choć miewał wzloty i upadki. Momentami jego występ bywał zbyt pretensjonalny, ale kiedy już złapał rytm, nie miał sobie równych. Jego wirtuozerskie wykonanie „What Kind Of Fool Am I?” słusznie doprowadziło widownię do zachwytu.

Zarówno Willetts, jak i Niall Sheehy nie do końca poradzili sobie z wymaganiami tej formy i samej muzyki. Dużo było głośnego śpiewu, kilka niezręcznych partii falsetem i sporo męczącej, amatorskiej nadekspresji. Interesujące momenty w ich wykonaniu zdarzały się jedynie okazjonalnie.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, muzyka Bricusse'a broni się sama. Choć nie wszystkie melodie są jego autorstwa, cała twórczość, z którą jest kojarzony, prezentuje ujednolicony, wysoki poziom. Bije on z każdego dźwięku w „Pure Imagination”, niezależnie od niedostatków wizji Renshawa. W ciągu dwóch godzin otrzymaliśmy kilka wybitnych popisów, wiele dobrych i kilka całkiem bezbarwnych.

Owszem, można by to zaśpiewać lepiej, a już na pewno znacznie lepiej wyreżyserować i opracować choreograficznie. Tam, gdzie spektakl powinien kipieć energią, często łapie zadyszkę. Jednak geniusz Bricusse'a sprawia, że widz pozostaje zaangażowany, rozpoznając dawne hity i kontemplując nowe melodie oraz teksty, po prostu dobrze się bawiąc.

Pure Imagination można oglądać w St James Theatre do 15 października 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS