WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bakkhai, Almeida Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Bakkhai
Almeida Theatre
31 lipca 2015 r.
5 gwiazdek
Objawia się pod pięcioma postaciami.
Pierwsza przypomina elfa. Obcisłe niebieskie spodnie, biały T-shirt, oba noszone luźno, w nieładzie. Długie, bardzo długie czarne włosy i równie długie kończyny. Uśmiech jest uwodzicielski, nastrój figlarny, a cel to – ekspozycja. Postawa kanciasta; obnażone ciało, prowokacyjnie, nęcąco. Oczy żywe, rozbiegane. Mógłby być legendą rocka lub gwiazdą kina. To bóg Dionizos, który przyszedł, by nawrócić niewiernych i przy okazji dobrze się bawić.
Drugi to mądry starzec, Tejrezjasz, przyjaciel Kadmosa, którego wnuk Pentheus włada teraz Tebami. Z bluszczem wplecionym we włosy, sylwetką zgarbioną przez wiek i trud, oraz głosem, który w niesamowity sposób przywołuje obrazy Johna Hurta, Tejrezjasz pragnie czcić Dionizosa. Widzi, co się święci, choć jego oczy są martwe. Ale Penteusz go powstrzymuje, a Tejrezjasz drży o przyszłość władcy.
Trzeci to po części postać chrystusowa, po części syrena, kusiciel/kusicielka, pochlebca i przede wszystkim oszałamiający bóg. Jego niezwykle szczupłe ciało spowija długa suknia ze zwierzęcej skóry; wydaje się jednocześnie miękka, cielesna, hedonistyczna i ofiarna. Ujmująca i odrażająca zarazem. To Dionizos namawiający Penteusza do zmiany strategii – do przywdziania kobiecego stroju i udania się do tebańskich kobiet, które uciekły z miasta i dziko świętują, oddając cześć Dionizosowi na zboczach Kitajronu. Jest niezwykle przekonujący, potrafi odeprzeć każdy argument, sprawić, by każda propozycja stała się naturalna i oczywista. Personifikacja nieodpartego uroku.
Czwarty to oszalały sługa, zwykły człowiek uwikłany w nadzwyczajne zdarzenia. Widział coś potwornego i musi to opowiedzieć. Ból, strach i rozpaczliwa wściekłość, którą czuje, są wszyte w każde wyrzucane przez niego słowo. Patrzył na zemstę boga w całej jej ponurej, fantastycznej grozie. Nigdy już nie będzie taki sam.
Piąty to Dionizos w jednym ze swoich boskich obliczy: łeb byka, twardy, umięśniony tors pokryty jakąś czarną mazią (ekskrementy, brud, wody Styksu?) i wściekły, gderliwy, wrzaskliwy głos. Ten jest autentycznie przerażający, niepokojący do szpiku kości. A jednak, wyraźnie obecny przez cały czas...
To Ben Whishaw – elektryzujący, surowy, intensywny i nadzwyczajny w produkcji „Bakkhai” Eurypidesa w reżyserii Jamesa Macdonalda, będącej częścią greckiego sezonu w Almeida. O niebo lepsza od poprzedzającej ją „Orestei”, czerpiąca z przejrzystego, nowoczesnego tekstu autorstwa Anne Carson, produkcja ta pędzi przed siebie i z łatwością przykuwa uwagę przez blisko dwie godziny bez przerwy.
Sztuka została wystawiona po raz pierwszy po śmierci Eurypidesa i przyniosła mu pośmiertne laury. Często uważana jest za końcowy rozdział w rozwoju tragedii greckiej, a zarazem za utwór, który tchnął w ten gatunek nowe życie. Ta idea dwoistości i transformacji jest obecna w każdym wersie tekstu.
To sztuka, która uniesie dowolną liczbę interpretacji. Macdonald nie wybiera jednej ścieżki; raczej opowiada historię z pieczołowitą jasnością i pozwala jej przemówić do każdego widza na jego własnych zasadach. Z tego przedstawienia wyniesiesz to, co sam do niego wniesiesz – obsada jedynie zapala świecę, to, co zobaczysz, zależy od ciebie.
Jeśli nigdy nie widzieliście tragedii greckiej, to jest doskonały punkt wyjścia. Jeśli zraziliście się nużącymi inscenizacjami antyku, pozwólcie tej produkcji zadziałać na was swoją magią. Jest fantastyczna.
Trzymając się tradycji czasów Eurypidesa, MacDonald wykorzystuje dziesięcioosobowy Chór (tutaj kobiecy, zamiast tradycyjnych chłopców) oraz trzech aktorów. Chór pełni określoną rolę – obserwuje, komentuje, uczestniczy; trzej aktorzy grają wszystkie pozostałe role. Daje to aktorom ogromne pole do popisu, a jednocześnie pozwala na eksplorację wieloznaczności, niepewności i dwuznacznego charakteru wydarzeń.
Scenografia Anthony’ego McDonalda jest wspaniała. Surowe, nieotynkowane ceglane ściany Almeidy, prosta platforma, ciemne, wulkaniczne skały rozrzucone między ścianą a podestem i po bokach. Dzika, nieozdobiona natura. Wysoko w górze zestaw jasnych świateł, niemal jak w sali operacyjnej (lub na arenie rockowej) – ostre oświetlenie podkreślające chirurgiczną precyzję manewrów Dionizosa i realia obnażone w tej przestrzeni.
Orlando Gough stworzył bogatą w detale, lecz niezwykle trudną muzykę a capella dla kobiecego chóru. Pojawiają się intrygujące i złożone harmonie, ale w przeważającej mierze muzyka nie jest melodyjna, na pierwszy plan wysuwa się jej dysonans i szorstkość. Kobiety wykonują te partie z wzorcową biegłością, jednak momentami można się zastanawiać, czy bardziej drapieżne, ewidentnie ziemiste i zmysłowe tony nie byłyby stosowniejsze. W jakiś sposób muzyka dominuje nad obecnością Chóru i nie zawsze linie wokalne dobrze służą słowom Carson. Namacalna atmosfera spoconych, odurzających swawoli w muzyce mogłaby lepiej oddać zamysł sztuki.
I w pewnym sensie to jest główny zarzut. Poza Whishawem wszystko wydaje się odrobinę zbyt bezpieczne. Pasje, nienawiść i strach nie są tak wyraźne, jak mogłyby być.
W dużej mierze wynika to z kreacji Bertiego Carvela. Choć jego Penteusz jest odpowiednio sztywny, lodowato zdeterminowany w oporze przeciw Dionizosowi i przypomina drobnego biurokratę, podskórne nurty zbyt rzadko przebijają się na powierzchnię. Co prawda szybko dopytuje, jaką sukienkę powinien włożyć i akurat ma w szafie bardzo ładny kostium od Chanel, ale brakuje tu namacalnego poczucia jego pociągu do kusicielskiej postaci Whishawa, ani śladu robactwa wijącego się pod skórą, desperacko pragnącego się wydostać. Konflikt wewnątrz Penteusza pozostaje głównie niewypowiedziany, subtelny, podczas gdy dosadniejsze podejście mogłoby być bardziej konfrontacyjne i satysfakcjonujące.
Podobnie duch panny Trunchbull unosi się nad sceną, w której Penteusz pojawia się w kobiecym przebraniu, zwłaszcza w momencie, gdy Whishaw pomaga mu poprawić pasmo siwej peruki, które się poluzowało, bo ten ćwiczył odrzucanie loków, ale także wtedy, gdy w jego oczach pojawia się głodne spojrzenie na widok pomalowanych ust w lustrze i wyrywa szminkę z rąk Whishawa, by poprawić kolor. To bardziej kwestia wyboru kostiumów niż pracy Carvela, ale szkoda.
Najlepsze momenty Carvela przypadają na rolę Agawy, matki Penteusza. Porzuciła ona Teby dla dzikiego, radosnego życia w górach i nie wie, co czyni, gdy wraz z siostrami zabija i rozszarpuje (dosłownie) własnego syna. Kiedy ojciec w końcu zmusza ją do przejrzenia na oczy, Agawa załamuje się w rozpaczy, a Carvel z wielką zręcznością i oddaniem oddaje gwałtowne zmiany nastrojów bohaterki. Ubrany jedynie w prostą koszulę, pokryty tym samym tajemniczym, wyraźnie plugawym maziowym splamieniem, co Dionizos w masce byka, Carvel czyni Agawę zarówno córką swego ojca, jak i matką swego syna. Los Agawy przepełniony jest głębokim smutkiem.
Kevin Harvey, trzeci aktor z trio, jest znakomity. Jego sztywny i kruchy Kadmos jest sportretowany pięknie i starannie – to bolesny obraz cierpienia i żalu. Doskonale wypada w interakcjach z Tejrezjaszem Whishawa i Agawą Carvela – wydobywa z nich to, co najlepsze. Wyjątkowo operuje głosem, przeplatając swoją wypowiedź długimi frazami o prawdziwym pięknie. Jest również wspaniały jako wstrząśnięty Pasterz, który próbuje przekonać Penteusza do zaakceptowania Dionizosa i ostrzega przed kobietami na górze.
Ale nie ma wątpliwości – to show Whishawa.
Jest siłą natury, z pasją wydobywa z tekstu każdy niuans, humor i intencję, dając występ całkowicie zaangażowany, niezaprzeczalnie potężny i przekonujący. Każda chwila jest fascynująca, przemyślana i po mistrzowsku zagrana.
Dionizos był bogiem teatru, a także wina, pieśni i tańca. Whishaw czyni to integralną częścią swojej kreacji mściwego boga, uzupełniając ten występ dwoma niezwykłymi epizodami – jako Tejrezjasz i Posłaniec. Jest magiczny w każdym calu. Przekazuje ekstazę Dionizosa na równi z jego kapryśną wściekłością. Są tu urocze momenty komediowej radości, brutalne, wybuchowe wyrzuty gniewu i łagodne, zwodnicze prośby, pod którymi czai się trucizna. Enigmatyczna i głęboko złożona rola – Whishaw jest jak grecka kostka Rubika: kolorowa, kusząca, niemal niemożliwa do ułożenia.
Carson opisuje Dionizosa w ten sposób:
„To młody bóg. Mitologicznie niejasny, wiecznie przybywający do nowych miejsc, by burzyć status quo, z zalążkiem uśmiechu na twarzy”.
Gdy raz zobaczycie kreację Whishawa, nigdy nie zapomnicie tego zalążka uśmiechu. I nigdy nie przestaniecie drżeć przed tym, co on zwiastuje.
Spektakl „Bakkhai” będzie wystawiany w Almeida Theatre do 17 września 2015 r.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności