Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Glass Protégé, Park 90 ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

The Glass Protégé

Park 90

17 kwietnia 2015

2 gwiazdki

Nowa dramaturgia potrzebuje orędowników. Tak było zawsze, a w XXI wieku, kiedy czas skupienia jest krótki, reality TV bawi miliony, a wizyty w teatrze, by obcować z nowym tekstem, nie są niczym stymulowane, jest to prawdziwsze niż kiedykolwiek. Wręcz palące. Smutna prawda jest taka, że wznowienia klasyki (a nawet spektakularne klapy) znacznie łatwiej przyciągają publiczność niż nowa twórczość.

Często producenci próbują rozwiązać ten problem, angażując gwiazdy – nazwiska, które ich zdaniem przyciągną widzów. Innym razem wabikiem stają się materiały promocyjne. Tak jest z pewnością w przypadku „The Glass Protégé”, wystawianego obecnie w Park 90. Od dłuższego czasu surowy obraz dwóch przystojnych mężczyzn w miłosnym uścisku, utrzymany w stylistyce hollywoodzkiego film noir, zapowiadał brytyjską premierę nowej wersji sztuki Dylana Costello z 2010 roku pt. „Secret Boulevard”, realizowaną przez Giant Cherry Productions.

Problem polega na tym, że ten obraz osłabia wewnętrzny dramatyzm sztuki. Cały pierwszy akt Costello poświęca budowaniu fundamentów, ustalaniu zasad i sugerowaniu konsekwencji intymnej relacji między dwoma hollywoodzkimi aktorami w 1949 roku. Moment, w którym ścigany wpada w ramiona i na usta ścigającego, ma być punktem kulminacyjnym pierwszego aktu. Ale zdjęcia promocyjne i sama okładka programu zdradziły już tę kartę.

Streszczenie sztuki w programie brzmi następująco: „Hollywood, 1949 rok. Czasy, gdy film był królem, a gwiazdy filmowe jedynie pionkami w rękach szefów studiów. Czas, gdy wychwalano namiętność, ale o seksie nigdy nie rozmawiano. Kiedy więc młody brytyjski aktor, Patrick Glass, wdaje się w skandaliczny homoseksualny romans ze swoim słynnym partnerem z planu, zaczyna odczuwać pełną siłę niszczącej karierę machiny wytwórni. Czterdzieści lat później, gdy prawda o przeszłości wychodzi na jaw, ujawniają się realne konsekwencje tego „niedopuszczalnego” romansu”.

W połączeniu ze zdjęciem promocyjnym, opis ten sugeruje, że sztuka będzie opowiadać o trudnościach Glassa z szefami wytwórni z powodu jego orientacji seksualnej oraz o nieoczekiwanych konsekwencjach kilka dekad później. Rzeczywistość okazuje się jednak zgoła inna.

W istocie po obejrzeniu spektaklu nie ma się pewności, jaki był jego zamysł, jaką myśl autor chciał przekazać ani jaką historię zamierzał opowiedzieć. Nie dowiadujemy się niczego nowego o życiu w Hollywood końca lat czterdziestych; brak tu głębszego wglądu w międzyludzkie relacje czy skutki nadużywania władzy. Dialogi nie są ani wystarczająco błyskotliwe, ani liryczne, by bronić się same; nic w sposobie prezentacji nie tworzy atmosfery objawienia czy choćby promyka szczerości. Nie znajdziemy tu nic świeżego.

To prawda, że produkcja jest bezkompromisowa w ukazywaniu męskiego uwodzenia, ale nie jest jasne, czy to wystarczający powód, by wystawiać dramat. A może w tym tkwi sedno? Może produkcje takie jak „The Glass Protégé” muszą powstawać, tak jak powstają niezliczone intrygujące, nudne czy bezwartościowe sztuki o heteroseksualnej miłości? Bo dopóki nie będą one rutyną, te wybitne nigdy nie zostaną napisane.

Niemniej jednak głównym problemem tego spektaklu jest reżyseria. Koncepcja sceniczna jest tak słaba, że jakiekolwiek pokłady ciekawości zawarte w tekście toną całkowicie w mętnym obłoku nieistotności. Reżyser Matthew Gould nie odcisnął piętna na sztuce, a jego inscenizacja robi niewiele, by ukazać jej wartość czy potencjał. Spektakl jest grany jak słaby odcinek „Eastenders w Hollywood”. Pod koniec niektórych scen ma się wrażenie, że zaraz usłyszymy charakterystyczny motyw muzyczny z telenoweli.

Dialogi nie pomagają. Perełki w stylu: „Jeśli żyjesz w ukryciu, w końcu zaczniesz wypluwać kulki na mole” muszą być podawane jako poważne spostrzeżenia, a nie cięta riposta rodem ze „Złotych Dziewczyn”. W kulminacyjnym punkcie wątku z 1949 roku dochodzi do takiej wymiany zdań:

„Ty dupku!

To ty ich pieprzysz!”

Określenie tego jako „banał” to za mało, by oddać ciężar tych topornych dialogów.

Fabuła ma tyle czarnych dziur, że można by ją pomylić z odległą galaktyką. Młody, przystojny chłopak z Oksfordu, Patrick, dręczony poczuciem winy z powodu śmierci rodziców podczas wojny (bomba uderzyła, gdy go nie było w domu), przyjmuje ofertę zagrania epizodu w hollywoodzkim hicie. Po przyjeździe zły i manipulujący potentat filmowy oznajmia mu, że otrzyma główną rolę, ponieważ aktor, który miał ją zagrać, został bohaterem skandalu z trzema dziewczynami i kokainą. Patrick przyjmuje rolę i poznaje swojego partnera z planu – szalenie przystojnego amanta Jacksona, flirciarza i hedonistę lubiącego seks z mężczyznami.

Niedługo potem Jackson pokazuje Patrickowi przyrodzenie, by sprawdzić jego reakcję, ale ten zachowuje dystans. Jednak rodzi się przyjaźń i po pewnej imprezie, w oparach alkoholu i papierosów, Patrick całuje Jacksona i lądują w łóżku. Cztery razy. Potem następuje kłótka i znów seks. Oboje deklarują, że znaleźli prawdziwą miłość – natychmiast, tu i teraz.

Ich zazdrosna i pijana koleżanka z planu poniekąd zdradza ich przed „Wiedźmą”, która prowadzi kolumnę plotkarską (hybryda Minga Bezlitosnego, Heddy Hopper i Louelli Parsons), a ta z kolei zdradza ją, co doprowadza kobietę do samobójstwa. Następnie Wiedźma szantażuje Potentata, pokazując mu zdjęcia Patricka i Jacksona in flagrante delicto. Tak, zgadza się – zdjęcia obu panów.

Ale Potentat zwalnia tylko Jacksona. Zrozpaczony aktor planuje z Patrickiem ucieczkę i wspólne życie w szczęściu. Jednak kiedy Patrick idzie wygarnąć szefowi co o nim myśli, ten oferuje mu główną rolę w filmie i obiecuje ożenek z kobietą oraz dziecko w ciągu roku. Z niewyjaśnionych przyczyn Patrick błyskawicznie zapomina o swojej nagłej, „prawdziwej” miłości. Czy aby na pewno?

Istnieje jeszcze cały drugi wątek, rozgrywający się czterdzieści lat później. Dotyczy on kolejnego aranżowanego małżeństwa, starszej wersji Patricka i dorosłego „kontraktowego” syna. Jest on równie przewidywalny, choć pojawia się jeden naprawdę ciekawy moment, pewien zwrot akcji, który jest chociaż jakimś urozmaiceniem.

Niestety, w przeważającej mierze gra aktorska jest tak samo mało wiarygodna jak sama fabuła. Ogólną zasadą jest tu jednowymiarowy banał.

Wyjątkiem od tej reguły są, na szczęście, odtwórcy dwóch głównych ról. Mimo przeszkód, jakie stawia przed nim scenariusz, Alexander Hulme w roli Jacksona jest intrygujący i charyzmatyczny; w jego wykonaniu dostrzegamy przebłysk cierpienia udręczonego piękna uwięzionego w cudzym świecie. Świetnie gra wiejskiego chłopaka, jak i lwa salonowego, ale ma w sobie kruchość i wrażliwość skrytą pod pozą gwiazdy, co czyni Jacksona najbardziej złożoną postacią w całym spektaklu.

David R Butler wypada najlepiej jako Patrick w scenach z Hulme'em – razem bardzo przekonująco oddają intymność przyjaźni, która przeradza się w pożądanie, a potem w miłość. W relacjach z innymi postaciami Butler jest osobliwie sztywny, co może być celowym zabiegiem mającym podkreślić, że interesuje go wyłącznie Jackson.

Obaj aktorzy mają świetne głosy i naturalnie odnajdują się w scenach namiętnych pocałunków oraz pełnej nagości. Najbardziej autentyczna scena wieczoru rozgrywa się właśnie w oparach ich pierwszego zbliżenia.

Jeśli wątek z 1989 roku ma pozostać w sztuce, wymaga on znacznych skrótów i klarowniejszego focusu. W obecnej formie tylko historia z 1949 roku budzi jakiekolwiek realne zainteresowanie, a i to wynika bardziej z chemii i umiejętności aktorów niż z samego tekstu.

W scenografii Jean Grey dominuje wielkie łóżko z baldachimem, stawiając akt seksualny w samym centrum – dosłownie i w przenośni. Wydaje się to zbyt dosłowne, choć napis Hollywood nad nim (z dopiskiem „land”, który usunięto w 1949 roku – kto by pomyślał?) był sprytnym zabiegiem kompozycyjnym. Kostiumy wahają się od zachwycających po kuriozalne, ale klimat epoki jest wyraźnie odczuwalny w obu płaszczyznach czasowych.

Sztuka ta była już wcześniej wystawiana w Chicago, a przyjęcie, z jakim się tam spotkała, powinno skłonić mądrzejsze głowy do powrotu do warsztatu. Miejmy nadzieję, że ten sezon pozwoli autorowi zrozumieć, co działa, a co wymaga przemyślenia. W tych mętnych wodach pływa całkiem ciekawa sztuka. Przy odrobinie wytrwałości Costello może ją jeszcze wyłowić.

Park Theatre jest mecenasem nowej dramaturgii – oby działo mu się jak najlepiej. „The Glass Protégé” można oglądać do 9 maja 2015 roku w Park Theatre – Zarezerwuj Tutaj

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS