Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Broken Heart, Sam Wanamaker Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Tom Stuart (Prophilus) i Amy Morgan (Penthea) w spektaklu „The Broken Heart”. Zdjęcie: Marc Brenner The Broken Heart

Sam Wanamaker Theatre

20 marca 2015

2 Gwiazdki

„Uderzyła mnie mętność ludzkiej egzystencji otaczająca całą tę sztukę: to, że ludzie podejmują decyzje, a potem się z nich wycofują, zmieniają zdanie i knują coś, co nigdy nie przynosi efektu. Natychmiast zaczęłam się zastanawiać: »Jak podejść do takiej historii? Próbować 'rozwiązać' te 'problemy', czy pozwolić sztuce być sztuką?«. Oczywiście o wiele ciekawiej jest pozwolić jej być sobą, ponieważ wszystkie te sprzeczności, fałszywe tropy i ślepe zaułki sprawiają, że jest tak ludzka... Przygotowując się do prób, przepisałam ręcznie całą sztukę, wers po wersie, przekładając ją na własny angielski... im więcej pracujemy, tym bardziej historia się przed nami odkrywa. Nigdy wcześniej nie czułam tego w takim stopniu przy nowej sztuce... »The Broken Heart« to teatr dla myślących, sztuka, która prosi widza, by wyruszył z bohaterami w podróż pełną samopoznania i autorefleksji... Ostatecznie mamy do czynienia z karolińską operą mydlaną. Każdy próbuje ubić jak najlepszy interes kosztem innych, a mężczyźni sprawują nad kobietami władzę niemal absolutną”.

Te zagadkowe słowa, przypisane reżyserce produkcji, Caroline Steinbeis, pojawiają się w programie do „The Broken Heart” – stosunkowo mało znanego dzieła Johna Forda, napisanego prawdopodobnie w 1629 roku, a obecnie wystawianego w Sam Wanamaker Theatre. Owe stwierdzenia są wręcz demaskatorskie – precyzyjnie wskazują moment, w którym ta inscenizacja spektakularnie wypadła z szyn.

Zadaniem reżysera jest zaprezentowanie tekstu w sposób, który naświetla intencje autora. Jeśli istnieją „problemy”, reżyser musi znaleźć sposób na ich rozwiązanie lub przynajmniej zminimalizowanie ich rangi. Można to osiągnąć na wiele sposobów; jedynym ograniczeniem są umiejętności samego twórcy.

Traktowanie „The Broken Heart” jak opery mydlanej to fundamentalne nieporozumienie. Autor wyraźnie zaznaczył, że to tragedia, i tekst bez wątpienia na tragedię brzmi. Ludzie giną w męczarniach z powodu własnych decyzji lub reakcji na czyny innych. Większość głównych bohaterów do finału jest już martwa, i to nie z powodów heroicznych czy komicznych. Mamy tu symfonię wewnętrznej agonii.

Jest to również utwór mocno osadzony w swoich czasach. Ford pisał o standardach i etyce starożytnej Sparty, cywilizacji skrajnie odmiennej od czasów, w których sam żył. Jaki cel miałoby „tłumaczenie” sztuki na współczesny język, chyba że planem byłoby wystawienie jej w tym idiomie? Z pewnością znacznie lepiej byłoby zrozumieć sam tekst, okoliczności jego powstania i powód, dla którego został napisany, aby móc przekazać jego sens współczesnemu widzowi.

Pryzmat „opery mydlanej”, przez który Steinbeis patrzy na to wznowienie, jest całkowicie chybiony. Reżyserka pomija w inscenizacji prolog Forda, który dość jasno określa ton utworu:

„Naszą sceną jest Sparta. Ten, którego kunszt

stworzył to dzieło, nazwał je THE BROKEN HEART.

Tytuł nie daje tu nadziei

Na małpie śmiechy czy kulawy żart

Z miejsca lub osób; nie ma tu żadnej klauzuli

Z dowcipów godnych domu publicznego, by bić brawo

Dla pospolitego podziwu: tak prymitywne pieśni,

Dostrojonem do nieczystych uszu, nie pasują do skromnych języków”.

Mimo że Ford nie życzył sobie „małpich śmiechów”, Steinbeis sprawia, że obsada interpretuje tekst niemal w stylu komedii z serii „Carry On” (Jaś Fasola na sterydach). Wszyscy grają pod publiczkę, szukając taniego poklasku. Jedną rzeczą jest komizm naturalnie wynikający z tekstu, postaci czy sytuacji; zupełnie inną jest granie dla śmiechu tylko dlatego, że inny sposób ożywienia tekstu wykracza poza czyjeś możliwości.

Konsekwencje tego podejścia w stylu „Opery Mydlanej Carry On” są fatalne. Po pierwsze, widz spodziewa się komedii, więc gdy drugi akt zmienia się w krwawą łaźnię, budzi to naturalne niezrozumienie. Po drugie, wczesne spłycenie postaci dla tanich żartów sprawia, że tracą one autentyczną siłę dramatyczną w kluczowych zwrotach akcji. Po trzecie, złożone role, takie jak Bassanes, który całkowicie zmienia swój charakter przed i po śmierci Penthei, nie mają szans na zachowanie spójności. Wszystko to zasadniczo wpływa na zdolność publiczności do zrozumienia i docenienia sztuki.

Steinbeis deklaruje, że „The Broken Heart” to „sztuka dla myślących”. Być może. Lecz gdyby to reżyserka poświęciła jej więcej myśli, utwór mógłby stać się bardziej zrozumiały dla widowni. Akcja rozgrywa się w Sparcie nie bez powodu: autor przygląda się spartańskiej filozofii, przedkładającej zewnętrzny spokój i etykietę nad wewnętrzne szczęście, a samokontrolę nad autoekspresję. Aranżowane małżeństwa niosą ze sobą konsekwencje, podobnie jak traktowanie kobiet przedmiotowo. To są kwestie, które zajmują Johna Forda.

Penthea kocha Orgilusa, ale jej brat, Ithocles, zmusza ją do wyjścia za Bassanesa. Ten z kolei chorobliwie zazdrosny o żonę, popada w obsesję na punkcie jej rzekomej niewierności. Orgilus aranżuje spotkanie z Pentheą w ogrodzie i wyznaje jej swe pożądanie, lecz ona go odtrąca, uważając się za niegodną (z racji przymusowego małżeństwa). Penthea spotyka brata i błaga, by pozwolił jej umrzeć, zamiast kazać zachowywać pozory w nieszczęśliwym związku. Ithocles wykorzystuje tę okazję, by prosić siostrę o pomoc w zdobyciu serca Calanthy, córki króla. Mimo losu, jaki brat jej zgotował, Penthea się zgadza. Jednak Calantha jest oburzona śmiałością Penthei. Zawstydzona i zrozpaczona Penthea popada w obłęd i zagładza się na śmierć.

Trudno sobie wyobrazić gwiazdy komedii bawiące się przy takim scenariuszu, prawda? To nie jest materiał na telenowelę i żarty sytuacyjne. Ten dramat jest tragedią i prawdziwą tragedią jest to, że Steinbeis jej tak nie wyreżyserowała.

Obsada nie jest tu problemem. Każdy z aktorów atakuje sztukę z werwą i w stylu narzuconym przez reżyserkę. To, że ten atak jest chybiony, nie jest ich winą.

Joe Jameson wychodzi z tego obronną ręką. Gra Nearchusa, księcia Argos, postać nieco bufoniastą w momencie pojawienia się w połowie pierwszego aktu. Jameson jest precyzyjny i bezpośredni; tworzy postać kompletną – zabawną tam, gdzie to nie rozprasza, a w innych momentach królewską i stosowną.

Wybitną pracę wykonuje również Adam Lawrence, grający dwie role: Phulasa, sługę Bassanesa, kampowego i ciętego wasala; oraz Amelusa, lojalnego i śmiertelnie poważnego towarzysza Nearchusa. Te role są tak skrajnie różne i autentyczne, że aż trudno uwierzyć, że gra je ten sam aktor. Jest fenomenalny.

Doskonale spisują się Tom Stuart (Prophilus) oraz Luke Thompson (Ithocles). Obaj wcielają się w typy bohaterskie, ale Stuart to ten „dobry”, a Thompson „zły”, choć Ithocles próbuje odkupić swoje winy. Thompson jest szczególnie dobry w scenie swojej śmierci, która w tych okolicznościach jest nieco osobliwa.

Reżyseria uniemożliwia pozostałym aktorom wspięcie się na wyżyny; motywacje są zbyt mętne dla pełnego zarysowania postaci. Sarah MacRae wykonuje rzetelną pracę jako Calantha, jednak pogoń za żartami czyni z jej kluczowej sceny z Pentheą zagadkę, zmusza ją do wypowiadania kwestii przed śmiercią w zawrotnym tempie i angażuje w dwie osobne, równie niedorzeczne sekwencje taneczne, które odbierają jej grze sens.

Amy Morgan jako Penthea jest nieco zbyt radosna jak na te okoliczności i nigdy tak naprawdę nie odzyskuje wiarygodności po absurdalnej pantomimie poprzedzającej właściwą akcję. Ponownie, dbanie o śmiech utrudnia zrozumienie sytuacji, w której się znalazła, i ciężaru, który dźwiga.

Brian Ferguson (Orgilus), Thalissa Teixeira (Euphrania), Owen Teale (Bassanes) i Patrick Godfrey (Amyclus) robią, co mogą, ale sprzeczności między tekstem a wizją reżyserską stawiają przed nimi przeszkody niemal nie do pokonania w dążeniu do jasności i pełni roli.

Obsadzie nie pomaga ani okropna muzyka ilustracyjna Simona Slatera, ani absurdalna choreografia Imogen Knight. Początek drugiego aktu – dziwaczna przerwa taneczna w stylu zegara z kukułką – to jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałem na klasycznej scenie. Do tego dochodzi fatalny śpiew i bardzo słabe wsparcie czteroosobowej orkiestry pod dyrekcją Adriana Woodwarda. Wszystkie te „ozdobniki” zgrzytają i działają w kontrapunkcie do jakiejkolwiek próby naświetlenia tekstu.

Scenograf Max Jones przygotował kilka dobrych kostiumów, choć złoty napierśnik (i skrzydła), który zstępuje z niebios niczym suknia balowa Kopciuszka na koronację (i śmierć) Calanthy, jest przesadzony w stylu Alexandra McQueena. Ale zapewnił doskonałe krzesło, a sposób samobójstwa Orgilusa przez powolne wykrwawienie jest absolutnie przerażający (i doskonały).

Nieuniknione było, że na scenie Sam Wanamaker w końcu pojawi się rozczarowanie. Po sukcesie słynnego „Szkoda, że jest nierządnicą” Forda, zaskakuje i smuci fakt, że to właśnie „The Broken Heart” przerwało tę dobrą passę. Ale tak już jest.

Pod koniec tego odcinka „Carry On Caroline” złamane zostało nie tylko serce Calanthy.

Spektakl „The Broken Heart” jest wystawiany w Sam Wanamaker Playhouse do 18 kwietnia 2015 roku.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS