Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Rocky, Wintergarden Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Fot.: Sara Krulwich Rocky

Winter Garden Theatre

9 kwietnia 2014

3 gwiazdki

Można wierzyć, że każdy temat może stać się kanwą dobrego musicalu, ale – niczym wykwintny koktail – nasza wiara może zostać wstrząśnięta lub zmieszana w zależności od tego, co zostanie zaserwowane.

Na broadwayowskiej scenie Winter Garden Theatre wystawiany jest obecnie Rocky, musicalowa adaptacja słynnego filmu z Sylvestrem Stallone. Dzieło stworzone przez Thomasa Meehana i Stallone’a, z muzyką Stephena Flaherty’ego i tekstami Lynn Ahrens, jest unikalne. Z całą pewnością nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego.

Za reżyserię odpowiada Alex Timbers, który, mówiąc wprost, wykonał zdumiewającą robotę. Mamy tu wiele skrajnie różnych elementów, ale Timbers znajduje sposób, by spiąć je w spójną całość. Wykorzystano mnóstwo widowiskowych multimediów, a w drugim akcie część widowni ulega transformacji – widzowie są przesadzani, by zrobić miejsce dla ringu, który wjeżdża na środek sali. To drobiazgowo dopracowana logistyka i, przynajmniej dzisiejszego wieczoru, wykonana bezbłędnie.

Zmiany scen charakteryzują się filmową płynnością, co zadowoli fanów pierwowzoru i nada tempo akcji tym, którzy od teatralnego spektaklu oczekują czegoś więcej niż tylko zarysu fabuły.

Tempo ani na chwilę nie słabnie. Timbers umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie, a finałowa walka bokserska jest wręcz olśniewająca – genialnie wyreżyserowana (za choreografię odpowiadają Steven Hoggett i Kelly Devine) i brawurowo odegrana.

Nie pamiętam filmu na tyle dobrze, by to ocenić, ale komentarze innych widzów sugerują, że fabuła jest tu zarówno wierna oryginałowi, jak i wprowadza pewne zmiany. Z pewnością pojawiły się kluczowe momenty, które wywołały aplauz widowni – prawdopodobnie dlatego, że wiernie oddawały kultowe sceny z kina. Jednym z takich momentów był ten, w którym Rocky (Andy Karl) wypił trzy surowe jajka jednym haustem. Tłum oszalał – zupełnie tak, jak zwykle szaleje, gdy Momma Rose śpiewa „I had a dream” w Gypsy.

Karl jako Rocky tworzy kreację niezwykłą. Jest całkowicie wiarygodny jako prostoduszny „Włoski Ogier”, trenujący ciosy na wiszących połciach wołowiny; jego poświęcenie dla fizycznych wymagań roli samo w sobie zasługuje na nagrodę Tony.

Karl potrafi jednak również śpiewać i grać – i to bardzo dobrze. Przez cały spektakl budzi sympatię jako prosty, marzycielski poczciwiec. Jego zauroczenie nieśmiałą Adrian (Margot Seibert) jest zagrane po mistrzowsku. W każdym calu jest tu zwycięzcą.

Seibert jest równie imponująca. Jej przemiana z szarej myszki w „kobietę w czerwieni” została poprowadzona z wyczuciem i wrażliwością, a aktorka zachwyca na każdym kroku. Trudno jej nie polubić.

Dakin Matthews zapewnia świetne wsparcie jako szorstki właściciel siłowni, Mickey, który choć ma z Rockym na pieńku, w ostateczności chce mu pomóc. Terence Archie jest idealny jako Apollo Creed, panujący mistrz, z którym Rocky – w niewyjaśniony sposób – dostaje szansę walki.

Danny Mastrogiorgio to najsłabsze ogniwo; jego postać pijanego, prostackiego brata Adrian jest tak nijaka i mało przekonująca, jak rzadko która na Broadwayu.

Jednak prawdziwy problem leży w libretcie, które jest zbyt fragmentaryczne jak na spektakl sceniczny, oraz w partyturze. Choć jest ona całkiem przyjemna i poprawna, brakuje jej spójności oraz zapadających w pamięć ballad, hymnów czy duetów. Bywają znacznie gorsze kompozycje, ale jak na dzieło tej rangi, Flaherty i Ahrens dostarczyli muzykę tak przeciętną, jak tylko można sobie wyobrazić.

Można przypuszczać, że trudnością było wplecenie w partyturę popularnego motywu przewodniego z filmu, który – gdy tylko się pojawia – brzmi tak olśniewająco, świeżo i ekscytująco jak zawsze. Nic, co stworzyli Ahrens i Flaherty, nawet nie zbliża się do tego poziomu. Są tu niezłe numery – „Fight from the Heart”, „Happiness”, „I’m Done” czy „Adrian” – ale o żadnym nie będzie się pamiętać pięć minut po wyjściu z teatru.

Mamy tu do czynienia bardziej z widowiskiem niż teatrem muzycznym; bardziej z dramatem z muzyką niż musicalem; bardziej z zainscenizowanym filmem niż sztuką teatralną. Ma to jednak w sobie mnóstwo serca i kilka naprawdę świetnych ról.

Co ważne – i nie należy tego lekceważyć – ta produkcja przyciągnie do teatru nowych ludzi. Osoby siedzące blisko mnie najwyraźniej nigdy wcześniej nie były w teatrze i były absolutnie zachwycone. Więc jeśli nie nic innego, to spektakl ten przynajmniej zdobywa nową widownię dla sztuki na żywo.

Rocky nie pozostawi was ani wstrząśniętymi, ani zmieszanymi, ale też nie wyssie z was energii do życia.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS