WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Christmas Truce, RSC ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Fot.: Topher McGrilis The Christmas Truce
Royal Shakespeare Theatre
31 stycznia 2015
2 gwiazdki
Fakty potrafią być solidnym fundamentem dla wybitnych doświadczeń teatralnych. Kto z nas zna realia wojny okopowej w Belgii z 1914 roku na tyle dobrze, by nudzić się odkrywaniem tamtych wydarzeń? Żaden z naocznych świadków już nie żyje, więc pole do popisu dla teatru jest ogromne.
Czy współczesna publiczność chce poznać trudy, z jakimi mierzył się regiment Royal Warwickshire w okopach lasu Ploegsteert po nieudanym ataku na Niemców? Rolę, jaką odegrała mgła, pozwalając uciec tym, którzy utknęli na ziemi niczyjej? Losy kapitana Bruce’a Bairnsfathera, który zasłynął na całym świecie dzięki swoim karykaturom z frontu i postaci „starego żołnierza z wąsem morsa”, Old Billa, regularnie goszczącego na łamach magazynu „The Bystander”? Fakt, że kolęda „Cicha noc” była w Wielkiej Brytanii praktycznie nieznana w grudniu 1914 roku? Albo to, że w Wigilię przyszedł od Niemców rozkaz: „dziś i w pierwszy dzień świąt nie padnie żaden strzał, chyba że w odwecie”? To, że Bairnsfather i pewien sierżant jako pierwsi zapuścili się na ziemię niczyją, by spotkać się z Niemcami – obiema stronami chętnymi, by celebrować ideę „pokoju ludziom dobrej woli” nawet w tak mało sprzyjających okolicznościach? I wreszcie to, że brytyjskie dowództwo wydało rozkaz zakończenia rozejmów?
Te wątki powinny być doskonałym materiałem na błyskotliwą, zabawną i wzruszającą bożonarodzeniową ucztę teatralną. Dla mnie nie ulega to wątpliwości. Najwyraźniej podobnie myśleli włodarze RSC, zamawiając w 2013 roku u Phila Portera sztukę, która stała się spektaklem The Christmas Truce. Produkcja w reżyserii Eriki Whyman właśnie zakończyła sezon w Royal Shakespeare Theatre w Stratford-upon-Avon. Problem w tym, że The Christmas Truce to powierzchowna, marna składanka ogranych schematów i postaci, źle odśpiewanych kolęd, niekończącej się sekwencji „rozrywki dla chłopaków” i nudnych aluzji do krykieta – a wszystko to bez spójnej fabuły i dramatycznego pulsu. Przypomina to nieudany klon najgorszego odcinka „Armii tatuśka”, podróbkę „The Crimson Field” i amatorską pantomimę. Kiedy świąteczna reklama supermarketu Sainsbury’s, nawiązująca do rozejmu w okopach, ma w sobie więcej treści, intrygi i serca niż sztuka finansowana i produkowana przez RSC, wiedz, że świat stanął na głowie. A jednak tak właśnie jest.
Gdyby Porter trzymał się faktów, starając się przybliżyć je publiczności, mogłoby to być wartościowe dzieło. Ale tego nie robi. A jego literacka fikcja nie jest nawet w połowie tak angażująca jak prawda.
Reżyseria Eriki Whyman w żaden sposób nie ratuje tekstu. Tempo jest ślamazarne, a gra aktorska przeważnie ciężka; mankamenty scenariusza nie zostały ani wygładzone, ani ukryte przez inscenizację. Tom Piper przygotował ładną, surową scenografię, ale całość sprawiała wrażenie akademii ku czci, zorganizowanej przez pełnych dobrych chęci mieszkańców w wiejskiej świetlicy.
Podczas gdy w „Nędznikach” snop białego światła oznacza śmierć bohatera, tutaj Whyman najczęściej używa obrazu faceta biegnącego po rzut do krykietowej bramki jako symbolu przejścia na tamten świat. Dlaczego akurat tak? Tego nigdy się nie dowiemy.
Większość kreacji aktorskich jest pożałowania godna i aż trudno uwierzyć, że wielu członków obsady występuje równocześnie w podwójnym sezonie Straconych zachodów miłości i Zwycięskich wysiłków miłości.
Zdarzają się jednak jasne punkty. Peter McGovern ma świetną scenę jako Harris, gdy wygłasza mowę o poległych towarzyszach; jest to autentycznie poruszające i pięknie wykonane. Frances McNamee to energiczna pielęgniarka wojenna, Phoebe – i choć jej sceny są fatalnie napisane, melodramatyczne i mało wiarygodne, McNamee nasyca je wigorem i pasją.
Gerard Horan wycisnął, co mógł, z roli Old Billa, zmęczonego wojną weterana, który jest figurą ojca dla chłopaków w okopach. Jego szorstki, mądry stary wyga był odświeżająco powściągliwy. Chris Nayak jest entuzjastycznie radosny jako żartowniś Tallis, wyciągając z tej roli więcej niż ktokolwiek inny. Nick Haverson również radzi sobie dobrze w roli ekscentrycznego Leutnanta Kohlera.
Oliver Lynes wypada najlepiej z całej grupy, najpierw jako radosny chłopak, Liggins, którego życie kończy kula snajpera, a potem jako gburowaty niemiecki pragmatyk, Schmidt, z jego świetnie podanym „Scheiße!” i najzabawniejszą kwestią w całej sztuce (dotyczącą świńskich odchodów).
Reszta obsady albo po prostu jest, albo sprawia wrażenie zażenowanej swoją obecnością, albo gra niewytłumaczalnie źle. Największym rozczarowaniem był Joseph Kloska w roli Bairnsfathera – postaci niesympatycznej i do bólu nijakiej. Oglądanie go było męczące, zwłaszcza w absurdalnym numerze „drag”, kiedy kilkakrotnie zupełnie wypadał z roli. Całkowity brak uroku.
Największym zawodem jest tu zmarnowana szansa. RSC mogło stworzyć arcydzieło dające wgląd w niezwykłe wydarzenia z belgijskiego frontu z grudnia 1914 roku. Zamiast tego, zadowolili się The Christmas Truce.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności