Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Return To The Forbidden Planet, trasa po Wielkiej Brytanii ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Mark Newnham (w centrum) i obsada musicalu Return To The Forbidden Planet. Fot.: Nobby Clark Return To The Forbidden Planet

New Wimbledon Theatre

24 marca 2015

3 gwiazdki

Jakie są szanse na to, że dwa musicale, które 25 lat temu rywalizowały o nagrodę Oliviera dla najlepszego nowego musicalu, doczekają się znaczących profesjonalnych wznowień w tym samym 2015 roku? Małe, wręcz nikłe? W 1990 roku nominowane były Miss Saigon, The Baker's Wife, Buddy oraz Return To The Forbidden Planet. To był specyficzny rok dla nagród Oliviera, ponieważ jedną ceremonią objęto produkcje z lat 1989 i 1990. Miss Saigon nie wygrała. Z perspektywy czasu ten wynik wydaje się dziś bardziej zaskakujący niż wtedy.

Obecnie w New Wimbledon Theatre, w ramach brytyjskiej trasy koncertowej, gości jubileuszowe wznowienie spektaklu Boba Carltona, przygotowane przez Queen's Theatre w Hornchurch z okazji 25-lecia. Autor i reżyser opisuje to dzieło jako „alchemiczne połączenie języka Szekspira, parodii kina science fiction z lat 50. i starego, dobrego rock'n'rolla”. Czy to właśnie to unikalne i nieoczywiste połączenie składników przyniosło musicalowi nagrodę Oliviera w 1990 roku, czy może nowatorski wówczas pomysł, by aktorzy-muzycy grali na instrumentach na żywo, czy po prostu niespożyta energia tamtej obsady – dziś trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć.

Pewne jest jednak, że obecna produkcja objazdowa nie jest wznowieniem w takim sensie, jak Miss Saigon grająca w Prince Edward Theatre; to raczej odświeżona wersja oryginału. Przynajmniej na taką wygląda. Nie odnosi się wrażenia, by spektakl został w jakikolwiek istotny sposób unowocześniony czy przemyślany na nowo, a jeśli tak się stało, to nie kładzie się na to żadnego nacisku.

Zamiast tego na widowni panuje atmosfera przytulnej znajomości tematu. To całkowicie niedorzeczna historia z absurdalnymi kostiumami, która bezwstydnie przekręca słowa Szekspira w geekowski, sci-fi sposób, wygrywając przy tym głośno i z pasją przeboje z Listy Przebojów. W zależności od nastawienia, seans może być dla widza niebem albo piekłem.

Wątki szekspirowskie są intrygujące. Z jednej strony mamy frajdę z wyłapywania cytatów lub ich przekręceń (ulubieniec publiczności to „Beep or not to Beep”); z drugiej strony, rzadko kto poświęca należytą uwagę pięknu i możliwościom, jakie daje ten język. Wyjątkiem jest Mark Newnham w roli Cookiego. Newnham potrafi wydobyć koloryt z wiersza i prozy barda, nie bojąc się klasycznego warsztatu nawet w oparach absurdalnej przesady tej parodii. Gdy Newnham rozpościera skrzydła, widać wyraźnie, jakie wyżyny mógłby osiągnąć ten spektakl, gdyby reszta obsady równie biegle (że tak powiem) posługiwała się językiem Szekspira.

Niedorzeczność kina sci-fi daje ogromny potencjał do zabawy. Napotkane potwory to hołd dla Doktora Who (nawiązania do przygód Toma Bakera w The Invisible Enemy czy The Power Of Kroll są czytelne i bardzo zabawne), podobnie jak interakcja z widownią oparta na koncepcji „odwrócenia polaryzacji” – co zapewne śmieszyło jeszcze bardziej w dniu premiery, gdy pamięć o Doktorze w wydaniu Jona Pertwee była wciąż żywa.

Kostiumy nawiązują do filmów i seriali sci-fi klasy B, zanurzając całość w nostalgii za „prostszymi czasami”. Efekty dźwiękowe i broń są uroczo kiczowate, co świetnie sprawdza się w tej konwencji. Robot Ariel wygląda jak skrzyżowanie staromodnego Cybermana z androidem z Zagubionych w kosmosie i lalką Ken w skafandrze – znów: kiczowate, ale daje mnóstwo frajdy.

Jednak największą „Mocą” tego spektaklu – by użyć innego nawiązania – jest dobór muzyki. To szafa grająca pełna hitów, takich jak Great Balls of Fire, Don't Let Me Be Misunderstood, Good Vibrations, Young Girl, She's Not There, All Shook Up, Shake Rattle and Roll, Monster Mash czy I Heard It Through The Grapevine. Jest coś niezaprzeczalnie radosnego w słuchaniu tych przebojów śpiewanych i granych na żywo; rytm niemal sam porywa do tańca.

Tu jednak pojawia się problem. Czas nie stał w miejscu od premiery Return To The Forbidden Planet, która niegdyś wyznaczała standardy dla aktorów-muzyków. Zaledwie w zeszłym tygodniu na tej samej scenie zespół Calamity Jane pokazał, jak połączyć wirtuozerię instrumentalną z dynamiczną choreografią i świetnym śpiewem. W porównaniu z wymogami, jakie współczesny teatr stawia wykonawcom, obsada tej produkcji – z jednym lub dwoma wyjątkami – prezentuje raczej statyczne podejście „stań i zaśpiewaj”.

Gra aktorska wymaga więcej energii, ciekawszej choreografii i dynamicznej interakcji między instrumentem, tekstem a ruchem. Ponownie liderem pozostaje Mark Newnham – jego Cookie jest pełen werwy, a on sam wykorzystuje całe ciało, by oddać muzyczne i dramatyczne skrajności swojej postaci. Jego ekspresyjna twarz wyciska z materiału każdą kroplę emocji.

Wielu innych wykonawców podchodzi do materiału zbyt zachowawczo. Kapitan Tempest w wykonaniu Seana Needhama jest wyjątkowo bezbarwny, choć wcale nie musi taki być, a jego śpiew bywa nużący. Joseph Mann jako Ariel jest osobliwy i ciekawy, a Sarah Scowen całkiem sprawnie kreuje Mirandę na międzygalaktyczną Sandrę Dee, ale obojgu przydałoby się więcej skupionej energii. Te role wymagają euforycznego zaangażowania, które wykracza poza skalę. Podobnie jak w przypadku musicalu Cats, to dzieło typu „wszystko albo nic” – przeciętność tu nie wystarczy. Silniki muszą pracować na pełnych obrotach przez cały czas.

Jonathan Markwood jako intrygujący, nieco maniakalny dr Prospero przypomina skrzyżowanie łagodnego Willy'ego Wonki z H.G. Wellsem i panem Hyde'em. Jego dziwaczny, niemal wiktoriański strój showmana ciekawie kontrastuje ze srebrnymi mundurami patrolu kosmicznego, a sam Markwood rozumie potrzebę bycia „dziwnym”. Jest to jednak występ na pół gwizdka – czuje się, że w aktorze drzemie o wiele bardziej energiczna i satysfakcjonująca kreacja, która tylko czeka na uwolnienie.

Brian May z zespołu Queen pojawia się jako swego rodzaju Narrator/Chór, stanowiąc miłe urozmaicenie, a Steve Simmonds w roli zadziornego Bosmana Arrasa serwuje kilka kiepskich żartów w dobrym stylu. Dźwięk generowany przez instrumenty na scenie jest, zgodnie z oczekiwaniami, szalony i odpowiednio głośny.

Przede wszystkim jednak ta produkcja pokazuje, że Return To The Forbidden Planet prawdopodobnie potrzebuje nowej, świeżej ekipy twórców, gotowej przemyśleć ten tytuł i znaleźć nowe sposoby na jego ożywienie. Jeśli jednak szukacie jedynie pretekstu do posłuchania wielkich hitów z lat 50. i 60., ten spektakl z pewnością Wam się spodoba.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS